Morfina – Szczepan Twardoch

twardoch_morfinaSą takie książki, które już od pierwszych stron zwiastują czytelnikowi, że będzie miał do czynienia z czymś wartym poświęconego mu czasu i uwagi. Wszystko to rzecz jasna kwestia gustu, oczekiwań i preferencji osobistych, ale są, gwarantuję. Czarują swoim charakterem, narracją i wyrazistością. Fascynują i w związku z tym pobudzają chęć do ich głębszego poznawania, dzielenia z nimi codzienności, uczenia się ich. Taki odpowiednik miłości od pierwszego wejrzenia (jestem w stanie w nią uwierzyć, w końcu ludzie nie w takie rzeczy wierzą – nawet w Latającego Potwora Spaghetti), choć tak jak późniejsza znajomość daje czas na zweryfikowanie opinii na temat drugiej osoby, tak dalsza lektura potrafi zaprzepaścić całe początkowe zauroczenie czytelnika. Och, jakież wtedy jest rozczarowanie, jaki żal z powodu niewykorzystanej szansy! Jaki ból serca, że mogło być tak pięknie, a skończyło się banalnie i nie będzie warto o tym epizodzie pamiętać, ani tym bardziej opowiadać wnukom przy kominku, częstując ich Werther’s Original. Pytaniem jest, czy „Morfina” należy do grona lektur, które przez całą swoją długość umiejętnie podsycają pożądanie czytelnika, czy też niechlubnie tracą w jego oczach wraz z każdym przeczytanym rozdziałem?

Podtytuł „Morfiny” brzmi „Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada” i należy on do tych, które w zwięzły i celny sposób określają treść książki. To bardzo ułatwia odpowiedź na pytanie o czym jest ta powieść. Jednakże choć podtytuł ten mówi wszystko, to paradoksalnie jednocześnie nie mówi nic. Nie trzeba być bowiem Sherlockiem Holmesem krytyki literackiej, by wydedukować, że tak płaska, jednowymiarowa tematyka nie zapewniłaby autorowi Paszportu Polityki za rok 2012 i m.in. nominacji do nagrody Nike 2013. Nie bądźmy więc naiwnie powierzchowni i z premedytacją pobłądźmy zawiłymi ścieżkami treści, kontekstów, interpretacji.

Pomoże nam w tym trzydziestoletni Konstanty Willemann – nie kto inny, jak główny bohater powieści. Kostkowi z pewnością nie brakuje charakteru, ale jest on beznadziejnie zagubiony w kwestii własnej tożsamości i narodowości. Jego ojciec – pruski arystokrata, matka – polska nimfomanka, on sam – morfinista, niespełniony artysta i kurwiarz, mający siebie za sprytnego i obrotnego bywalca salonów. Strasznie mu nie na rękę ta cała wojna, która tak nagle wkracza krokiem defiladowym do Warszawy, bo komplikuje ona codzienność Kostka, temperując jednocześnie jego naturę bon vivanta. Początkowo pewność siebie bohatera może ździebko razić czytelnika, zniechęcać wręcz, ale szybko się okazuje, że wewnętrzny Kostek jest kruchy jak ciasto francuskie i plastikowe zamienniki dolnych osłon silnika. To postać iście wallenrodyczna, zabarwiona jednak mrokiem oraz naznaczona niezmywalnym piętnem zagubienia i rozdarcia. Były podporucznik polskiej armii, który bezustannie musi sobie powtarzać, że jest Polakiem, tak jakby o tym zapominał i sam już nie był przekonany, czy rzeczywiście jest. Sprawę dodatkowo utrudnia zawiła konspiracja, w której podejmuje się wziąć udział. Podobno ku chwale ojczyzny.

Jego uzależnienie od morfiny wydaje się mieć w powieści drugoplanowe znaczenie. Pogoń za buteleczką pełną dobra, szczęścia i tęczy, jak sam nazywa narkotyk, pcha go najczęściej w objęcia Salome, kobiety o liberalnym podejściu do stosunków płciowych. Średnio romantyczne wieczory w jej towarzystwie mają zazwyczaj niezmienny repertuar – portretowanie Salome w obscenicznych pozach, wspólne morfinowe dawanie po kablach, zwierzęca kopulacja, a po wszystkim czułe spoliczkowanie kochanki i wyjście bez pożegnania (chyba, że za pożegnanie uznać wspomniany cios w twarz). Oczywiście żaden byłby z Kostka kurwiarz, gdyby zadowolił się jedną kobietą, więc w trosce o własny wizerunek stale jest on rozdarty między żoną (którą kocha i ma z nią kochanego syna), dziwką (którą kocha kochać fizycznie), pierwszą miłością (którą kochał i chętnie pokochałby ponownie) i nową miłością (która bezceremonialnie wkracza w jego życie i po kobiecemu przewraca mu w głowie). Kobiet z pewnością nie zabraknie. Kochania, jak widać, też nie, mimo to fanki twórczości Danielle Steel będą rozczarowane, lojalnie uprzedzam.

Narracyjnie powieść wypada… dość niekonwencjonalnie i z biglem. Krótkie, celne zdania uzupełniają zdania mocno rozbudowane, takie, które kończąc czytać już nie pamiętasz od czego się zaczynało. Pierwszoosobowy rytm przeplata się z trzecioosobowym. Ciężar prowadzenia opowieści jest w znacznej mierze zrzucony na barki Kostka, ale ktoś często wyszarpuje mu wodze z dłoni. Kto? A może co? Cóż, to nie zostało jednoznacznie określone i możemy się bardziej lub mniej celnie domyślać (albo nie chcę psuć niespodzianki i udaję teraz głupka). Niematerialna (bo mówiąc o sobie używa rodzaju żeńskiego), niezbyt życzliwie nastawiona do otaczającego Kostka świata, zachłanna, zazdrosna, chcąca mieć bohatera jedynie dla siebie, zwracająca się do niego bezpośrednio (choć on nigdy nie odpowiada) i niemogąca pogodzić się z tym, że jej ukochany jest momentami najzwyczajniej w świecie szczęśliwy bez niej. Mroczna natura Kostka? Morfina? Jego matka? Co ciekawe, w zależności od sytuacji interpretacja czytelnika co do źródła „towarzyszki” bohatera może się różnić. Chwilami jest bardziej aktywna, przejmując całkowicie inicjatywę, a momentami schodzi do głębokiego podziemia i wydaje się nie mieć wpływu na rozwój wydarzeń, jakby się czaiła w ciemności. Dostrzeżenie zależności i motywów pozostawiam każdemu indywidualnie, bo może to stanowić niemałą frajdę i satysfakcję.

Cała „Morfina” wypełniona jest sugestywnością i zręcznie wykreowanymi postaciami. Niesamowite wrażenie robią te swoiste zawieszenia akcji, kiedy bieżące wydarzenia zwalniają, nawet zatrzymują się. Konstanty w takich chwilach zmaga się z kotłowaniną myśli, tęczą wspomnień, a „tajemnicza Ona” funduje czytelnikowi intensywną podróż w przeszłość, ale przede wszystkim przyszłość. Te wyskoki kilka lat wprzód charakteryzują się bezceremonialnością i niejednokrotnie udało im się mnie… cóż, zszokować. Przykładowo – nie mogłem się wyzbyć wrażenia, że narratorka czerpie satysfakcję z opisywania przyszłego losu Dzidzi Rochacewicz. A zapewniam, że nie należy on do przyjemnych i świadomość ta drastycznie zmienia sposób w jaki patrzymy na samą Dzidzię. Oczywiście jest poza tym w „Morfinie” kilka, nawet kilkanaście fragmentów wartych uwagi, które później blokują się w czytelniczej pamięci na dłuższy czas. Wspomnę choćby o tym, jak Konstanty radzi sobie z Kajetanem Tumanowiczem (dreszcze murowane), czy też mniej sugestywny, ale udany w formie spacer bohatera ulicami okupowanego miasta, kiedy ze spuszczoną głową skupia się na obuwiu warszawiaków. Fajnie to wyszło.

Czyli tak – „Morfina” trzymała mnie w ryzach do samego końca. Muszę dodać, że końca imponującego i choć z grubsza był on do przewidzenia, to jednak jego okoliczności wycisnęły z moich płuc coś w rodzaju westchnienia. Być może mam minimalny żal, że nie każdy wątek udało się autorowi należycie rozbudować i zakończyć (a może to tylko moje odczucie), ale nie od dzisiaj wiadomo, iż często lepszy niedosyt, niż przekombinowany przesyt. Koniec końców, „Morfinę” uznaję za bardzo dobrą powieść, która zasługuje na kawałek miejsca na mojej zakurzonej półce. Można więc uznać, że polecam, jednak reklamacji nie uwzględniam, o nie.

Advertisements

8 uwag do wpisu “Morfina – Szczepan Twardoch

  1. Niebezpieczny blog tu jest prowadzony, jak widzę. Bez większego trudu przekonuje mnie do książek, które wcześniej zdążyłem uznać jako „raczej nie mój klimat” (rozglądam się już za Karpowiczem, teraz Twardoch).

  2. Anonim pisze:

    Czy określenie „kurwiarz” nie jest zbyt mocne? No bo możliwe, że nasz bohater chciał uszczęśliwić wiele kobiet? Że lepiej, żeby były szczęśliwe przez chwilę?
    Będę po 20-stej:)

    1. Konstanty sam tak siebie określał, więc może to jakieś pseudo ze szkoły? Być może chciał też uszczęśliwić wiele kobiet, bo przecież każda marzy by być jedną z wielu.

  3. Anonim pisze:

    Ale też każdy wydawca szmatławca wie, że nic się tak nie sprzedaje jak „krew” i sperma, ludzie lubiewają czytać o niegodziwościach. Zresztą jeśli o niegodziwościach mowa mój brat Jan sprzedał mi ostatnio dowcip pt. ” A wiesz[…]?” więc ja pytam Ciebie teraz: A wiesz jaka jest największa niegodziwość w kościele? Ja postawiłam na pedofilię, ale to była skucha. W ogóle czytanie jest słabosilnie popularne i dlatego nie pogadasz z kolegą przy piwku o najnowszej świeżonce i dlatego czytelnicy bloga powinni silniej komentować, nie uważasz?

  4. Morfinę musze wreszcie przeczytać. Paszport Polityki dla tego tytułu narobił wokół sporo zamieszania, bo wielu uważa, że nagroda niesłusznie przyznana, że tutaj Twardoch zdecydowanie poszedł w przerost formy nad treścią. A jednak kusi mnie strasznie, żeby poczytać, szczególnie po takich recenzjach jak Twoja.

    1. Staram się nie patrzeć na to przez pryzmat nagród, bo wiele uhonorowanych powieści sobie podarowałem i nie mam zamiaru po nie sięgać. Natomiast tematyka „Morfiny” wydała mi się interesująca, ale nie będę oceniał, czy słusznie ją nagrodzono, czy też nie. Do tego trzeba by mieć oczytane również pozostałe nominowane powieści. A że przerost formy nad treścią? Cóż, jeśli człowiek się uprze to i taki zarzut można wysunąć ;)

  5. szlonko pisze:

    a ja jakoś nie złapałam ‚bakcyla’, nie w pełni… ciągle mi czegoś było mało… – charakteru u Kostka? to egocentryczny, zagubiony, niedojrzały facet, który kiedy w końcu zobaczył, że życie nie musi być bieganiem za własnym ogonem to… właśnie – nie będę psuć końcówki. Z ręką na sercu muszę jednak przyznać, że doczytałam do końca w miarę zgrabnym, jednostajnym ciągu czasowym – więc chyba nie jest źle!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s