Bracia Sisters – Patrick deWitt

bracia sistersJa western zawsze z otwartymi ramionami. Przywitam, obejmę, utulę do snu. „Bracia Sisters” to ponoć hołd złożony czarnym westernom, braciom Coen oraz Cormacowi McCarthy’emu. I tylko ten McCarthy mi tutaj nie pasuje. Bo o ile specyficzny sznyt Joela i Ethana Coenów (oraz inspirację nimi) miejscami wyczuwam, o ile westernu noir tutaj sporo, o tyle nie rozumiem w jaki sposób „Bracia Sisters” mieliby stanowić ukłon w stronę McCarthy’ego. Być może jestem w jakimś stopniu upośledzony i czegoś nie dostrzegam, ale idę w zaparte – nie ma tam McCarthy’ego. Poza tym wiecie, że krótkie streszczenie utworu, bądź jego rekomendację zamieszczaną najczęściej na tylnej okładce książki określa się blurbem? Ja się dopiero niedawno dowiedziałem, a wymądrzam się w tym miejscu tylko dlatego, byście nie wierzyli blurbom. I politykom. I właścicielom warsztatów samochodowych. Mnie możecie wierzyć, bo nie dostaję ani grosza za pozytywną opinię wystawioną książce. Za negatywną też zresztą nie dostaję. Do dupy z taką pasją. Wracając jednak do „Braci Sisters”, to tak się złożyło, że blisko połowę powieści przeczytałem w trakcie podróży międzymiastowej. I w sumie mam tylko jedną uwagę: dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że od tego tak dramatycznie boli szyja? Myślałem, że już nigdy nie będzie mi dane spojrzeć w górę. Morał z tej sensacyjnej historii jest taki, że „Bracia Sisters” skutecznie zajmują uwagę czytającego. Czym jeszcze się charakteryzują?

– Jest dziś świeże ciasto.
– Jakie? – spytałem. Pomyślałem: Byle nie wiśniowe.
– Wiśniowe – odpowiedział.¹

Charlie i Eli nie mogą pochwalić się dobrą opinią wśród okolicznych mieszkańców. Gdyby zapytać jakąś przechodzącą w pobliżu sąsiadkę o zdanie na temat braci Sisters, to z pewnością nie byłaby to odpowiedź w wariancie: to dobre, wychowane chłopaki; Charlie podlewał mi kwiatki, a Eli wnosił zakupy po schodach. Nie, braciom Sisters do miana dobrych chłopaków brakuje mniej więcej tyle, ile mnie do polubienia pierogów na słodko, czyli sporo. Poza tym, po pierwsze: dobre chłopaki w bezwzględnym okresie Dzikiego Zachodu żyją krótko, więc się nie opłaca, a po drugie: Charlie jest zbyt leniwy, by być dobrym. Bracia są więc bandziorami i muszą dbać o swoją renomę. Pracując dla niejakiego Komandora ściągają w jego imieniu haracze, amputują członki dłużnikom, a od czasu do czasu kogoś zastrzelą, aby nie uznano, że z wiekiem miękną. My, jako czytelnicy, poznajemy ich w trakcie przygotowań do kolejnego zlecenia i wyprawy w kierunku Kalifornii – okolic rozpalonych gorączką złota, co akurat nie będzie bez znaczenia. Dużo nie zdradziłem i więcej nie zdradzę, tym bardziej, że deWitt nie zwykł się ociągać i szybko przechodzi do rzeczy – już po kilku stronach jesteśmy w trasie, towarzysząc trochę niezrównoważonym, ale sympatycznym braciom w misji.

Wciągnął swój posiłek, ale błyskawicznie go zwymiotował. Za długo nie jadł stałego pokarmu i jego żołądek nie był w stanie nagle tyle go przyjąć. Siedział, patrząc na swój leżący na ziemi wpół strawiony obiad i pewnie zastanawiając się, czy nie powinien go zebrać i jeszcze raz się do niego wziąć.
– Młody – powiedział Charlie – tylko spróbuj tego dotknąć, to cię zastrzelę na miejscu.²

Książka podzielona jest na krótkie, dynamicznie przebiegające epizody, które obserwujemy z perspektywy Eliego, bo to właśnie tęższy z braci Sisters jest naszym przewodnikiem i narratorem powieści. To gagatek, który z reguły zabijał do tej pory bez wyrzutów sumienia, obecnie wchodzi on jednak w burzliwy etycznie okres swojego życia, kiedy to zaczyna mieć wątpliwości moralne i rozważa nawet możliwość porzucenia swojego niebezpiecznego (przede wszystkim dla jego ofiar) fachu. I zastanawia się, jak do tego samego posunięcia przekonać brata. Długa podróż do odbycia i rodząca się między braćmi różnica zdań prowadzi do licznych, podobno zabawnych wydarzeń. I wiecie co? Rzeczywiście bywa rozrywkowo. O ile początkowo łatwo ten aspekt przegapić, tak z czasem zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham podczas lektury. Humor „Braci Sisters” to swoista mieszanka angielskości, gorzkiej ironii i czerni, bo w takim odcieniu większość sytuacji przebiega. Takie „Dwóch bandziorów na koniach, nie licząc braku psa” tylko z większą ilością zwłok pozostawionych za sobą. Rzecz jasna to żadna reguła, bo nadal sporo tutaj lżejszych motywów, których udało się nie poplamić przy okazji krwią niewinnych ofiar (bo nie było takiej potrzeby). Nie zabraknie też przeuroczych, lekko absurdalnych dialogów i szerokiej kolekcji rozmaitych bohaterów epizodycznych (dentysta, wiedźmowata starucha, chłopiec i jego koń Paul Szczęściarz). Jest również element wychowawczy, bo Eli w trakcie wyprawy odkrywa jak wielką radość daje higiena jamy ustnej, a w tamtych czasach mycie zębów to była jednak spora ekstrawagancja. Czuję potrzebę wspomnieć też o Baryłce, którego życiowa dola na przemian bawi, rozczula i smuci czytelnika. A pewien zabieg z użyciem łyżki stołowej może nawet lekko wstrząsnąć.

– Gdzie jest twoja matka?
– Nie żyje.
– Przykro mi to słyszeć.
– Dziękuję. Ale zawsze nie żyła.
– Opowiedz nam o swojej dziewczynie – poprosiłem.
– Nazywa się Anna i ma włosy koloru miodu. To najczystsze włosy, jakie widziałem, i sięgają prawie do samej ziemi. Kocham ją.
– To odwzajemnione uczucie?
– Nie rozumiem.
– Ona też cię kocha?
– Nie, chyba nie. Próbowałem ją całować i przytulać, ale wtedy mnie odpycha. Ostatnim razem powiedziała, że jak jeszcze raz to zrobię, to każe swojemu ojcu i braciom, żeby mi spuścili lanie. Ale ta jej śpiewka się zmieni, kiedy zobaczy moje kieszenie pełne bogactw. W tych kalifornijskich rzekach złoto spływa sobie z prądem, trzeba tylko stać w miejscu i łapać je do garnka, jak żaby w strumyku.³

Patrick deWitt upchnął w swojej powieści zaskakująco dużo udanych elementów, udeptał, obłożył je dobrym tempem wydarzeń i przysypał całość warstwą czarnego humoru, który rzeczywiście potrafił mnie rozbawić. Nadal mam jednak pewne wątpliwości na ile podoba mi się jeden z moich ukochanych gatunków podany w konwencji lekko śmiesznej i luźnej. W przypływie dobrej woli wyłączam swój puryzm i „Braci Sisters” traktuję w kategoriach odskoczni, bo choć nie jest to najlepszy western jaki czytałem, to z pewnością ma się czym bronić jako powieść oferująca nieco inne spojrzenie na być może skostniały gatunek. Mimo wszystko miłe to zaskoczenie i za to można być deWittowi wdzięcznym.

¹ Patrick deWitt, „Bracia Sisters”, tłum. Paweł Schreiber, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, str. 88
² Tamże, str. 96
³ Tamże, str. 98

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Bracia Sisters – Patrick deWitt

  1. Dobrze mi się ciebie czyta. To już 2. książka, do której mnie zdecydowanie zachęciłeś. Ta ma jeszcze do tego świetna okładkę.

  2. pyk pisze:

    Nie podobała mi się ta książka. Miał być humor, groteska, wyszedł po prostu dobry marketing, skoro MUSIAŁAM to przeczytać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s