Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky

metro-2033Ponoć najtrudniej o te najprostsze pomysły. Bo przecież te wyrafinowane i skomplikowane same przychodzą do głowy podczas śniadania. Najczęściej są tak pogmatwane, że po prostu brakuje im sensu. Natomiast mam wrażenie, że argument o najprostszych pomysłach ma przede wszystkim na celu tłumaczyć nas samych i to, dlaczego sami na ten (jakże przecież banalny!) pomysł nie wpadliśmy. Nagle się okazuje, że ktoś to zrobił przed nami, a niech to. Odrębną kwestią jest to, co z tym pomysłem zrobimy, bo od suchej idei do jej zgrabnej realizacji długa droga. I trzeba wyraźnie stwierdzić, że koncepcja Glukhovsky’ego (bądź też swojsko brzmiącego Głuchowskiego) jest świetna. Prosta, ale jednocześnie ze sporym potencjałem do jej rozbudowy. Potwierdzeniem jest rozwijające się Uniwersum Metro, w którego skład wchodzi już kilkadziesiąt powieści różnych autorów (w większości rodaków Głuchowskiego, ale zdarzają się wyjątki), z czego kilka ukazało się w polskim przekładzie. Głuchowski najwyraźniej uznał, że w tych ciasnych tunelach wystarczy miejsca dla każdego i zachęcającym gestem zmotywował innych do rozwijania pomysłu, a sam jedynie udziela błogosławieństwa tym najlepszym tworom. Być może będzie okazja do tematu wrócić, ale póki co skupmy się na „Metro 2033” – powieści, od której wszystko się zaczęło. Bo o zagładzie ludzkości zawsze miło poczytać, by rankiem wstać do pracy i w jakimś stopniu żałować, że tej zagłady póki co nie widać na horyzoncie.

O przyczynach skażenia powierzchni Ziemi radioaktywnym pyłem nie przeczytamy wiele. No, był jakiś konflikt, w domyśle III Wojna Światowa, były bomby, były miliony, miliardy ofiar, a co sprytniejsi mieszkańcy Moskwy zdążyli ukryć się w tunelach stołecznego metra. Zamysł był taki, by przeczekać najgorsze i następnie wrócić na powierzchnię, w glorii i chwale naczelnego gatunku. Tymczasem mijają lata, a następnie dekady i okazuje się, że ludzkość nawet przywykła do życia pod ziemią, więc rychłego wyjścia „na górę” już nikt szczególnie nie oczekuje. Dodatkową motywacją do pozostania w tunelach są liczne zabójcze niebezpieczeństwa, które czekają na śmiałków wyściubiających nos ze swojej dziury. Artem jest na tyle młody, by nie pamiętać wyraźnie życia sprzed zagłady, ma nawet problem z przypomnieniem sobie twarzy własnej matki, ale to właśnie na niego spadnie zadanie, od powodzenia którego zależeć będzie życie wszystkich mieszkańców metra. Wiem, misja ratowania świata (a raczej tego, co z niego pozostało) brzmi nieco pompatycznie i osobiście wolałbym bardziej przyziemne (napisałbym podziemne, ale to bez sensu) ambicje głównego bohatera, jednak autor zaczął z wysokiej ideowo półki i co zrobić.

Zostawmy już mało wyszukany powód wędrówki Artema i zajmijmy się widokówkami, które mu towarzyszą. Wszak życie w metrze nie przetrwałoby roku, gdyby nie ludzka zdolność adaptacji do warunków. W podziemiach Moskwy funkcjonuje więc hodowla trzody chlewnej i grzybów (z których następnie robiona jest „herbata”), w najlepsze kwitnie handel, gdzie walutą są naboje do niezawodnego kałacha, a przekrój społeczności jest na tyle szeroki, że aż mam wrażenie przesytu. Swoje siedziby na opuszczonych stacjach metra mają zwolennicy kapitalizmu i komuniści, i religijni fanatycy, i entuzjastyczni rewolucjoniści, i smakosze ludzkiego mięska. Pierwsza refleksja podpowiada, że brakuje tutaj jedynie faszystów. Ale faszyści oczywiście też tutaj są. W takim tyglu ideowym nietrudno o konflikty i rzecz jasna ich nie zabraknie – czasami wybuchną na naszych oczach, a czasami pozostanie nam jedynie wdychanie kurzu opadającego po bitwie między frakcjami.
To wszystko wyłącznie powierzchowny szkic mapy metra, jego inwentarz, panoptikum (jak to określa jeden z bohaterów), bo co najbardziej czaruje czytelnika w „Metrze 2033”, to klimat. To on przyprawia treść i nadaje jej charakteru, bo o ile Głuchowski wybitnym pisarzem nie jest, o tyle sprawnie stymuluje wyobraźnię czytelnika, a ta już resztę robi sama.

Muszę przyklasnąć, mlasnąć i przyznać, że było w „Metrze 2033” kilka, może nawet kilkanaście momentów, które całkowicie zaspokoiły mój głód czytelniczych wrażeń. Jednocześnie radował i fascynował mnie każdy fragment w rodzaju: ciemny, opuszczony tunel metra, a grupka uzbrojonych mężczyzn siedzi wokół lichego ogniska (które rozświetla zaskakująco małą przestrzeń, tak jakby światło nie mogło się przebić przez gęsty mrok podziemi) i snują opowieści grozy w gatunku tych, którymi straszyło się kolegów pod namiotami (i koleżanki oczywiście… tak, wydaje mi się, że były tam też jakieś koleżanki, przecież musiały być). Każdy spacer z bohaterem przez ciemny tunel, kiedy pojedynczy snop światła z przygasającej latarki nerwowo badał monotonnie ciągnące się z obu stron ściany, a niepokojące szmery sprawiały, że bezustannie trzeba było się oglądać za siebie. Każde zagrożenie nieokreślonego pochodzenia, każdy test psychiki i odwagi, który musiał przejść Artem w jakimś stopniu udzielał się i mnie. Mógłbym przysiąc, że w którymś momencie poczułem nawet dreszcz. No i najmocniejsza broń Głuchowskiego – fragmenty wyjścia na powierzchnię (bez wyjątku świetne, może dlatego, że ich niewiele): stalkerzy, melancholia, niepokój, szarość, zaparowana szybka maski przeciwgazowej, pustka, cisza i szelest własnego oddechu, ludzkie kości. Atmosfery nie brakuje, a wyprawa do Wielkiej Biblioteki przez całe swoje trwanie wywołuje przyjemne mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Klasa.

„Metro 2033” z pewnością nie jest wyzwaniem czytelniczym, ale też do takiego miana nie pretenduje. Głuchowski posługuje się językiem prostym, próżno u niego szukać literackich rebusów i finezyjnych fraz, ale właśnie w ten sposób trafia się do milionów. Świetny pomysł (na który podobno wpadł mając lat piętnaście), dopracowanie szczegółów, niezłe, rzemieślnicze wykonanie oddające ducha oraz atmosferę chwili i voila! – mamy bestseller. Co z tego, że nie brakuje w treści przewidywalnych fragmentów oraz niezwykłych zbiegów okoliczności; że aż prosi się o szersze spojrzenie na odporność psychiczną mieszkańców metra i zagrożenia wynikające z ich „bzikowania”; że Artem chwilami porusza się po metrze jak pijany zając i zmierza do celu obierając nielogiczną trasę, bez ładu i składu, w myśl zasady „jakoś to będzie”? Powieści brakuje końcowego szlifu, polerki, ale z pewnością ma swoje udane, hipnotyzujące oraz klimatyczne momenty i cóż, ja jestem kontent, bo właśnie tego – pi razy drzwi – oczekiwałem.

Advertisements

5 uwag do wpisu “Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky

    1. Rzeczywiście, aż teraz sam sobie się dziwię, że o tym nie wspomniałem. Bo pomimo dosyć niecodziennych okoliczności w jakich rozgrywa się akcja, „Metro 2033” jest na wskroś rosyjskie i ani przez moment nie zapomniałem, że to moskiewskie metro. Nie nowojorskie, nie londyńskie i nie tokijskie. Moskiewskie.

  1. W 100% zgadzam się z Twoją opinią. Książka mnie wciągnęła, ale – tak jak napisałeś – brakuje jej „końcowego szlifu, polerki”. Cała atmosfera mnie jakoś porwała, przedstawiony świat, stacje mające swoje własne prawa – pomysł prosty, acz naprawdę ciekawy. Lubię literaturę rosyjską, ma w sobie coś tajemniczego.

  2. Metro 2033 pochłonęłam. Uważam ją za rewelacyjną powieść, a zakończenie bardziej chyba nie mogło zaskoczyć. Ale już Metro 2034 to moim zdaniem badziew, napisane chyba z powodu sukcesu 2033, no i na siłę wciśnięty romans, nie polecam.

    1. Już wcześniej doszły mnie słuchy, że kontynuacja Metra to już nie TO, wiec jakoś nie czuje palącej potrzeby, by się zapoznać. Jeśli już, to raczej przymierzałbym się do polskiego epizodu w uniwersum, czyli „Dzielnicy obiecanej” Pawła Majki. Ale to może dopiero, gdy sama wpadnie mi w ręce przy jakiejś okazji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s