Zamieć – Władimir Sorokin

zamiecSorokin? Nie znam człowieka. A ponoć jest to jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesnej Rosji i pomimo rezerwy z jaką podchodzę do tego rodzaju sloganów, poczułem niewielki wstyd, że Sorokina nie kojarzę. Nie wydaje mi się, by sam Władimir miał mi to za złe, ale niesmak pozostał, bo literaturę rosyjską przecież uwielbiam, a to zobowiązuje mnie w moich własnych oczach. Popychany nagłym impulsem podrażnionej ambicji czym prędzej postanowiłem nadrobić straty, bo jakże to tak, tak nie można po prostu nie znać. Sposobność nadeszła odpowiednia, bo „Zamieć” nie należy do gatunku pożeraczy licznych wolnych wieczorów i przy sprzyjających okolicznościach można ją przeczesać wzrokiem w kilka godzin – jak to mówią meblarze – od deski, do deski. Ja nie tyle nie lubię krótkich powieści, ile zauważyłem że znacznie trudniej im mnie uwieść – nie bez powodu większość dzieł, które cenię  dobija do okolic tysiąca (i więcej) stron. A te poniżej trzystu, albo dwustu? Ledwo się zaczną, już trzeba wkładać buty i wychodzić, a nie zawsze krótka znajomość bywa tą reprezentatywną. Na bok jednak prywatne dylematy, które nie interesują nikogo poza mną. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie sztuką jest utrzymać zainteresowanie czytelnika na krótko. Spróbujcie to zrobić przez pięćset i więcej stron – o, do tego trzeba mieć już talent. Więc o ile po lekturze „Zamieci” mogę stwierdzić, że coś tam Sorokina czytałem, tak z tezami, że znam i mam podstawy by oceniać jego twórczość – z tym bym się jeszcze zdecydowanie wstrzymał. No, mimo to spróbujmy, osłaniając oczy od sypiącego śniegu, przyjrzeć się tej „Zamieci”.

Chciałbym zamknąć przedstawione w powieści wydarzenia w jakiejś klamrze czasowej, ale nie jest to możliwe. Już śpieszę z wyjaśnieniami dlaczego. Doktora Garina mamy okazję poznać w chwili, gdy głęboko zimową porą zmierza do wsi ogarniętej zarazą. Szczepionkę wspaniałomyślnie wiezie i czas mu niezwykle cenny, więc na jednym z postojów uparcie nalega, by natychmiast ruszać w dalszą trasę. Trudnego (ze względu na panujące warunki atmosferyczne) zadania dostarczenia doktora i jego szczepionki do celu podejmuje się Chrząkała, nie za darmo oczywiście, ale i tak należą się oklaski. Ruszają więc wspólnie, a za środek transportu służy im chlebowóz na płozach, napędzany przez konie. Koniki w zasadzie. Pięćdziesiąt miniaturowych koników. I w tym miejscu rozpoczyna się problem z umiejscowieniem akcji w jakichkolwiek ramach czasowych, a nawet jakiejkolwiek znanej nam rzeczywistości, bo przecież konie gabarytów kuropatwy nie zdarzają się zbyt często, żeby nie powiedzieć, że nie zdarzają się wcale. Poczucie zdezorientowania czytelnika dodatkowo pogłębia sam Sorokin i jego szeroki słownik po równo czerpiący z archaizmów, współczesności, a nawet autorskich określeń podpadających pod jakiś futuryzm. Niby pachnie to wszystko klasyką literacką XIX wieku, ale równie dobrze możesz odnieść inne wrażenie.

Machnijmy lekceważąco na wspomniane konie, bo to zaledwie początek dziwów. Rzecz jasna mam zbyt łaskawe serce, by zdradzać komukolwiek rodzaj kolejnych niespodzianek na trasie Garina i Chrząkały. Napiszę jedynie, że natkniemy się na atrakcje nienaturalnie małe, jak i budzące niepokój swoją ponadprzeciętną wielkością. Obdarzymy sympatią uczynnego, przaśnego Chrząkałę i znienawidzimy chwilami wyniosłego Garina, który dla swojego towarzysza zamiast słów wdzięczności ma jedynie czułe epitety w rodzaju durnia, łazęgi i złamasa. Zatrzymamy się w gościnę u młynarza i jego rumianej, ponętnej żony o udach pulchnych jak worek mąki. W związku z tym, swą obecność zaznaczy pożądliwa lubieżność, choć dla niepoznaki przysłonięta potrzebą ciepła w tych niesprzyjających, zimowych okolicznościach. Będą też tajemnicze piramidki, alkohol i narkotyczne wizje. Całkiem sporo jak na niecałe dwieście stron, przyznaj.

A wszystko pośród bieli i śnieżnej zamieci. W obliczu mojej słabości do zimowej pluchy i rozjeżdżanego przez samochody, a następnie zamarzającego na kamień błota pośniegowego, nie potrafię „Zamieci” odmówić klimatycznej atmosfery i chwilami żal, że wszystko trwa tak krótko. Zima u Sorokina jest piękna, poraża przy tym przestrzenią, zatykającą uszy ciszą, surowością mrozu i nienaruszoną powierzchnią świeżego śniegu, w którym odbija się blask rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba. Wymarzone okoliczności do snucia nieśpiesznej opowieści lekko unurzanej w baśniowym sosie.

A ja jestem gotowy (choć bez jakiegoś rozsadzającego czaszkę entuzjazmu) zapoznać się z resztą twórczości Sorokina.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Zamieć – Władimir Sorokin

  1. Każdy, kto pilnie notował na kursie kreatywnego czytania, będzie potrafił napisać powieść trzymającą czytelnika w napięciu przez całe pińcet stron.
    Nie każdy potrafi natomiast napisać książkę, o której po tygodniu od jej przeczytania będziesz potrafił powiedzieć więcej niż „noooo, fajna była, taka o życiu”.
    Ale to tylko moje zdanie odrębne; możesz mnie przegłosować, bardzo proszę.
    A Sorokin czasem męczy. Lód (to też chyba o zimie, nie?) mnie zabił.

  2. Nie odniosę się do kursów kreatywnego czytania (pisania?), bo ostatnio byłem na takim nigdy. Ale nie wydaje mi się, by samo uczestnictwo w kursach i wchłonięcie teorii było w stanie nadrobić brak tej iskry i swobodnego talentu. Jednak pisząc o utrzymaniu zainteresowania czytelnika miałem na myśli coś więcej (to był taki skrót na przełaj przez obszerniejszą myśl), bo rzeczywiście często zdarzają się powieści, które czyta się lekko, przyjemnie i nawet z zainteresowaniem, ale nic po nich nie zostaje w głowie. Jednostajność i brak refleksji.
    a „Lód” jest tylko jeden – Dukaja!

    1. No tak, mi przydałby się kurs pisania ze zrozumieniem:) Oczywiście, że chodziło o kurs pisania.
      Myśl chyba faktycznie biegła na przełaj, ale biegi przełajowe to szlachetna dyscyplina (kiedy jeszcze mogłam, to uprawiałam).
      Co do Dukaja – w zasadzie zgoda, ale powiedz to Sorokinowi!

  3. Anonim pisze:

    Więc co do biegów przełajowych to kiedyś brałam udział w takim biegu! Chcąc przełożyć moje zaangażowanie na sukces postanowiłam jeszcze bardziej uprzełajowić mój bieg skracając sobie trasę. I linka wyznaczająca pod którą chciałam śmignąć boleśnie odbiła mi się na czole. I ślad pozostał w postaci poziomego strupa. I koledzy szydzili, że to właśnie poziom oleju w głowie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s