Ostatni bohater – Terry Pratchett

ostatni bohaterWydrukowana twórczość sir Terry’ego Pratchetta pojawia się w moich dłoniach cyklicznie, choć z wolna wyczerpuje się zapas książek jego autorstwa, których jeszcze nie przeczytałem. Może to i dobrze, bo trochę głupio tak czytać tylko jego powieści (a miałem taki okres). „Ostatni bohater” jeszcze rok temu był swoistym białym krukiem, którego używane egzemplarze na aukcjach internetowych osiągały ceny porównywalne z kwotą, którą trzeba wyłożyć za poobijanego Forda Escorta rocznik 1994 (czyli nieco ponad 100 złotych).  Niedawno ukazało się jednak wznowienie wydania, co ma zarówno swoje wady, jak i zalety. Do minusów należałoby zaliczyć fakt, iż książka utraciła swój wyjątkowy status (przynajmniej na kilka najbliższych lat). Zalet jest więcej, ale zdecydowanie najistotniejszym dobrodziejstwem jest nadarzająca się okazja, bym własnoręcznie mógł molestować książkę lepkimi placami. A przyznaję bez bicia, że każdą kolejną możliwość, by powrócić do arcygenialnego Świata Dysku traktuję jak małe czytelnicze święto. Jestem zauroczony do tego stopnia, że gdybym kiedyś mógł odwiedzić dowolne fikcyjne miejsce, to fenomenalny (choć płaski) świat umieszczony na grzbietach czterech słoni, które z kolei twardo stoją na skorupie Wielkiego Żółwia A’Tuina przemierzającego Wszechświat byłby jednym z pierwszych wyborów. Och, jakie to by było ekscytujące!

Świat Dysku po raz wtóry jest zagrożony. Legendarny Cohen Barbarzyńca wraz ze swoimi kamratami w postaci zasłużonej i wysłużonej (baaardzo wysłużonej) Srebrnej Ordy zmierza do siedziby bogów, by zwrócić im ogień i przy okazji parę wybuchów z nim związanych. Ci, co znają Cohena, wiedzą, że pomimo tego, iż jest stary oraz zasuszony jak wiązka chrustu, to nie sposób mu odmówić skuteczności w podejmowanych czynach. Istnieje więc znaczne prawdopodobieństwo, że wraz z grupą emerytów dotrze on na sam szczyt Świata Dysku i w ostatniej swojej misji rozliczy się z bogami, a przy okazji zachwieje polem magicznym, co będzie miało katastrofalne skutki.
Jak nakazuje tradycja, w przypadku zagrożenia dla świata każdorazowo zostaje powołana do życia wyspecjalizowana ekipa ratunkowa, od której od tej chwili będzie zależał los ludzkości (szeroko rozumianej; zaliczają się do nieją m.in. krasnoludy, golemy, wampiry, żywe trupy i inne stworzenia). Jej skład nie jest jakoś wybitnie wyszukany, bo zasila ją genialny wynalazca Leonard z Quirmu, doskonale znany kapitan Marchewa ze Straży Miejskiej (cóż, uczciwy służbista Marchewa nadal jest… Marchewą, no), oraz dyżurny zbawiciel Świata Dysku, czyli Rincewind – kiepski mag, za to doskonale wykwalifikowany tchórz, który uciekając nie ogląda się za siebie (bo to spowalnia ucieczkę).

Pratchett nie przestaje mnie bawić. Oczywiście, raz wychodzi mu to lepiej, innym razem gorzej, ale ani przez moment nie miałem żenującego wrażenia, że żart jest wymuszony i nienaturalny. Specyfika Świata Dysku urzeka swoimi założeniami i potencjałem humorystycznym, a elementy parodii pozwalają czytelnikowi z czułością i wyrozumiałością spojrzeć na otaczającą nas codzienność. „Ostatni bohater” korzysta z okazji, by kpić z wielu tematów, choćby z całego patosu lotów w kosmos, czy przede wszystkim – z mitologii. O tak, bogom obrywa się szczególnie, bo uniwersum Świata Dysku jest przebogate w przeróżne boskie byty, które wręcz rozkładają na łopatki powagę czytelnika. Nie wiem, czy ktokolwiek brał pod uwagę istnienie bogini rozgniecionych zwierząt (bo przecież codziennie ktoś, gdzieś na świecie mówi „o bogowie, co ja przejechałem?”, więc taka bogini ma swoją niszę i sens istnienia)? Albo bogini krótkich kawałków sznurka. Istnieje też bóg świetnych pomysłów, które człowiek zapomniał zapisać. Jest wobec tego w co wierzyć, nie to, co na naszym smutnym, okrągłym świecie.
Co jeszcze? Z wyjątkową przyjemnością obserwowałem jak Srebrna Orda wyrąbuje sobie drogę przez licznych wrogów, a towarzyszący starcom Złowrogi Harry i jego banda naprawdę głupich siepaczy to przezabawna klisza. Nie wspomnę już nawet o wielu znacznie subtelniejszych pomysłach, jak hełm z prostym wskaźnikiem ciśnienia (jeśli wizjery stają się czerwone, to znaczy, że głowa eksplodowała), czy określeniach w rodzaju „przydatny jak drewniany garnek”, bo to stały punkt każdego Pratchetta i w tej materii zawsze można było na niego liczyć.

No i wreszcie wydanie. W zasadzie wypadałoby obok Pratchetta umieścić nazwisko współautora, Paula Kidby’ego, bo bez jego ilustracji byłby to jedynie kolejny tom cyklu. Tutaj dostajemy jednak coś w rodzaju reprezentatywnego albumu – wielki format, kredowy, pachnący papier i wręcz kapitalne rysunki na każdej stronie, które znacznie podnoszą wartość artystyczną książki. Doprawdy można się poczuć jak dziecko, którego motywacją dla kolejnych przeczytanych stron jest ambitne przypasowywanie fragmentów treści do odpowiednich ilustracji, wyszukiwanie w nich szczegółów i detali oraz konfrontowanie swoich wyobrażeń z wizją innych. Podejrzewam, że oczy mi błyszczały podczas lektury. Co więcej, pośród tych kolorowych rysunków czujny czytelnik odnajdzie masę humorystycznych akcentów i odniesień do kultury, że wspomnę jedynie o nowych aranżacjach „Krzyku” Muncha (okładka), dzieł Leonarda da Vinci czy też „Stworzenia Adama” Michała Anioła, które w wersji Świata Dysku pobudza do szczerego śmiechu.

Nie sposób ukryć, że Terry Pratchett ma u mnie fory i nie stać mnie wobec niego na wymuszony obiektywizm. Świat Dysku dostarczył mi setek godzin godziwej rozrywki i mam szczerą nadzieję, że jeszcze długo umysł autora pozostanie na tyle ostry, by z powodzeniem kreował kolejne wydarzenia i postaci. Zdrowia Terry! W zasadzie „Ostatni bohater” ma tylko jedną wadę – nie mieści mi się na półce z pozostałymi tomami. Poza tym jest tip-top.

Żeby było miło, to walentynkowy wpis i cyber-serduszko dedykuję każdej posiadaczce Forda Escorta ’94, która to czyta. Dedykacja nie działa wstecz, więc nie kupuj Escorta, by poczuć się wyjątkową.
<3

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Ostatni bohater – Terry Pratchett

    1. Witaj, piękna nieznajoma z Escorta ’94 (na pewno z obwisłą podsufitką i centralnym zamkiem, który nie działa). Niestety, nie mogę się dzisiaj z Tobą umówić, ponieważ mam już zarezerwowaną podwójną gej-randkę. W ramach rekompensaty przesyłam kilka ciepłych słów: podłogowe ogrzewanie, podwójna kołdra i piżamka z osiołkiem.

      1. Anonim pisze:

        Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś gejem?! Uroki związku
        na odległość 60 km…
        [WYKASUJ TO]

  1. koval pisze:

    Pamiętam jak jeszcze śmigała ta kniga po allegro za 200-300zł. Przyjaciółka przywiozła mi ją z Anglii. Niestety czytanie w oryginale mnie szybką zmęczyło i nie skończyłem książki. Dzięki za przypomnienie, może sobie odkurzę. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s