Dotknięcie pustki – Joe Simpson

dotkniecie pustkiW swoim pełnym niebezpieczeństw życiu zdobyłem kilka wzgórz i zimowych szczytów. Było wzniesienie umiejscowione na dzikich i odludnych terenach za sklepem spożywczym nr 19. Niewielkich rozmiarów, za to na tyle stroma górka, że podczas brawurowego zjeżdżania z niej na sankach można było stracić uzębienie, a nawet życie. Strach pomyśleć, że podczas każdych ferii zimowych setki razy spojrzałem śmierci w oczy. Młodość bywa tak lekkomyślna. Naturalnie była też góra w pobliżu dworca PKS, charakteryzująca się łagodnym stokiem z jednej strony i karkołomną stromizną z pozostałych. Wzgórze z racji kształtów i rozmiarów przez każdego zdobywcę określane „Wielorybem”. Wspinaczka na szczyt trwała kilka minut, ale za to zjazd na „oślej dupie” można było przedłużyć do kilkunastu sekund. Natomiast na klasycznych, dobrze nasmarowanych żelaznych sankach można było komuś połamać nogi, jeśli nierozważnie stanął akurat na drodze.
Śmichy-chichy, ale ostatnio ta wyprawa na Broad Peak – no ten szczyt, na który weszło czterech Polaków, a zeszło już jedynie dwóch – muszę przyznać, że cała ta sytuacja (ta bezwzględność natury) dotknęła moją wrażliwość. Z drugiej, tej paradoksalnej strony jestem przekonany, że gdyby cała wyprawa została zakończona sukcesem, to zapewne nawet nie zwróciłbym uwagi na całe wydarzenie. Bez dramatu nie ma zainteresowania, niestety, ale tak to działa. Pomyślałem wtedy, że przebieg wejścia na Broad Peak to niezły materiał na książkę. W oczekiwaniu na tenże literacki bestseller postanowiłem poszperać w poszukiwaniu czegoś o zbliżonej tematyce. Dużo czasu mi to nie zajęło – poznajcie Joe Simpsona i jego osobisty, niesamowity dramat.

Tak, Joe wraz z przyjacielem Simonem podjął się w 1985 roku próby wejścia na (do tamtej pory niezdobytą) ścianę w peruwiańskich Andach (szczyt Siula Grande, jakby to kogoś jednak interesowało). Tak, wynikły z tego pewne poważne komplikacje. Tak, życie obu alpinistów było mocno zagrożone, a sam autor nie powinien z tego wyjść cało. I tak, Joe przeżył – można się tego domyślić, podążając tropem faktu, że jednak napisał o tym książkę. Martwi mają ważniejsze sprawy na głowie, niż jakaś tam książka. Mogłoby się wydawać, że samo w sobie przetrwanie w Andach nie jest czymś, czym należałoby się chełpić i robić z siebie bohatera, dopóki nie poznamy natury i okoliczności zdarzeń. A te, musicie uwierzyć, były nieprawdopodobne. To chyba najodpowiedniejsze słowo, by oddać przebieg książki i w zasadzie do tej pory nie jestem przekonany, czy Simpson nie poddał się nieświadomie własnym halucynacjom i nieznacznie nie ubarwił relacji. Po prostu trudno uwierzyć w to, co Joe nam opowiada, a jego kolega Simon potwierdza. Z „Dotknięcia pustki” wyłania się obraz człowieka jako fascynującego stworzenia obdarzonego niezwykłą siłą woli i ambicją. To zadziwiające, że ktoś potrafił wykrzesać z własnego ciała taki potencjał, hart ducha, taką chęć przeżycia (a może lęk przed śmiercią); że potrafił z głowy wyrzucić kłębiące się czarne myśli, przysypać je ziemią i przygnieść dla pewności głazem, a potem wyjść cało z sytuacji, w której 97,3% ludzkości leżąc twarzą w śniegu powiedziałoby do siebie „mam dość, chcę już umrzeć, mogę?”.

Pomimo całego niewątpliwego dramatu rozgrywającego się w treści książki, „Dotknięcie pustki” jest historią pobudzającą w czytelniku optymizm. Niebagatelny wpływ na to ma świadomość, że wszystko skończy się happy endem, że Joe po każdym upadku (metaforycznym i dosłownym) się podniesie, otrzepie i pokuśtyka dalej, do celu. A potem to opisze. Tenże optymizm zyskujemy kosztem braku jakiegokolwiek zaskoczenia, ale jak to mawiają prostytutki: coś za coś. Obok gloryfikacji niezłomności człowieka, „Dotknięcie pustki” niesie ze sobą pewien zarys charakteru i cech, którymi dysponuje jednostka ludzka, zwana alpinistą. Simpson zdradza nam kilka szczegółów i specyfikę tego zajęcia, opisuje poczucie stałego zagrożenia, wynikającą z tego nerwowość i zrozumiałą kłótliwość między partnerami. Ale pomimo drobnych niesnasek darzą się oni bezgranicznym zaufaniem we własne umiejętności, wierzą, że partner jest czujny i skoncentrowany, oraz że pępowina w postaci liny, którą są połączeni, prędzej uratuje im życie, niż pociągnie w przepaść. Określić tę powieść pomnikiem alpinisty to chyba zbyt wiele, ale coś jest na rzeczy.

Joe Simpson podczas prac nad swoim literackim debiutem, literatem nie był i z pewnością bardziej zależało mu na opowiedzeniu historii, niż stworzeniu dzieła. Mimo to „Dotknięcie pustki” nie razi jakoś szczególnie amatorszczyzną, czy stylistycznymi pulpetami. Co więcej, przy odrobinie wspaniałomyślności da się nawet nie zauważyć, że gość do tej pory zajmował się machaniem czekanem i łapaniem licznych odmrożeń, a nie zawodowym pisaniem. Można się krzywić przy napotkaniu wzrokiem patetycznych haseł w rodzaju „wolę iść śmierci naprzeciw, niż czekać na nią bezczynnie” (luźny cytat z pamięci), ale kiedy czytelnik sobie uświadomi okoliczności ich wygłoszenia i rzeczywiste czyny idące za tymi słowami, to grymas gdzieś znika. Mam przeczucie, że niewielka dawka wyrozumiałości ze strony czytelnika się autorowi należy i przymknięcie oka na pewne niedoskonałości byłoby jak najbardziej na miejscu. Niemniej literacko jest zadziwiająco (mnie samego) dobrze, a „Dotknięcie pustki” bywa nawet określane najlepiej napisaną książką o alpinizmie, Nie wiem, nie potwierdzę, bo nie czytałem wszystkich książek o alpinizmie, ale sama opowieść z pewnością robi wrażenie.

Aha, dla czytelniczych leniuszków powstał też film, a że Polacy to twórczy naród, więc przetłumaczyli tytuł na „Czekając na Joe” (bo przecież dotknięcie pustki/próżni jest takie bez sensu i niezrozumiałe; w ogóle jak można dotknąć pustki, haha, ale głupie, w głowie się nie mieści).

Reklamy

5 uwag do wpisu “Dotknięcie pustki – Joe Simpson

  1. Czytałam tego autora „Zew ciszy”, wspomina tam co nieco o tym, co opisał w „Dotknięciu pustki”.
    Nieźle tam opisuje swoje przemyślenia na temat gór, tego „po co w ogóle tam chodzić”.

  2. Anonim pisze:

    Jak się okazało byłam wczoraj umówiona do TEATRU na 20-stą! Na komedię której intryga opierała się na damsko- męskich kontaktach towarzyskich w sensie, że on jeden … Obawiam się, że nie ma poczucia humoru. Bo to taka ŚWIETNA SZTUKA grana po kilkaset razy, a mnie nie śmieszyło…Wszystkie się śmiali gdy główny bohater rozmawiając z którąś z kolejnych swoich kobiet chcąc się szybko pożegnać rzucał w słuchawkę z szybkością karabinu maszynowego „pa pa pa pa pa pa pa pa „. No…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s