Lubiewo bez cenzury – Michał Witkowski

lubiewoA pamiętasz tamten sklepik przy podstawówce, na każdej przerwie oblegany przez rozentuzjazmowanych chłopców w za dużych t-shirtach i z plecakami U.S. Army zarzuconymi po łobuzersku na jedno ramię? Pamiętasz, jakim powodzeniem cieszyły się zakupione w nim i jedzone na sucho zupki chińskie, ówczesny substytut czipsów? Otóż tego sklepiku już nie ma. W jego miejscu stoi śliczny, ale pusty skwer z dwiema ławkami naznaczonymi przypaleniami po papierosach. A przypominasz sobie przyszkolne podwórko i zawieszone na łańcuchach opony, na których huśtaliśmy się przy okazji każdej międzylekcyjnej przerwy, a nasze śmiechy doprowadzały do szaleństwa mieszkańców pobliskiego bloku? Miałem tam swoją pierwszą rozczarowującą „solówkę” (zapewne z jakiegoś błahego powodu), która bardziej przypominała homoseksualne macanko pijanych anorektyków, niż twardą, męską wymianę argumentów. W miejscu opon stoi obecnie domek z drewna o cukierkowych barwach, ale w zasięgu wzroku nie widać żadnego dziecka. Chyba nie zapomniałeś też „Zielonej sali” – obszaru boiska szkolnego z oficjalnym zakazem wstępu dla wszystkich uczniów, a to ze względu na nieprzyzwoicie wysokie drabinki, sięgające na wysokość czterech, może pięciu metrów. Wspiąć się na nie i stanąć wyprostowanym – to był prawdziwy akt odwagi. Ich też już nie zobaczysz, a na samym boisku sztuczna trawa zastąpiła betonową nawierzchnię, która kilkanaście lat temu zdarła setki kolan i dłoni. Furtka w szkolnym ogrodzeniu, przez którą tysiące razy przechodziliśmy została zaspawana, natomiast przez lata wydeptane naszymi identycznymi trampkami (bo wyboru w sklepie nie było) zabłocone dróżki już nie istnieją, bądź bezdusznie je zabrukowano. Wraz z upływem czasu nasza selektywna pamięć wypiera złe wspomnienia, a uwypukla te miłe, wywołujące coś w rodzaju wzruszenia. Często są one związane z miejscami, a po chwili przypominamy sobie osoby i niektóre wydarzenia, które potrafimy opisać z zaskakującą nas samych szczegółowością. „Lubiewo” Michała Witkowskiego to przede wszystkim zbiór sentymentalnych historii, anegdotek i postaci z przeszłości. Ciotowskich historii, anegdot i postaci, należałoby uściślić. Dostrzegasz potencjał? Dobrze.

Zanim się skrzywisz w związku z nacechowanym pejoratywnie określeniem homoseksualisty, oddam na chwilę klawiaturę autorowi książki, który wyjaśni subtelną różnicę między gejem a ciotą właśnie:

Geje są wytworem późnej fazy liberalnego, konsumpcyjnego kapitalizmu w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej, obecnie także w Polsce. Ich kultura to w zasadzie popkultura amerykańska, ludzie ci są bardzo słabo zindywidualizowani, raczej przejmują wzorce (mody, zachowania, nawet miny, marki itd) grupowe, dlatego stanowią wyraźny target dla rynku, tzw. pink money (podwójne dochody, brak dzieci). Geje – w przeciwieństwie do ciot – w pełni akceptują kapitalistyczne społeczeństwo, którego są wytworem, wyznają wartości mieszczańskie i nie chcą uchodzić za buntowników. Cioty zaś są zadrą w tkance społecznej, a przynajmniej tak same siebie interpretują, jako śmieci, punki, buntowniczki, wyrzucone przez społeczeństwo na margines i akceptujące tę sytuację.[1]

„Lubiewo bez cenzury” to prawdziwa kronika ciotowskich opowiadań, a zarazem obszerny atlas ciot (określenie przyjęte za oficjalne). Jejku, ileż tam fascynujących postaci! Patrycja, Lukrecja von Szretke, Dżesika, Cyganka „ja panu coś zaproponuję”, Lady Pomidorowa, Jadźka z krzywym nosem, czy wreszcie Michaśka Literatka, dawniej Śnieżka (czyli sam autor) i wiele, ba – całe stado innych. Bo trzeba wiedzieć, że każda szanująca się ciota na potrzeby artystyczne wybiera sobie damski pseudonim i mówi o sobie w rodzaju żeńskim. I to jak mówi!

Cioty mówią do siebie pieszczotliwie „kurwo”, „zdziro”, „szmato” i się cieszą.[2]

Autodestrukcja, samoupodlenie, niezwykły dystans do samego siebie – jakkolwiek by takiego podejścia nie nazwać, to nieodmiennie jest ono zwiastunem niezwykłych historii oraz barwnych opowiadań. I tak jest w rzeczywistości. Witkowski poprzez luźną rozmowę wyciąga z innych ciot pierwszorzędne wręcz anegdoty, a same bohaterki z łatwością przychodzi najzwyczajniej polubić. Za ten dystans, za brak pretensji i użalania się nad sobą, za przebojowe wspomnienia, którymi się dzielą. No właśnie, niesamowite chwilami wspomnienia, jeszcze z czasów PRL-u, umiejscowione przeważnie we Wrocławiu i Międzyzdrojach, choć kilka bardziej światowych ciot również się znajdzie.

Będziecie stały, cioty, u bram rozporka luja i nie zostanie wam otworzone.[3]

Kim jest luj (pojęcie znane nam z czytanego niedawno „Drwala”), czym charakteryzuje się jego archetyp? Ponownie oddam klawisze, tym razem jednej z bohaterek „Lubiewa”:

– Kto to są luje, kto to są luje. Boże, Bożenka, luje, kto to są?! No, dobra, powiedzmy, że nie wiesz. Luj to sens naszego życia, luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu czy w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Nasi Orfeusze pijani! Bo przecież ciota nie będzie się lesbijczyła z inną ciotą! Potrzebujemy heteryckiego mięsa! Byle był prosty jak dąb, nieuczony, bo z maturą to już nie chłop, tylko jakiś inteligencik. Najlepiej, żeby był bandyta. Żadnych min nie może robić, musi mieć gębę jak udo, po prostu obciągnięty skórą futerał, nic tam się nie może ukazywać, żadne uczucie! I gdzie znajdziesz takiego w tych barach dla pedałów?[4]

Luje pełnią istotną rolę w życiu każdej cioty i większość historii traktuje właśnie o tym, jak w krzakach dopaść się do lujowskiej spermy. Relacje te nieodmiennie odznaczają się niezwykłą ekspresją i przezabawnymi wtrętami. Bo cioty wyrażają się barwnie, sugestywnie, ale jednocześnie autoironicznie, bezwstydnie. Bez skrępowania zdradzają najbardziej intymne szczegóły, wywołując w co bardziej wrażliwym czytelniku na przemian obrzydzenie, niedowierzanie i śmiech. Żadne moje słowa nie oddadzą w pełni charakteru tych fragmentów, ale gwarantuję, że wypadają one jednocześnie zabawnie i naturalnie szczerze.

W tle wszechobecnego polowania na heteryckiego penisa dowiemy się również m.in. czym jest „przeginanie się”, poznamy ciotę, która chodzi się kąpać w morzu w nadmuchiwanych naramiączkach (jak u jakiegoś czterolatka), poczytamy o przebiegu specyficznej randki z internetu, Anna Jantar (niektóre cioty wybierają sobie za pseudonim nazwiska słynnych piosenkarek) rozbroi naszą powagę przekomicznymi historiami (są piękne, choćby ta o załatwianiu odmownie reklamacji luja – trzeba się uśmiechnąć), przekonamy się, na czym polega Błąd Numer 18, a Michaśka Literatka opisze swoje perypetie z zakupem preparatu na wszy łonowe. A to jedynie ułamek wszystkich wątków.

Bo przyjaźń ciotowska niczym o rafę o chuja zawsze się rozbija.[5]

To nie jest jednak tak, że do książki upchnięto jedynie zabawne epizody. Ciotowskie życie nie jest wyłącznie lujowską spermą usłane. Bo cioty pomimo bezdyskusyjnych atutów rozrywkowych, też przeżywają własne dramaty ludzkie. Bohaterki się kłócą, biją, szarpią za włosy, wielokrotnie są katowane przez mało tolerancyjnych skinów, popadają w alkoholizm, tracą oszczędności, dach nad głową (a czasem nogę), popełniają samobójstwa i umierają zakażone wirusem HIV, który w ówczesnej świadomości społecznej był czymś odległym, czymś co „nas nie dotyczy, na to chorują jedynie małpy w Afryce”. Ten dysonans i zamienność wątków śmiesznych oraz przygnębiających dodaje wartości i wielowymiarowości książce, a to – jakby nie patrzeć – zawsze plus.

To niecodzienna i niepowtarzalna lektura, która sprawnie przeplata elementy zabawne, odrażające, sentymentalne i uzupełnia je celnymi obserwacjami społecznymi. Nie wyobrażam sobie, by jakiegokolwiek czytelnika pozostawiła obojętnym. Bawiłem wyśmienicie.

[1] Michał Witkowski, „Lubiewo bez cenzury”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, str. 397
[2] tamże, str. 221
[3] tamże, str. 31
[4] tamże, str. 27
[5] tamże, str. 334

Dla zainteresowanych: więcej fragmentów.

Advertisements

7 uwag do wpisu “Lubiewo bez cenzury – Michał Witkowski

  1. Anonim pisze:

    Co jest najśmie­szniej­sze w ludziach:

    Zaw­sze myślą na od­wrót: spie­szy im się do do­rosłości, a po­tem wzdychają za ut­ra­conym dzieciństwem. Tracą zdro­wie by zdo­być pieniądze, po­tem tracą pieniądze by odzys­kać zdro­wie. Z troską myślą o przyszłości, za­pomi­nając o chwi­li obec­nej i w ten sposób nie przeżywają ani te­raźniej­szości ani przyszłości. Żyją jak­by nig­dy nie mieli um­rzeć, a umierają, jak­by nig­dy nie żyli.

    Obiecałam nie komentować? Wiem jak lubisz tego pisarza i wiem jaką Ci to sprawi przyjemność. Więc wybacz…

    1. To jawny sabotaż z Twojej strony, a jednocześnie sprawdzian mojego charakteru i ufności pokładanej w Tobie, mimo że z premedytacją wklejasz SIAROWE cytaty. A przyjemność sprawia mi każdy komentarz od Ciebie – wiernej czytelniczki – więc tutaj trafiłaś w sedno.
      Aż dziwne, że nie skorzystałaś z okazji i nie pochwaliłaś się TRZEMA szafami.

    1. Ja natomiast nie czytałem oryginalnego „Lubiewa”, dlatego wspomogę się słowami autora.
      „Nie ma kanonicznego wydania Lubiewa. (…) tych pedalskich historyjek, powiedzonek, zwyczajów, ciągów dalszych będzie przybywało. Część z nich dopisuje samo życie (samobójstwo Radwanickiej), część w poprzednich wydaniach po prostu została przeze mnie (przez polonistkę we mnie) ocenzurowana. To wydanie nosi tytuł „Lubiewo bez cenzury” i przywrócone w nim zostały wszystkie skreślenia jakich dokonałem w pierwszym wydaniu pod wpływem siedzącego we mnie jeszcze wtedy doktoranta i polonistki. Potem nigdy nie weszły w polskich wydaniach , czasem przywracałem je w którymś wydaniu zagranicznym.
      Teraz możecie Państwo przeczytać takie „Lubiewo”, jakie bałem się opublikować w roku 2005. (…)
      Nie życzę Wam miłej lektury, bo Lubiewo to nie tylko miła lektura, ale lektura traumatyczna, wstrętna i miła na raz. Porzygajcie się z rozkoszy.
      Michaśka”
      To tak skrótowo. Dalej auto wymienia konkretnie – co zmienił, co usunął, co dodał, co poprawił, co ma dalszy ciąg (którego w 2005 jeszcze nie znał). Wszystko jest we wstępie, więc proponuję do niego zajrzeć w księgarni.
      Ewentualnie posiłkować się zdjęciami, które zrobiłem (bo nie chciało mi się przepisywać):
      1. http://img.nopaste.pl/upload/20130331_095130_5157eb8d9ca01.jpg
      2. http://img.nopaste.pl/upload/20130331_095140_5157ebfb364bf.jpg

    1. No weterani romansów Danielle Steel i czytelnicy gimnazjalnych lektur mogą się poczuć lekko napastowani stylistyką i słownictwem, ale to w sumie taka sympatyczna agresja. Da się ją polubić.

  2. Czytałam Lubiewo bez cenzury i z chęcią to powtórzę. Udało mi się byc na spektaklu „Lubiewo” krakowskiego Teatru Nowego (występ gościnny w Poznaniu). Spektakl polecam bardzo, bardzo! Dotyczy tylko części wspomnieniowej, pikiety, AIDS, itd. Natomiast część plazowa przedstawiona jest w spektaklu „Lubiewo: Ciotowski bicz” i mam nadzieję, że mi się kiedys udać go zobaczyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s