Diabeł w Białym Mieście – Erik Larson

diabelMogłoby się wydawać, że diabeł to wiedzie klawe życie prawie celebryty. Ale gdy przyjrzeć się temu bliżej, okazuje się, że bycie diabłem jest fuchą niełatwą, niewdzięczną, z wieloma niedogodnościami, prawie żadną satysfakcją z jej wykonywania i wymagającą wręcz anielskiej (o ironio!) cierpliwości. Wszak są takie miejsca, gdzie diabeł musi powiedzieć dobranoc, choć sam podobno – tak mówią – nigdy nie śpi. Na domiar złego w wielu sytuacjach spełnia on rolę kozła ofiarnego: że niby się cieszy, gdy człowiek się spieszy; że niby stoi za nieproszonymi gośćmi (diabli nadali) i musi ich przyjąć z powrotem (idź do diabła). Zmuszony jest on palić w starym piecu, co zapewne komfortowe nie jest – ufajdolić się idzie i miechem trzeba namachać. Zaiste, niczym podrzędny pracownik fizyczny, choć renoma i stanowisko, które rogaty piastuje powinny uprawniać go do bezstresowej pracy za biurkiem – odbębnić osiem godzin i do domu. Chodzą również słuchy, że diabeł ubiera się u Prady, a tego rodzaju przymus tani nie jest, zaoszczędzić nie sposób, a i na jego rozmiar kopytka wybór butów niewielki. Nie wspominając już o odzieniu wierzchnim z odpowiednio wykrojonymi otworami na szpiczasty ogon (którym dla hecy czasami coś nakryje, by trudniej było znaleźć) i mikre nietoperze skrzydełka. Prawdziwe piekło. Jest jednak światełko w mrocznym tunelu życia diabła, bo gdzie sam nie może, tam babę posyła – uprawnia go do tego kontrakt. Z tego przywileju korzysta on niezwykle często, potwierdzi to każdy mężczyzna. W ogóle z kobietami wiąże go mnogość ciekawych konotacji. Erik Larson postanowił na rozpoznawalności diabła oprzeć sukces swojej książki i wysłać go do Białego Miasta. Podążmy jego śladem.

Dobrze, diabła mamy za sobą. Pozostała kwestia Białego Miasta. Otóż na przełomie lat 1892-93, z okazji kolejnej rocznicy odkrycia Ameryki przez niejakiego Kolumba, Chicago dostąpiło niewątpliwego zaszczytu zorganizowania wystawy. Wystawy przez wielkie W, wielkie Y, a nawet wielkie S, T i A – no, WYSTAWY. Wszakże miała ona być spektakularną, zachwycającą, stworzoną z rozmachem i zarazem dochodową – powinna przyciągnąć miliony odwiedzających. Nie mogło więc skończyć się na kilku gablotach, replice „Santa Marii” i kiepskiej aktorsko inscenizacji odkrywania nowego lądu. Narodził się pomysł zaprzęgnięcia do pracy najwybitniejszych architektów Ameryki i zagospodarowania mało atrakcyjnych okolic Chicago specjalnie wybudowanym tymczasowym miastem – Światową Wystawą Kolumbijską – Białym Miastem. Na czele projektu i w obliczu niełatwego zadania stanął Daniel Hudson Burnham, a czasu pozostało niewiele.

white city plan„Diabeł w Białym Mieście” należy do literatury faktu i początkowo byłem ździebko rozczarowany, bo spodziewałem się fabularyzowanej treści. Niesmak szybko jednak ustąpił miejsca, nazwijmy to potocznie, wciągającej lekturze. Na ile udało mi się ocenić, Larson podszedł do sprawy rzetelnie, z sercem i ambicją – przejrzał setki, może nawet tysiące dokumentów, zaczerpnął mnóstwo opinii i jego powieść w znacznej mierze opiera się na potwierdzonych informacjach, a treść aż pęcznieje od cytatów ludzi zaangażowanych w proces powstawania wystawy. Wyłania się z tego wszystkiego fascynujący obraz gigantycznego przedsięwzięcia i niezniszczalności ludzkiej ambicji. Architekci, a przede wszystkim Burnham, nieustannie zmagali się z przeciwnościami – nieubłaganie uciekającym czasem, licznymi komitetami i biurokracją, sprawami osobistymi, a nawet klęskami żywiołowymi. Nie wiem, czy to wstyd, ale ja pierwszy raz czytałem o tej wystawie, wcześniej nawet o niej nie słyszałem, ale usprawiedliwia mnie to, że nie jestem Amerykaninem. Przyznaję jednocześnie, że było niezwykle miło dla odmiany poczytać o czymś amerykańskim, co zasługuje na to, by o tym czytać. W szczytowym momencie budowy wystawy pracowało na niej 20 000 robotników, a efekt końcowy swoim magnetyzmem przyciągnął między innymi takie sławy jak Harry Houdini, Nikola Tesla, Thomas Edison, Mark Twain, William Cody (Buffalo Bill), a nawet nasz Ignacy Paderewski. Niestety, Justina Biebera zabrakło, więc sukces nie był kompletny.

whitecity1

No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim miejsce dla diabła? Odpowiedzią jest obecność w okolicach wystawy pewnego dżentelmena – Henry’ego H. Holmesa. Oprócz tego, że był on młody, przystojny, wąsaty, zaradny, o ujmującym sposobie bycia, to był też – delikatnie to ujmując – psychopatą, choć określenie to nie było w tamtych czasach znane. Był też właścicielem hotelu, gdzie zwabiał zakochane w nim kobiety i fundował im atrakcje wcale nie mniejsze, niż te na Światowej Wystawie Kolumbijskiej – gwoździem programu było zazwyczaj bestialskie (czasem z nutką subtelności) morderstwo i różne czynności na zwłokach, najczęściej nastawione na zarobek (akademie medyczne płaciły wtedy krocie za oporządzony szkielet, choć wolały nie wiedzieć skąd się wziął). Wątek Holmesa urozmaica treść o ciekawy kontrast – z jednej strony powstaje coś nadzwyczajnie zjawiskowego, monumentalny pomnik Ameryki, a z drugiej – ciemnej strony Księżyca – czytamy o odrażająco bezlitosnych praktykach człowieka skrzywionego mentalnie. Zgadnijcie o którym z tych wątków mówiło się więcej po zakończeniu wystawy? W ramach ciekawostki dodam, że jakiś czas temu był plan na ekranizację powieści, ale poza obsadzeniem DiCaprio w roli Holmesa niewiele więcej wiadomo.

„Diabeł w Białym Mieście” niestety unaocznia też, że z poświęceniem i ambicją tworzone piękno najzwyczajniej niszczeje z czasem (ciekawy dylemat: co zrobić z budynkami po zakończeniu wystawy?). Ludzie u szczytu sławy, zaangażowani w tak spektakularny projekt umierają, a o ich dziele życia mówi się coraz mniej i rzadziej. Pamięć o tych triumfalnych chwilach się zaciera, a fasady białych niegdyś budynków pokrywają się niezmywalnym brudem. Szkoda, bo patrząc na zdjęcia dokumentujące Białe Miasto było ono czymś, o czym warto pamiętać. A jeszcze bardziej pospacerować po nim osobiście i karmić łabędzie w jeziorze. Bułką.

white city 2

Więcej zdjęć na Jutjubie.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Diabeł w Białym Mieście – Erik Larson

  1. Anonim pisze:

    Ileż to rzeczy nie zasługuje na swój podły los, ale powstaje pytanie- czy lepiej żyć świetnością przez chwilę, czy nie mieć takiego epizodu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s