Atlas chmur – David Mitchell

atlas chmurMoje najmilsze wspomnienie z atlasami w roli głównej związane jest z lekcją geografii w szkole. I pomijam już przypadek kolegi, który na mapie Europy nie potrafił wskazać Morza Bałtyckiego, choć było to dosyć krzepiące obserwować, jak zmaga się ze swoją niewiedzą (w przypływie dobrej woli możemy uznać, że zjadła go trema). Nie, chodzi mi raczej o fakt, że te przesympatyczne książeczki z mapami zazwyczaj miały format odpowiedni, by wewnątrz ukryć komiks. Podczas lekcji opierałem się więc wygodnie, atlas unosiłem pod odpowiednim kątem i swobodnie czytałem historie obrazkowe, w których Frank Castle roztrzaskiwał łby nikczemnym bandziorom, albo Peter Parker skakał po ścianach w tym swoim obciachowym kostiumie Spidermana. Ale to tak na marginesie.
Trzeba przyznać, że tytuł powieści Davida Mitchella jest udany. Ma w sobie tę nutkę poezji i tajemnicy, która nurtuje czytelnika i zachęca do sięgnięcia po książkę. Bo trudno wyczuć, do czego się odnosi. Okazuje się jednak, że rozwikłanie sekretu tytułu to najmniej istotny problem, a kolejnych niedopowiedzeń nie zabraknie na przestrzeni całej lektury. Autor postawił sobie bowiem ambitne zadanie, by splątać losy sześciorga bohaterów, których losy są pozornie niesplątywalne (że aż użyję nieistniejącego słowa, bo mogę – to mój blog).

Nie sposób w kilku słowach nakreślić fabuły powieści. To znaczy, owszem, można, ale nie tej akurat. A pal licho, spróbuję, niech stracę. Na początku wypadałoby rozbić cały „Atlas chmur” na sześć opowiadań. Opowiadań odmiennych pod wieloma względami, poczynając od bohaterów, czasów, w których przyszło im żyć, a kończąc na stylistyce. I tak pochodzące z połowy XIX wieku pamiętniki Adama Ewinga cieszą czytelnika wyszukanym literacko językiem, z obowiązkowo przestawionym szykiem zdania i iście dżentelmeńską naturą daleką od współczesnej pospolitości (szarmancko wykropkowane wulgaryzmy rozczulają). W pewnym momencie relacja Ewinga się urywa (w połowie zdania!) i przenosimy się w lata międzywojenne, a powieść zmienia formę na epistolarną. Korespondencja Roberta Frobishera z kochankiem wyraźnie naznaczona jest charakterem autora listów, a ten do sympatycznych raczej nie należy. Wywyższający się kompozytor, nazywający kochankę „starą klępą” to ktoś, kogo trudno szczerze polubić. Dalej (rok 1975) otrzymujemy coś w rodzaju powieści kryminalnej, z obowiązkowym spiskiem, zabójcami na zlecenie i bohaterką – Luisą Rey – która z dziennikarki brukowca awansuje kolejno na węszącą za sensacją idealistkę, niewygodnego świadka i potencjalną ofiarę „nieszczęśliwego wypadku”. Później jest jeszcze najbliższy współczesności Timothy Cavendish, zadłużony wydawca książek oraz dosyć złośliwy staruszek, który w swojej luźnej i zabawnej historii zwraca się bezpośrednio do czytelnika, a nawet udziela rad przyszłemu reżyserowi, który podejmie się ekranizacji jego opowiadania. Sonmi~451 jest natomiast bohaterką zakotwiczonych gdzieś w nieokreślonej przyszłości wydarzeń, a te poznajemy w formie wywiadu, czy też raczej przesłuchania przed egzekucją. Na koniec Mitchell proponuje nam cywilizację u jej schyłku i Zachariasza – mieszkańca zacofanej technologicznie wyspy, niby wieśniaka i prymitywa, ale mającego swój rozum i instynkt przetrwania.

Zróżnicowanie stylistyczne zapewnia czytelnikowi przez całą lekturę świeże doznania literackie. Pomijając już jednak fabularny miszmasz i sztuczki narracyjne autora, to do czytania zachęca przede wszystkim ciekawość i ta nieuchwytna początkowo tajemnica. Co łączy kolejne opowiadania? Bo przecież COŚ musi je scalić. Jak? Kiedy? Przy pomocy czego, kogo? Z każdym kolejnym fragmentem jest coraz lepiej, łatwo się zaangażować w zagadkę i wpaść w detektywistyczną gorączkę. Z każdą przewróconą kartką rośnie też świadomość czytelnika, jego czujne oko zaczyna wychwytywać wspólne cechy pozornie odległych od siebie na linii czasu historii, przeczucia się intensyfikują. Smaczki, detale, powtarzalność, te same błędy popełniane przez bohaterów (co zazwyczaj prowadzi do koniecznej ucieczki, czy ukrywania się), podobne intencje czarnych charakterów, ich dążenie do posiadania dóbr, sławy, władzy. „Aż moc niszczenia, jaką posiądzie ludzkość, przezwycięży naszą moc tworzenia i cywilizacja sama siebie doprowadzi do zagłady*”.

Z czasem zaczyna również docierać do czytelnika, że „Atlas chmur” nie jest jakimś misternie przemyślanym i skrupulatnie przeprowadzonym splotem wydarzeń. Jeśli nawet losy bohaterów się krzyżują, to jedynie na poziomie naskórkowym i nie do końca świadomym. Nazwałbym to raczej kolejnym echem przeznaczenia, czymś nienachalnym, pośrednim, subtelnym, mistycznym. Kusi mnie, by przytoczyć kilka przykładów, ale nie – zostawię to do samodzielnego poznania. A poznawać jest co, choćby to, czym jest tytułowy „Atlas chmur” i w jaki sposób definiuje on kompozycję powieści.

Aha, ekranizacja, pomimo blisko trzech godzin seansu, jest dramatycznie skrócona i okrojona o liczne wątki. To dobry film (nieco bardziej zakręcony ze względu na teledyskową i migawkową narrację), ale miałem wrażenie, że oglądam jakiś skrót wydarzeń. Po prostu niemożliwością było upchać wszystko w trzech godzinach.

*David Mitchell, „Atlas chmur”, tłum. Justyna Gardzińska, wyd. MAG, Warszawa 2012, str. 468

Advertisements

5 uwag do wpisu “Atlas chmur – David Mitchell

  1. Anonim pisze:

    Ta natomiast okładka ładna jest. Nawet w formie ściennego malowidła pasowałaby do różowej glazury w łazience…takie geometryczne żaglówki. W ogóle wg niektórych osób czerwony nie pasuje do różu, ale zauważcie Kochani że to było jedno z ciekawszych połączeń w kolekcji YSL. Chyba nie chcemy wyjść na świętszych od Pana Boga, prawda?

    1. Tak, zgadzam się, ta okładka jest ładna, a Twoja opinia bez wątpliwości należy do grona tych najcelniejszych ze wszystkich. Dodam również, że w księgarni obok stała na półce jeszcze okładka filmowa, o taka:

      ale zdecydowanie wybrałem tę najbardziej ładną. Co jak co, ale gustu w tej kwestii mi nie odmówisz.

  2. Anonim pisze:

    To tak jak z Diuną, po przeczytaniu książki oglądając film miałem wrażenie, że ktoś mi przewijanie włączył ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s