Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki – Marek Raczkowski, Magda Żakowska

ksiazka-ktora-napisalem-zeby-miec-na-dziwki-i-narkotyki

Dziękujemy wydawcom. Gdyby nie presja zaliczki, którą nam wypłacili, ta książka nigdy by nie powstała¹.

Oto wstęp godny Marka Raczkowskiego – wieloletniego rysownika „Przekroju”, charakteryzującego się kreską przypominającą artystyczne popisy siedmiolatka i człowieka o, mam wrażenie, wielkim dystansie do samego siebie. Jego twórczość kiedyś regularnie śledziłem na stronie tygodnika, gdzie Raczkowski posiadał nawet własną zakładkę z na bieżąco aktualizowanymi rysunkami, ale przy okazji którejś z kolei rewitalizacji strony kącik gdzieś zaginął, a ja przestałem tam zaglądać. A szkoda, bo okazuje się, że pan Marek (tak, będę co jakiś czas dodawał określenie „pan”, bo czuję, że tak powinno miejscami być) cały czas prężnie działał w swoim fachu i w końcu doszło do tego, że sobie o tym specyficznym rysowniku przypomniałem, choć paradoksalnie nie dzięki rysunkom.
Widząc jego książkę na półce księgarni jeszcze nieco się wahałem, bo przecież to zaledwie wywiad-rzeka, więc przewidywałem niską wartość literacką. Wtedy autor pojawił się w programie Kuby Wojewódzkiego i tam na pierwszy rzut oka również nie prezentował się zachęcająco – senny, małomówny, jakby nieco zawstydzony. Aż w pewnym momencie, ni z tego, ni z owego, swoim zmęczonym głosem od niechcenia, ale też z nutką nieśmiałości wypalił: przeglądam ogłoszenia i anal zdrożał. Zaśmiałem się szczerze i wzruszyłem nagłym przyrostem sympatii do pana Marka  (choć, z drugiej strony, nigdy jej nie brakowało), dostrzegłem urok w jego nienachalnym i naturalnym sposobie bycia, a już następnego dnia trzymałem jego książkę pod pachą. Żeby było go stać na ten anal. Na zdrowie!

Nie miałem jeszcze okazji tutaj gościć tego rodzaju lektury. Obszerny wywiad, lecz zarazem, a może przede wszystkim przyjacielska rozmowa między Magdą Żakowską a Markiem Raczkowskim. Oboje znają się nie od wczoraj i choć z założenia to pani Magda zadaje pytania, to często dyskusja zamienia się w dowcipną wymianę złośliwości i nie sposób ocenić, kto tutaj naprawdę nadaje kurs rozmowie. Co nadal dla mnie trudne do uzmysłowienia, to fakt, że książkę przeczytałem w ciągu doby, praktycznie podczas dwóch posiedzeń. Będąc szczerym muszę ostrzec, że wydanie jest mocno „nadmuchane”, pełno w nim pustych kartek, wolnej, niezagospodarowanej przestrzeni i szerokich marginesów. Dodatkowo jest trochę zdjęć z prywatnego albumu autora, kilkanaście rysunków (najczęściej tych, o których wspomina w treści rozmowy), a to wszystko sprawia, że lektura płynie wartko niczym górski strumyk i nawet nie zauważysz, kiedy zostanie po niej jedynie suche korytko. Abstrahując jednak od ilości treści w książce – czyta się ją z wielką przyjemnością, a wpływ na to mają przede wszystkim niezwykły dystans, szczere podejście i lekkość żartu Raczkowskiego. Trudno nie polubić tego samokrytycznego, a jednak nadal pewnego siebie mężczyzny.

Przekrój tematów, które Raczkowski porusza z Żakowską jest równie szeroki, co swobodny w doborze i naturalny, jak to miedzy dwójką przyjaciół. Poczynając od luźniejszych i przypadkowych wątków dotyczących myśliwych, wyników sportowych Polaków, doktora House’a, Facebooka (a jakże!), kończąc na nieco bardziej drażliwych tematach politycznych i Smoleńska oczywiście („Potrzeba uwiarygodnienia wersji o zamachu jest oczywista. To jeden ze sposobów odwrócenia się od bolesnej prawdy o tym, że ta katastrofa była po prostu żałosna²”). Ale możemy uznać je za tło.

Co najbardziej urzeka w Raczkowskim, to jego postawa podczas rozmowy na tematy dotykające sferę osobistą i prywatną. Jak sam autor mówi, postawił sobie w tej książce za zadanie wyzbyć się tego „fałszywego wstydu”, który każe nam pokazać się z lepszej, przez co fałszywej strony. Nie przyznawać się do rzeczy, których można się w pewnych okolicznościach wstydzić. I trzeba przyznać, że pan Marek potrafi zaimponować szczerością. Najbardziej wrażliwą sferą jest oczywiście ta uczuciowa, a co za tym idzie również erotyczna i tutaj Raczkowski wydaje się nie mieć zahamowań. Dowiadujemy się m. in. że bzyka żony kolegów, nie mając w związku z tym wyrzutów sumienia (co potrafi sensownie uargumentować), jest stałym klientem burdelów, a w zasadzie był, bo obecnie preferuje zapraszanie prostytutek do domu i nigdy nie miał problemów z erekcją (no dobra, to akurat nie jest coś, czego mógłby się wstydzić). Jednocześnie potrafi z sentymentem opowiadać o kobiecie, którą kocha i samokrytycznie wspominać pierwszy pocałunek, który daleki był od ideału.

Oczywiście całość to nadal jedynie wywiad, dialog, ale bardzo dobry, jakby daleki od tych wymęczonych rozmów drukowanych w kolorowych czasopismach. Bez sztucznych tematów tabu, naturalny do bólu i szczery. Zakładam, że Magda Żakowska zna Raczkowskiego na tyle, żeby wiedzieć, co warto z niego wyciągnąć i o co zapytać. I to się sprawdza, bo mam wrażenie, że rysownikowi łatwiej było się wyrzec wstydu w obliczu przyjaciółki, niż obcej osoby (choć logika podpowiada inaczej). Podczas rozmowy Raczkowski wspomina, że nie lubi zanudzać sobą innych i wobec tego mam dla niego dobrą informację: ani przez moment nie czułem się znudzony. To była dobra inwestycja – dołożyć się do ulubionych nałogów autora.

¹ Marek Raczkowski, Magda Żakowska „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, str. 7
² Tamże, str. 326

Reklamy

8 uwag do wpisu “Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki – Marek Raczkowski, Magda Żakowska

    1. Jeśli odpowiada Ci forma wywiadu i nie masz wobec niej wygórowanych wymagań, to warto, bo można się z Raczkowskim zgadzać, lub nie, ale trudno mu zarzucić przynudzanie. Najlepiej byłoby książkę pożyczyć, ale w tym temacie nie pomogę, bo swój egzemplarz odsprzedałem potrzebującym :)

      1. Potrzebującym? To mnie zaintrygowałeś … Na co potrzebowali i kto (Ty czy ‚Oni’?)… Od wysnuwania analogii z tytułem omawianej książki sie powstrzymam – na wszelki wypadek ;)

        Ps. Nawiasem mówiąc -nawet mi nie przyszło do głowy pożyczać, czy to syndrom skrajnego uzależnienia od ksiOnsHek?

        1. No, potrzebującym w sensie „chętnym do lektury”. Ja raczej nie zamierzałem wracać i ponownie czytać tę książkę, więc szkoda, żeby się bezczynnie kurzyła.
          Ps. Ja też nie przepadam za pożyczaniem, bo nie lubię być komuś cokolwiek dłużny, nawet książkę do oddania. Tak jakoś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s