Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter

dlugaziemiaZnowu. Kolejny raz pozwoliłem się skusić nazwisku Pratchetta, co akurat nie jest niczym dziwnym, bo – nie ukrywam – często daję się namówić na jego ciekawe towarzystwo. Tym razem jednak Terry lojalnie zapowiedział, że przyprowadzi ze sobą swojego przyjaciela i zapytał czy nie będę miał nic przeciwko, abyśmy spędzili trochę czasu we trójkę. Powiedziałem mu, że jego przyjaciel jest moim przyjacielem i chętnie go poznam, że kupię więcej alkoholu, zrobię więcej sałatki warzywnej i pochowam wszystkie trzy drogocenne przedmioty przed jego wizytą. Terry podziękował za okazane zaufanie i jeszcze tego samego dnia poznałem jego kolegę. Baxter okazał się znacznie młodszy od Pratchetta, przyszedł w dresie do joggingu i był strasznie gadatliwy. Cóż, będąc szczerym muszę napisać, że nieco mnie zanudził swoim sposobem bycia, schematyzmem i nieudolnymi próbami urozmaicenia nam spotkania. Nie znałem chłopa wcześniej, pewnie się za bardzo zestresował moim (no, i może trochę Terry’ego) zaszczytnym towarzystwem, stąd jego werbalna biegunka pozbawiona charakteru i uroku (a są ludzie, których rzekę bełkotu mogę czytać non stop, co stanowi dowód, że da się). Zerkając kontrolnie co jakiś czas na Pratchetta widziałem na jego twarzy przepraszający grymas i wzrok mówiący: nie wiem co we mnie wstąpiło, że go tutaj przyprowadziłem, to się więcej nie powtórzy. Podsumowując wieczór: miał być ekscytujący trójkąt i noc pełna zmysłowych wrażeń, a wyszła nieudana randka, podczas której zamiast przyjacielskiego seksu przyszło nam (mi i Pratchettowi) doglądać lekko upośledzonego młodszego brata, cierpliwie pomagać mu odrabiać lekcje i oglądać z nim kreskówki. Na pewno łapiesz alegorię – tak właśnie się czułem podczas lektury „Długiej Ziemi”.

Zbuduj własnego krokera! Co? Już wyjaśniam. Kroker to niepozorna, własnoręcznie zrobiona skrzynka, a w niej trochę drucików, rezystorów, jeden przełącznik i… ziemniak jako źródło energii. Ten cud techniki sprawił, że ludzkość uzyskała możliwość podróżowania. I to nie byle jakiego podróżowania z punktu A do punktu B, czy nawet tak pożądanego podróżowania w czasie. Dzięki krokerowi każdy (no, prawie każdy) mógł przenieść się do alternatywnego świata. Bliźniaczo podobnego do naszego, ale pustego, dziewiczego i bez śladu cywilizacji. A gdyby ponownie przestawić przełącznik krokera, to przenieślibyśmy się do kolejnego alternatywnego świata. I kolejnego. Kolejnego. Setek kolejnych w nieskończenie długim łańcuchu światów, wszystkich w zasięgu kroku i przesunięcia przełącznika. Jak łatwo się domyślić, ogólnodostępna możliwość podróżowania (choć ograniczona pewnymi aspektami) po alternatywnych światach daje mnóstwo ciekawych możliwości, począwszy od ambitnych badań nad ewolucją (nuda!), powrotem do natury i zostania pionierem na jednym ze światów, a skończywszy na wcale nie mniej ambitnych celach zarobkowych, bo przecież żyły złota odkryte na jednym świecie, leżą nietknięte na kolejnych światach. Na takich ideach opiera się fabuła „Długiej Ziemi”, choć to oczywiście jedynie ogólny zarys tematyczny, całkiem udany, trzeba przyznać.

Coś jednak nie zagrało. Nie wiem, może to kwestia kooperacji dwóch autorów i nieco innych wizji całości, ale nie potrafiłem wejść w lekturę. Niby jest luźno, trafiają się humorystyczne akcenty (o nich za chwilę), można pochichotać z absurdów w rodzaju wspomnianego ziemniaka, ale zaraz po chwili zwiedzamy wraz z bohaterami katakumby pełne zwłok z rozszarpanymi krtaniami. Nie żeby mnie to jakoś szczególnie poruszyło (w końcu widuję takie rzeczy codziennie), ale te naprzemienne akcenty jakoś rozbijają wcześniej zbudowany nastrój i trudno czytelnikowi się ustosunkować.
Na domiar złego miałem wrażenie, że dowcip osłabł. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że to Pratchett odpowiadał za humorystyczne akcenty powieści i choć zdarzają się perełki (porównania i metafory! – „nerwowa jak kot z długim ogonem w pokoju pełnym foteli na biegunach”*), to czułem się jakby Terry zabrał mnie na przejażdżkę z zaciągniętym hamulcem ręcznym – niby jedziemy, bo silnik potężny, ale chciałoby się krzyknąć „zrzuć wajchę!” i pomknąć by się roztrzaskać na zakręcie. Niestety, do końca jest zachowawczo i ma się uczucie niewykorzystanego potencjału. Trochę mi było przykro z tego powodu.

Wracając jednak do świetnej koncepcji alternatywnych światów – zabrakło wykończenia (szykuje się jednak dalszy ciąg). Tandem autorów postanowił najwyraźniej rozczarować czytelników, bo choć założenie odmiennej i chaotycznej ewolucji w innych światach jestem w stanie zrozumieć, to nie przyjmuję do wiadomości, że ewolucja ta musiała przebiegać w sposób tak nudny. Owszem, doświadczamy cudów na kiju, niestworzonych sytuacji i poznajemy niewyobrażalne stworzenia, ale wszystko przebiega na zasadzie „upchamy w treść każdy pomysł, jaki nam tylko przyszedł do głowy – bo możemy!”. Zamysł fabularny na to pozwalał, ale takie podejście jednocześnie odbierało spójność lekturze. Rozwodniło ją. Wolałbym jeden, dwa alternatywne światy potraktowane bardziej kompleksowo, niż setki, tysiące ledwo i bez charakteru liźniętych. Nagana.

Nie nadążam i dziwią mnie słowa zachwytu, którymi opisuje się tę książkę. Kocham Pratchetta, wymieniam go w piątce moich ulubionych autorów, ale ta współpraca mu nie wyszła (choć nie twierdzę, że warto było spróbować). Węszę w tym wszystkim jednak zbytnią różnicę charakterów, by mogło to wypalić. „Dobry omen” z Gaimanem się udał, „Długa Ziemia” z Baxterem już niekoniecznie. Może gdyby jednym z alternatywnych światów w łańcuchu był Świat Dysku…

* Terry Pratchett, Stephen Baxter, „Długa Ziemia”, tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, str. 308

Reklamy

17 uwag do wpisu “Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter

  1. A ja ze wstydem muszę przyznać, że jeszcze Pratchetta nie miałem okazji czytać. Ale za jego Świat Dysku muszę się koniecznie prędzej czy później zapoznać. Na pewno prędzej niż z innymi jego dziełami.

  2. Bo trójkąt męsko-męsko-męski to tak nie bardzo; nie myślałeś o tym, że to właśnie dlatego wam nie wyszło?
    A tak poza tym: osobiście nie ufam książkom, które sprzedają w Lidlu…

    1. Trójkąt jest trójkąt – cieszyłem się, że w ogóle mam okazję na jakikolwiek.
      Ale z tym Lidlem to podpadłaś… I to mocno, bo ktoś, z czyim zdaniem się liczę (i marzę o kilku wspólnych aktywnościach w parku), kupuje w Lidlu.

      1. Czytanie z ruszaniem ustami nie wyklucza czytania ze zrozumieniem, zdaje się? Mówiłam o książkach w Lidlu, nie zaś o całym lidlowskim asortymencie. I nie, żebym marzyła o wspólnych aktywnościach w parku, ale chciałabym nadmienić, że też tam kupuję. Książek jednak jakoś nie…

        1. No dobrze, wybrnęłaś i przyznam szczerze, że z pośpiechu naciągnąłem trochę Twoją wypowiedź na własne potrzeby. Z drugiej strony widziałem już książki w Saturnie, Biedronce i nawet na stacji benzynowej, ale nie uważam, że to coś złego, choć wybór zazwyczaj mocno ograniczony do tzw. bestsellerów.

          1. Pewnie, że nic złego, w końcu nie od dziś wiadomo, że prawdziwi koneserzy książek pierwsze po obudzeniu kroki kierują do Lidla, celem nabycia piwa marki Argus (widuję regularnie i podziwiam nieustannie). Tak zwane bestsellery nie są jednak zazwyczaj tym z książek, co tak zwana ja lubię najbardziej. Ty zdaje się zresztą też, chyba że nie zrozumiałam nic z posta na wstępie, to pardon me.

    2. Anonim pisze:

      Z przebogatej oferty Lidla polecam:
      1. Jogurt naturalny Pilos( w ogóle wszystkie produkty mleczne tej marki) 1, 29
      2. Muszelki czekoladowe(to takie płatki śniadaniowe z niedźwiedziem) 2, 29
      3. Powidła śliwkowe 4, 99
      4. Bita śmietana w spreju 4, 75
      5. Napój pomarańczowy gazowany Saguaro 1, 49
      6. Saguaro niegazowane truskawkowe 1,69
      No bo książka to taki „pokarm duchowy” ale co po nażartym duchu jak ciało podupadnie?

        1. Anonim pisze:

          Ale zauważyłeś Mój Drogi, że z komentarzy wychodzi jakiś całkiem nowy blog? Że nikt się nie rozpływa nad Twoim kunsztem pisarskim ( niewątpliwym)? Ludzie wygląda na to mają swój świat… Żyją śmietaną z Lidla marki Pilos!

    1. Nie jest to szczyt literackiej ekscytacji (choć czytałem go dawno), ale na pewno Gaiman i Pratchett stanowią parę o większej ilości cech wspólnych, niż Baxter – Pratchett. I przede wszystkim jest dowcipniej.

  3. Właśnie! Zakończenia brak! Czytałam to jakiś czas temu, to, że Ziemi jest całe mnóstwo, pamiętam z książki, ale jak to się skończyło, nie pamiętam. Bo się skończyło jakoś mało wyraziście, bez przytupu. A wyglądałam takiego przytupu.

  4. No i zgadzam się w 100%. Koncept interesujący, początek intrygujący, ale jakoś nie zaskoczyło i efekt końcowy nie spełnił oczekiwań. Do trójkąta się nie odniosę, bo chyba to jednak nie to-nawet intelektualny to zwykle rozjazd różnych prędkości. Szczerze mówiąc zdążyłam zapomnieć, że przeczytałam i do drugiej części mnie nie ciągnie (chyba pozostali dwaj uczestnicy Waszego Trójkąta mieli ochotę na więcej…. wbrew Twojej ocenie) :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s