Trzech panów w łódce, nie licząc psa – Jerome K. Jerome

trzech-panow-w-lodce-nie-liczac-psaKtóregoś upalnego lutowego dnia chwaliłaś się przewlekłą chorobą, grypą jakąś. Że chorujesz, ale szykownie i stylowo. Że jesteś na tyle wielozadaniowa, iż możesz mieć kilka chorób jednocześnie. I wtedy wspomniałaś o trzech panach w łódce (niestety pies nie doczekał się Twojej uwagi). Poinformowałaś mnie, że oni, ci panowie, zakupili poradnik medyczny i stwierdzili u siebie wszystkie choroby, poza jedną. Jaką? I pomimo faktu, że w tym miejscu pamięć Cię zawiodła co do jej nazwy, to w samą porę objawiła się Twoja rezolutność i umiejętność improwizacji. Uhonorowałaś wspomnianą chorobą młode pokojówki, które chodzą na roraty i klęczą na zimnej posadzce kościoła, a potem im kolana wysiadają. Tak jakby stare nie chodziły, albo nie klęczały. Teraz natomiast, już po lekturze „Trzech panów w łódce” wiem, że jedyną szczęśliwą dolegliwością, której dżentelmeni u siebie nie stwierdzili było zapalenie kaletki maziowej rzepki i dotyczyło często klęczących sprzątaczek. Skąd w Twojej wersji wzięły się roraty i kościół – nie wiem. Jednak mi zaimponowałaś oraz urzekłaś, znowu. Z drugiej strony, bo zawsze jest druga strona, wspomniany wątek pojawia się już na pierwszych stronach książki, więc nie mam pewności, że przeczytałaś pozostałą jej część. Dlatego postanowiłem Ci o niej szerzej opowiedzieć, byś w przyszłości mogła się pochwalić czymś więcej, niż przeczytaniem początkowych fragmentów „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”. Wspaniale z mojej strony, wiem.

Otóż musisz wiedzieć, że w początkowym zamyśle miał to być pewnego rodzaju przewodnik turystyczny po Tamizie i okolicach, całkiem poważny swoją drogą, ale wraz z rozwojem sytuacji oraz kolejnymi dodawanymi przez autora anegdotami przynależność gatunkowa książki i jej stylistyka mocno się zmieniła. Zarys fabularny? Proszę bardzo. Trzej panowie postanawiają odpocząć nieco od codziennego zgiełku, zaczerpnąć relaksu, więc planują tygodniową wycieczkę łódką wzdłuż Tamizy. A osobistości z nich dosyć niebanalne. Harris, fan nagrobków (nie pytaj nawet), impregnowany na poezję, wręcz rozbijający każdy jej zalążek samą swoją obecnością, „zawsze gotów dźwignąć brzemię obowiązków i włożyć je na cudze barki”¹. George, który codziennie od dziesiątej do czwartej zajmuje się spaniem w banku, nieustannie go suszy i każdy jego przebłysk rozsądku budzi tak mocne zdziwienie w towarzyszach podróży, że najchętniej otworzyliby szampana z tej okazji. Trzecim panem jest sam autor książki, dżentelmen któremu rodzice ułatwili (bądź utrudnili, zależy z której strony spojrzeć) rozróżnienie własnego imienia od nazwiska, pisarz i dramaturg, najbardziej znany z… no cóż, „Trzech panów w łódce” (jak grupa Weekend z „Ona tańczy dla mnie”). Nie wypada zapomnieć o psie, bo choć Montmorency stanowczo sprzeciwiał się wyprawie, to w obliczu wyników głosowania (trzy do jednego) potulnie wziął w niej udział. I tyle musisz wiedzieć na początek, tyle wystarczy. Całą reszta bowiem, to czysta przyjemność z lektury.

Nie będzie dla Ciebie chyba wielkim zaskoczeniem, gdy napiszę, że siła „Trzech panów w łódce” leży w humorystycznym zabarwieniu treści. Doskonale sobie z tego zdajesz sprawę, bo przecież przeczytałaś kilka pierwszych stron, a to już wystarczy, by mieć całkiem spore wyobrażenie dotyczące stylistyki książki. Ironiczny, niewymuszony humor, bogactwo anegdot, których puenty wygłasza się z koniecznie odpowiednią powagą, pokerową twarzą wręcz, co w obliczu ich komiczności jest niezwykle trudną sztuką i pokazem opanowania narratora. Bo śmichy-chichy psują efekt. Książka jest gejzerem przezabawnych historyjek, niezwykle udanych, swobodnie opowiedzianych i z przyjemnością przez czytelnika pochłanianych. Doprawdy trudno się nudzić, a przestrzeń między kolejnymi anegdotami świetnie uzupełniają wzajemne relacje bohaterów. To z jaką wzorową współpracą rozbijają namiot, czy używają gołych nóg Harrisa jako wieszaka na ręczniki (bo sterczały mu z łóżka) jedynie powinno potwierdzać moje słowa. Albo procedura rozpinania płachty nad łódką:

Spod płachty dochodziły nas stłumione, lecz gwałtowne słowa i domyśliliśmy się, że praca jest uciążliwa. […] Nareszcie na drugim końcu łódki wysupłała się skądś głowa George’a i przemówiła.
Oto co powiedziała:
– Może byś tak nam pomógł, palancie. Stoisz tam jak kukła, choć widzisz, że nas tu chce udusić, ćwoku jeden!
Nie umiem odwrócić się plecami, gdy ktoś błaga mnie o pomoc, więc poszedłem i wyplątałem ich. W samą porę, bo Harris był już siny na twarzy.²

Wdzięk książki opiera się przede wszystkim na humorystycznych akcentach, ale kolejne zdarzenia i opowiastki niosą ze sobą również wartości uniwersalne – poczytasz o ludzkiej naturze, typach osobowości, balastach codzienności, złośliwości rzeczy martwych, walorach i przykrościach pracy, przewrotności oraz ironii życia. Oprócz wspomnianej we wstępie hipochondrii dowiesz się sporo o intensywnym zapachu sera, nauce gry na instrumentach, prześledzisz rozmowę Montmorency’ego z kotem i na przykładzie konfliktu wioślarzy z parostatkami przekonasz się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Sama musisz przyznać, że to dużo więcej, niż wypadałoby wymagać od przewodnika turystycznego. Wielu wątków nie wymieniłem, ale wszystkie potraktowane są z rozbrajającym humorem. Aż chce się zakrzyknąć: jeszcze jedną!

Nie wiem, na ile poczułaś się zachęcona do ponownego sięgnięcia po „Trzech panów w łódce, nie licząc psa” – tym razem w kompletnym wydaniu. Starałem się jak mogłem, może nawet udało mi się książką zainteresować kogoś poza Tobą. Chodzą również słuchy, że lektura zyskuje przy czytaniu na głos. Same zalety! To jak będzie – reflektujesz?

¹ Jerome K. Jerome, „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”, tłum. Tomasz Bieroń, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009, str. 32
² Tamże, str. 128

Reklamy

13 uwag do wpisu “Trzech panów w łódce, nie licząc psa – Jerome K. Jerome

  1. Anonim pisze:

    Bo ja Mój Drogi…bo ja bym chciała, ale nie mogę. Pamiętasz jak widziałam Panią Wolszczak w jednej produkcji TVN-u, że raz była żoną wyliniałego architekta, który ją zdradzał[ i tu powstała kwestia drugiej szansy tzn. znaczy ile może ich być] a innym razem była narzeczoną wojskowego o nazwisku Król, a ex żoną Karola o nazwisku Strasburger? Dla mnie chronologia odcinków była zagadką. Tak też jest z książkami- różne rzeczy przeplatają się i łączą i po latach już nie wiem, czy coś tam było, czy mi się śniło…
    Jednakowoż jesteś KIMŚ WYJĄTKOWYM i to Nas łączy! ;)

    1. Nie wiem, czy wiesz, ale Grażyna Wolszczak zanim stała się narzeczoną wojskowego Króla, to była dziewczyną jego syna, na moje oko sześćdziesiąt lat od niej młodszego. Coś im nie wyszło, konflikt pokoleń pewnie i Grazia wzięła się za wspomnianego Króla. Ogólnie, to nie próżnuje kobieta.
      Nie przejmuj się chronologią i koleją rzeczy – są przereklamowane. Niektórzy obcy sobie ludzie na przykład najpierw uprawiają seks w męskiej (bądź damskiej, zależy jak się akurat trafi) toalecie, a dopiero później uznają, że „może warto byłoby się jednak trochę poznać?”.
      Więc bycie na bakier z koleją zdarzeń to jeszcze nic, czego nie dałoby się naprawić.
      PS wolisz damską, czy męską toaletę?

      1. Anonim pisze:

        Jeśli człowieka porazi piękno drugiej osoby, jeśli chce z nią być w najgłębszym tego słowa znaczeniu to przydałoby się trafić na CZYSTĄ toaletę :P

        1. Odnoszę wrażenie, że szukasz wymówek, ale dobrze – odkryję czystą toaletę jak Kolumb Amerykę. Jak Indiana Jones odnalazł Arkę Przymierza. Jak Tatuś Muminka samotną wyspę. I jak Krecik aparat telefoniczny.

    1. Anonim pisze:

      Wiele kobiet ma dość rzeczowego traktowania, pragną być CELEM a nie DROGĄ do niego!
      No a „dyskusja” jest kobietą….

        1. Anonim pisze:

          A ja wczoraj pisząc na czacie „spotkałam” Jerzego W. (41l.) z Wrocławia który ma tę samą cechę co Paulo C.- co zdanie to SENTENCJA! „przyjaźń powinna być bezinteresowna” „żyjemy zbyt szybko” wszystkie głębokie jak wiadro. Nie cytuję więcej bo poznanie sensu życia w zbyt młodym wieku może owocować zniechęceniem do dalszego odkrywania. Tę zasadę mam wobec siebie, dlatego nie kontynuowałam rozmowy z Jerzym (41l.) Jeśli to czyta niech mi wybaczy.
          P.S. Jestem innym Anonimem, nie tym powyżej.

          1. Jurek Wętka pisze:

            Wybaczam, bo – uwaga kolejna sentencja – „zaczepię (na czacie), może porucham”.
            Tym razem się nie udało.

          2. Anonim pisze:

            Bardzo oryginalne. Na czacie jednak trzeba uważać, nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie. Jerzy W. mógłby się okazać 14-latkiem, a to już pewne rzeczy komplikuje. Albo i nie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s