Jonathan Strange i pan Norrell – Susanna Clarke

jonathan-strange-i-pan-norrellMagia może być pojmowana różnorako. Dla jednych magiem jest nastoletni okularnik, który machając gałęzią i wywrzaskując niezrozumiałe słowa sprawia, że dzieją się widowiskowe rzeczy, dla innych magiem jest menel spod sklepu, który niezależnie od głębi swoich długów, zawsze znajdzie parę groszy na alkohol. I kolejna flaszka ląduje na stole, jak biały gołąb z rękawa magika. Czarami można uznać zamianę wody w wino, performance w postaci spaceru po wzburzonym morzu, czy wstawanie po tym, jak się wisiało przybitym (dosyć skutecznie) do krzyża. Pomyśleć, że obecnie ponoć jest problem z przeżyciem kilku marnych lat w oczekiwaniu na operację w ramach NFZ. Istna magia i jakie czasy, takie czary, ale nie sposób zaprzeczyć, że mają one długą, urozmaiconą historię. Wspominam o tym nie bez kozery, wszak to właśnie magia będzie główną bohaterką lektury, którą zajmiemy się dzisiaj. Jednakże zwolennicy spektakularnych pokazów pełnych błyskawic, ognistych kul, fajerwerków, oślepiających błysków oraz szalonych czarnoksiężników mogą swoje oczekiwania pocieszająco objąć i razem z nimi opuścić lokal, bo zarówno Jonathan Strange jak i pan Gilbert Norrell specjalizują się w magii subtelnej – efektywnej, ale niekoniecznie efektownej. Są dżentelmenami postanawiającymi przywrócić sławę dawno zapomnianemu fachowi maga. Panie i panowie, magia wraca do Anglii.

Choć na początku XIX wieku zawód maga nadal istniał w Anglii, to jednak według opinii publicznej zasługiwał on na poważanie jakim obecnie cieszą się wróżbici przesiadujący w środku nocy na kanałach telewizyjnych oraz autorzy horoskopów w Pani Domu. Sytuacji nie poprawiał fakt, że ówcześni magowie o praktykowaniu czarów mieli tyle pojęcia, ile ja wiem o układach personalnych w „Barwach szczęścia”, za to pykając fajkę dzielnie studiowali teorię i historię magii, uznając za pewnik, że ta już przestała istnieć, a jej ślad urwał się setki lat temu. Tacy magowie gawędziarze. Tymczasem, już na początku powieści okazuje się, że pewnemu starszemu panu nieobce jest rzucanie skutecznych czarów. Pan Norrell, bo o nim mowa, to nieuprzejmy i gburowaty dżentelmen, egoista oraz sobek, ale zdeterminowany, by przywrócić magii dawną sławę i renomę. Przybywa więc do Londynu, a tocząca się w tym samym czasie wojna Anglii z Napoleonem jest wyśmienitą okazją, by ukazać przydatność i skuteczność czarów. W niedługim czasie do Norrella dołącza jego pierwszy uczeń, ździebko arogancki Jonathan Strange, a rodząca się między nimi rywalizacja (choć zręcznie przykryta kurtuazją) jest punktem zapalnym kolejnych wydarzeń. Byłbym zapomniał: gdzieś poza realiami codzienności krząta się jeszcze dżentelmen o włosach jak puch ostu, a natura nie predestynuje go do ratowania noworodków z płonącego domu. W zamian chętnie dorzuciłby do ognia kilka osób, oszczędzając jednak piękne kobiety, bo ma do nich słabość.

Zerwał mu z głowy perukę i zajrzał pod nią, jakby pan Norrell był rondlem na piecu, a dżentelmen chciał sprawdzić co podadzą na obiad. *

Tyle wypada wiedzieć w kwestii wstępnych ustaleń, zanim przystąpimy do lektury. Tym, co uświadomimy sobie w pierwszej kolejności, to fakt, że powieść opleciona jest pajęczyną humoru, o istnieniu której czytelnik przekonuje się dopiero, gdy zaplącze mu się ona na twarzy. Doprawdy, nie spodziewałem się po tej książce tak wyrafinowanego, łagodnego żartu, który nieustannie wisi nad treścią. W tym temacie szczególnie bryluje wspomniany tajemniczy dżentelmen o włosach jak puch ostu (tak jest oficjalnie określany, z prozaicznej przyczyny braku imienia). Czynienie nikczemności i bycie złym przychodzi mu z taką łatwością i swadą, że kiedy zaczyna o tym opowiadać, to okazuje się, że… jest zabawnie. Zrozumiesz o czym piszę i przyznasz mi rację, gdy dotrzesz do wstrząsająco-śmiesznej historii o matce Stephena. Albo do finału rozmowy Franka z Drawlightem (tym razem już bez udziału dżentelmena i jego włosów). A to tylko dwa fragmenty z brzegu.

Ale dotrzeć do nich… och, tutaj może się okazać, że jest problem, bo obie przykładowo wspomniane sytuacje znajdują się bliżej końca opowieści (kiedyś trzytomowej, obecnie dostępnej w pojedynczym, zbiorczym wydaniu), a książka niestety cierpi na pewną zniechęcającą przypadłość, mianowicie powolny rozwój akcji. Całość jest wprawdzie osnuta mgiełką powieści dickensowskich, ale z racji, że nie poruszamy się w sferze łotrzyków, a dżentelmenów właśnie (którzy rozrywkowymi personami nie są), więc nikogo nie powinno zdziwić, iż historia chwilami potrafi pięknie znużyć. Dusza czytelnika krzyczy „no, niech się coś wydarzy!”, a tutaj nic, nienagannie ubrani panowie tylko chodzą, spotykają się towarzysko i (jakby to młodzież określiła) zmulają, smutasy jedne. Sytuację w dużym stopniu ratuje wspomniany humor, który łącznie z charakterystycznymi przypisami słusznie przywołuje skojarzenia z twórczością Terry’ego Pratchetta. Niestety, nawet on w połowie historii gdzieś wyraźnie słabnie, zanika wręcz (choć nie definitywnie), a początkowo beztroska atmosfera przepoczwarza się z czasem w niepokojący thriller – wydarzenia swoimi ramionami obejmuje deszczowa jesień i brudna, błotnista zima, wiec optymizm trudniej zachować, za to o dreszcze łatwiej.

„Jonathan Strange i pan Norrell” to (patrząc w skali makro) powieść bardzo dobra, o specyficznym, wyważonym i dżentelmeńskim charakterze. Nie ustrzegła się jednak paru trudnych oraz nieudanych fragmentów i te zaniki formy skutecznie potrafią zdemotywować czytelnika, szczególnie gdy akurat nie są zakamuflowane subtelnym dowcipem. Przy podejmowaniu lektury wskazana jest więc lekka doza samozaparcia oraz wyrozumiałości dla autorki. Gdybym miał tę opinię streścić, to brzmiałaby: warto.

* Susanna Clarke, „Jonathan Strange i pan Norrell”, tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, wyd. MAG, Warszawa 2013, str. 89

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Jonathan Strange i pan Norrell – Susanna Clarke

  1. A mi klimat i ten – jakże dobrze przez ciebie scharakteryzowany – humor wystarczyły, by gładko przejść przez 3 tomy. Pyszna i bardzo oryginalna lektura!

  2. Anonim pisze:

    Moje komentarze szczycą się jasnością sądu nie skażoną znajomością rzeczy. Ale mają INNY WALOR! Wybacz mi szlachetny blogu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s