ości – Ignacy Karpowicz

Karpowicz_Osci_m„ości” Karpowicza zapiszą się w annałach historii jako jedna z tych rzadkich powieści, które zdarzyło mi się czytać w miejscu publicznym. Bo nie lubię czytać w miejscach publicznych. W środkach komunikacji trzęsie i telepie, a na domiar złego pasażer/ka obok zagląda dyskretnie co też on tam czyta, pewnie coś wyuzdanego, wygląda na zboczeńca i próbuje kątem oka czytać razem ze mną. A ja podejmuję wyzwanie i przewracam stronę wstecz. Śledzę wzrokiem treść od tyłu, pnę się w górę kartki, potem z drugiej strony i przewracam znów wstecz. A co – kto mi zabroni? A on/ona niech się głowi.
Co tam jeszcze publicznego mamy? Wszelkiego rodzaju poczekalnie i przystanki? Nie, to było dobre w podstawówce, kiedy mus na przerwie przed lekcją polskiego przejrzeć kilkunastostronicową lekturę, której się nie przeczytało w domu, bo lepiej było grać w Zeldę czy Contrę, łamiąc ze złości kolejne dżojpady i biegnąc na bazar po nowe.
Usiadłem więc na ławce w parku, w mało uczęszczanej alejce i zacząłem czytać. Po kwadransie przyjechał wąsaty pan na kosiarce, przywiózł na niej swój obfity brzuch i ochoczo zabrał się do pracy. Nic to, nie przeszkadza mi. Po kolejnych piętnastu minutach przybyła kobieta z dzieckiem w wózku, usiadła na ławce niedaleko mnie i wypuściła tego małego potworka z jego środka lokomocji. A ten jak bąk w butelce – biega, obija się o ławki, potyka o krawężniki, upuszcza lizaka na ziemię, podnosi i zjada, wjeżdża swoim pustym wózkiem w ludzi. O ironio, trafiam w treści książki na adekwatny do mojej sytuacji dialog.

– Myśli pani, że jest upośledzone?
– Nie zdziwiłabym się. W końcu to dziecko. [1]

Wytrzymuję jeszcze pół godziny i się ewakuuję poczytać w spokoju na łóżku.
No, ale dosyć o tym co u mnie. Co tam u Was?

Raz nawet zainstalowała kamerę w jego pokoju, żeby się upewnić, czy nie odmawia zdrowasiek po kryjomu, gdy jednak okazało się, że jej syn zwyczajnie przed snem wali konia, odetchnęła z ulgą i machnęła ręką. [2]

„Balladyny i romanse”, poprzednia powieść Karpowicza, wzbudziła aplauz mój, aplauz jurorów przyznających Paszport Polityki, a nawet aplauz mojej siostry („świetne, uśmiałam się!”). „ości” w wielu aspektach przypominają tamtą powieść, gdyby wydestylować z niej to co ludzkie, a ominąć mitologiczną otoczkę. Nie zabraknie więc garstki bohaterów, połączonych skomplikowaną siecią związków, relacji, znajomości i romansów. Postaci boleśnie ludzkich, na pierwszy rzut oka niewyróżniających się i zanurzonych w codziennej rutynie. O ile można tak określić przykładnego męża i ojca, który w weekendy (w tajemnicy przed rodziną) zakłada koronkowe majtki i jako drag queen śpiewa z klubie piosenki Violetty Villas. Łączy go niecodzienna relacja z bezwłosym (tak właśnie, bo przymiotnik łysy nie do końca opisuje jego osobę) Norbertem, ten z kolei angażuje się w romans z Ninel, która dla matki jest nadal Kubą, zdechł jej kot, a syn od pierwszego wejrzenia jest zauroczony poznaną w autobusie Mają. Maja zmaga się z kryzysami – małżeńskim i tym na rynku pracy (zasila szeregi bezrobotnych) i dylematami – moralnym wyborem między mężem i kochankiem oraz zdrowotnym, na przemian zaciągając się e-papierosem i inhalatorem. Jest jeszcze Krzysiu – były obiekt miłości Norberta i obecny obiekt czułości Andrzeja (bliskiego przyjaciela i powiernika Mai). Do tego dorzućmy kilka innych połączeń, o których zapomniałem wspomnieć. Prawda, że nieskomplikowane?

Próbowała również opanować kryzys w małżeństwie, pocałowała nawet Szymona w policzek, później w usta, tylko że mąż akurat spał. (Dochodziła trzecia w nocy). No, ale przynajmniej, pomyślała po nieskutecznym pocałunku, nikt mi nie wytknie, że nie próbowałam ocalić naszego małżeństwa. [3]

Trzeba być niewidomym, żeby nie zauważyć, iż autor w „ościach” przedstawia i bada przede wszystkim związki międzyludzkie, wzajemne relacje, zasady współżycia dwóch i więcej osób. Związek – ten fenomen społeczny, bez praktykowania którego równie dobrze moglibyśmy zamieszkać w lesie, ubierać się w sweter z mchu i polować na zające, a nikogo by to nie obeszło. Karpowicz się nie ogranicza i funduje nam przegląd chyba każdego rodzaju więzów. Małżeństwo jest, romans jest, przyjaźń jest, relacja rodzic-dziecko jest (w różnych konfiguracjach), a wszystko to poplątane, okraszone miejscami dramatyzmem i ciężkimi próbami, na które wystawiani się bohaterowie. Rodzą się nieporozumienia, coś się rozpada, by powstać mogło coś, a praca, delegacje, podróże a nawet pielgrzymki są pretekstem, by można było odetchnąć od zobowiązań względem bliskich. Co uderza najbardziej, to samoistnie nasuwający się wniosek, że do przetrwania tych związków niezbędna jest pewna, odpowiednio odmierzona doza hipokryzji, nieszczerości i przemilczeń. Poświęcenia swojej ambicji i honoru, zaciśnięcia zębów, by wszystko pozostało na swoim miejscu. By nadal tkwić w układzie, w którym może nie jest nam najlepiej (ze wskazaniem na: jest nam przeważnie źle), ale to lepsze niż samotność. Nie brzmi to optymistycznie, ale mimo wszystko każdy bohater odnajduje gdzieś jakąś cząstkę szczęścia. I to już budzi jakąś nadzieję.

Kuba nie znała wtedy, w stodole, słowa „pożądanie”. Znała za to z jakiejś książki dla młodzieży słowo „kanibalizm”. I obawiała się, że jest kanibalką, ponieważ umiała wyobrazić sobie, że najzwyczajniej w świecie Jacka zjada. Że tak go kocha, że zjada. Albo zlizuje go jak cielak bryłę soli, ruch szorstkiego języka za ruchem. [4]

Karpowicz posiada godną pozazdroszczenia umiejętność czy też dar pisania z ciągle obecną w treści nutą ironii i komizmu. Tak już ma nacechowany styl i taka już jego specyfika, że czytelnik podczas lektury wyczuwa pewnego rodzaju napięcie, jak w dobrym sitcomie – uśmiech gdzieś tam się błąka w podświadomości i jest gotowy w razie potrzeby wyskoczyć na twarz. Przyznam, że w dużej mierze to właśnie te ciągłe, przyjemne i zabawne gilgotanie przyciągało mnie do lektury, a zarazem trzymało przy niej.  Być może „ości” oprócz tego poruszają istotne zagadnienia, nakreślają problemy i zasady funkcjonowania małych społeczeństw, ale kogo ja próbuję oszukać – nie fabuła, nie historia i nie nieprawdopodobne wydarzenia budziły mój niepohamowany apetyt na więcej Karpowicza. Zamiast tego był głód kolejnych dowcipnych sformułowań, zabawy słowami, oczekiwanie na każde kolejne pojawienie się przeuroczej Mai, która próbuje się skupić na innych osobach, ale idzie jej kiepsko, bo wszyscy są tacy nieinteresujący.

Ojciec nigdy chyba nie powiedział swoim córkom nic miłego, nawet gdy zbierało mu się na czułości, przemawiał na przykład tak: „Tata potrzyma córkę w ramionach. Chodź do taty. Nie, nie ta gruba, niech przyjdzie ta brzydka”. I Maja (albo Faustyna) posłusznie szła. [5]

No właśnie, Maja. Gdybym z postaci literackich miał poskładać profil kobiety idealnej, to z pewnością zawarłbym w nim wiele cech Mai. Aż żal byłoby w tym miejscu tę kapitalną postać rozbijać na pojedyncze elementy, wydzielać z niej przymioty lepsze i gorsze, bo ona sama w sobie stanowi przeuroczy amalgamat atrybutów, mieszaninę składników, które tylko w zestawieniu  z całością cokolwiek mówią. Jej poczucie humoru, jej spojrzenie na otaczający ją świat, jej sposób komunikowania się z ludźmi, jej dystans. By to wszystko pojąć trzeba przeczytać rozmowę Mai z tchórzofretką. Prześledzić wymianę kurtuazyjnych kłamstw Mai z ojcem. Być na miejscu Franka, od którego Maja żąda, by wysiadł na najbliższym przystanku, wszak jest on na żądanie. Odebrać telefon od Mai, w którym mówi ona co ma do powiedzenia i rozłącza się zanim rozmówca zdąży zareagować. Tak, Maja jest jednym z najjaśniejszych punktów nowej powieści Karpowicza – daleka od ogólnie pojętej doskonałości kobieta, ale jednocześnie absolutnie ujmująca swoim stylem bycia. Udana postać, no.

W ogóle „ości” (a może „-ości”?) jest w moim odczuciu powieścią udaną, która raczej nie powinna pozostawić po lekturze posmaku rozczarowania. Daje ona niemało czystej przyjemności płynącej z samego procesu czytania, napotykania kolejnych rozkosznie lekkich fragmentów, postaci, dialogów. Osobiście nadal wolę „Balladyny i romanse”, ale to wynika z mojego mitologicznego fetyszu i zamiłowania do dobrze ulokowanego absurdu. „ości” są bardziej ludzkie, przyziemne i bardziej życiowe. Rzecz gustu. Idę, bo mnie Ketonal puszcza.

[1] Ignacy Karpowicz, „ości”, Wydawnictwo Literackie, 2013, str. 29
[2] Tamże, str. 249
[3] Tamże, str. 113
[4] Tamże, str. 333
[5] Tamże, str. 257

Reklamy

2 uwagi do wpisu “ości – Ignacy Karpowicz

  1. szlonko pisze:

    nie podkreśliłeś ‚ości’ wyrazie ‚samotność’ – czy to dlatego, że ona jest tylko jedna – ta ‚ość’? Cóż, najwyraźniej samotność ma to wpisane w opis zawodu, by nawet tu pozostać sama z sobą – poza grupą innych ‚ości’…
    a tak już bardziej na poważnie – stęskniłam się, wiesz… znowu sprawiłeś, że po przeczytaniu Twojego tekstu mam ochotę na książkę, choć nie jestem przekonana do końca, że będę w stanie się oddać podobnym przyjemn-ości-om w trakcie czytania, co Ty.
    lubię to połączenie tekstu ‚recenzji’ z osobistymi dywagacjami przeplecionymi jak udanie wykonana makatka… lubię odczytywać podteksty i nawiązania do wcześniejszych recenzji, czy innych książek, lubię zaczynać rozpoznawać stylistykę od ‚faktycznych poglądów autora’. lubię… nic na to nie poradzę (i chyba nie chcę nic na to radzić), więc nie przestawaj pisać – tylko ketonal mógłby już przestać być potrzebny?
    a ‚ości’ i Karpowicz – z pewn-ości-ą będą jednymi z książek/auorów po jakie sięgnę następnym razem odwiedzając księgarnię.

  2. szlonko pisze:

    to już!… baaardzo, bardzo dziękuję i polecam, jako jedną z lepszych książek przeczytanych ostatnio. A do Twojej notki nie chcę nic dodać, ani nic z niej ująć, bo oddaje naprawdę bardzo dobrze to, o co w -ościach- chodzi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s