Przewodnik zakochanych – M. A. Zawadzki

przewodnik-zakochanychCzłowiek zakochany to głupi jednak jest. Nierzadko w rozmarzeniu wygaduje różne głodne kawałki, a potem popije i plecie jeszcze większe niedorzeczności. Postępuje nielogicznie i dopuszcza się nieprzemyślanych czynów. Jest beztroski, rozrzutny, zaślepiony i przydatny społeczeństwu jak czekoladowy hełm. Beznadziejnie zakochana kobieta z własnej woli służy najpierw za pojemnik na spermę, potem za inkubator na ten różowy zlepek prymitywnych męskich genów w postaci płodu, aby na końcu dźwigać w ramionach to wrzeszczące brzemię i pozwalać, by bezlitośnie rozciągało swoimi serdelkowymi rączkami jej kiedyś jędrne i foremne piersi. Z kolei zakochany facet żeni się, robi z kobietą różne obrzydliwości, potem robi to samo (i wszystko, o co wstydził się poprosić małżonkę) z każdą inną kobietą, a następnie sfrustrowany dźga swoją miłość nożem i dla pewności zrzuca ją ze schodów, bo nudy. Wiem, generalizuję i koloryzuję, ale jestem w tym dobry. Ponieważ uczciwie zakochany człowiek jest niczym upośledzony umysłowo szczeniak z wadą serca, to warto byłoby otoczyć go opieką i udzielić paru dobrych rad. Nie ma gwarancji, że zakochany się do nich ustosunkuje. Nie jest również powiedziane, że w ogóle one dotrą do jego zakutego łba (miłość podobno z mózgu robi wiórki kokosowe, tudzież mamałygę), ale siedzieć bezczynnie i obserwować jak się człowiek marnuje też nie wypada. To tak jakby patrzeć na dwie ostatnie żyjące pandy, które nie chcą kopulować i nie podjąć żadnego działania. M. A. Zawadzki (a właściwie Konstanty Krumłowski – to informacja z gatunku tych, które nikogo tak naprawdę nie interesują) postanowił działać i podzielił się z zakochanymi paroma cennymi radami, jak sobie radzić z tą uciążliwą chorobą. I zanim pobiegniesz do księgarni z nadzieją, że lektura rozwiąże wszystkie problemy sercowe cywilizacji, to wiedz, że jest jedno „ale” – od 1903 roku nieco zmieniły się realia w których żyjemy.

Jesteś młodym człowiekiem w pełni sił i urody męskiej, masz, co prawda, skromną jeszcze posadę, ale przy twojej pilności i staranności czeka cię awans niebawem. Prezentujesz się dobrze, masz zapasik odłożonej gotówki, masz trochę długów, kilka garniturów, kilka par butów, spory zapas bielizny, frak, cylinder i nieskończoną liczbę modnych rękawiczek, krawatów, kołnierzyków i lasek spacerowych. Jednym słowem jesteś młodzieńcem comme il faut, a że ci się już znudził stan kawalerski i uczuwasz początkowe symptomata tęskniącego serca i chorego żołądka – postanowiłeś się przeto ożenić. Nie spieszy ci się bardzo, dlatego swobodnie i z namysłem przystępujesz do oglądu przyszłych kandydatek na kapłankę twego ogniska. [1]

Tak, cały urok tego poradnika (a w zasadzie czegoś w rodzaju broszurki, bo przeczytać to można w jeden krótki wieczór) to jego historyczny, antyczny wręcz wydźwięk. Pochodząca z początku XX wieku treść adresowana jest do zakochanych rodzaju męskiego i to właśnie dżentelmenów autor poucza o tym, co im wypada, oraz przestrzega przed tym, co jest wysoce niewskazane w kontaktach z ukochaną i jej otoczeniem. Na ten przykład zaglądanie lubej w dekoltaż – choć kuszące – było wtedy naganne (podobno nadal jest). Skomplikowana to epoka – nie wystarczyło być miłym dla kobiety i mieć czyste uszy, by uznała, że w zamian należy się mężczyźnie seks (jak psu buda!).

Ucieranie nosa, kaszlenie, charkanie i plucie nie powinno mieć miejsca przed drzwiami. Na fizjologiczne te czynności dość jest czasu w drodze i w sieni domu. [2]

Co chyba najbardziej uderza w kontakcie z lekturą, to specyficzny status społeczny kobiety, której głównym zadaniem najwyraźniej jest trzepotanie rzęsami, rumienienie się i pozostawienie inicjatywy mężczyźnie. Takie czasy, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że autor pod przykrywką troskliwości i rozkoszowania się powabem kobiety, najwyraźniej korzysta z każdej okazji, by złośliwie poszydzić. Być może robi to nieświadomie, a być może tylko ja już w pierwszym zdaniu dostrzegam subtelne, choć stanowcze wykluczenie kobiety z gatunku homo sapiens:

Jeżeli mówimy, że człowiek jest królem stworzenia, to z pewnością godną jego towarzyszką na Ziemi jest kobieta. [3]

No przecież wstawić zamiast kobiety psa i mamy gotowy slogan na okładkę miesięcznika „Mój czworonóg” (gdyby istniał). A dalej:

Mężczyzna w stosunku do kobiety nie powinien nigdy zapominać o swej przewadze umysłowej i fizycznej, ale z przewagi tej nie wolno mu prawie nigdy korzystać. [4]

Albo nieco bardziej żartobliwie o kobiecym zmyśle artystycznym:

Niech więc twoja żona czyta – lecz niech sama, broń Boże, nie pisze! Niech lubi i zna się na muzyce i teatrze – lecz poza amatorskiem domowem graniem na fortepianie niech nie marzy o laurach wirtuozostwa na publicznych koncertach lub amatorskich scenach! [5]

Istny festiwal starego, dobrego, konserwatywnego szowinizmu! Ubawiłem się.

Bo uśmiechnąć się można i to zadziwiająco często. Zacytowane powyżej fragmenty prezentują się wybornie i powinny przede wszystkim rozbawić, a jest tego dużo, dużo więcej. Kiedy już przedrzemy się przez rozdział poświęcony zasadom zachowania i ubioru, trafiamy na przykładowe rozmówki związane z codziennymi czynnościami i sytuacjami (np. rozważania o wyższości zgrabnych kobiecych łydek, nad krzywizną łydek męskich), a także na listy miłosne o różnym ładunku emocjonalnym. Nie sposób pozostać obojętnym podczas lektury listu wesołego rękodzielnika, który szuka usprawiedliwienia dla faktu, że się upił na wycieczce z ukochaną.

Zgubnym byłoby podejście do lektury z pełnią powagi. Treść jest mocno przeterminowana, wypełniona oczywistościami i nikt raczej nie skorzysta z edukacyjnego potencjału „Przewodnika zakochanych”. No, chyba że spodziewasz się, by rodzice wybranki zaprosili cię na przejażdżkę konną i nie wiesz co na siebie włożyć. W każdym innym przypadku należy poradnik potraktować z przymrużeniem oczu, raczej jako ciekawostkę historyczną z kategorii „tak w zamierzchłych czasach bywało” i pohamować zapał we wprowadzaniu opisanej tam etykiety ponownie do codziennego obiegu (choć niektóre zachowania nie utraciły wiele na aktualności). Bo czasy się zmieniły i teraz potencjalna ukochana nie brzdęka na fortepianie, czekając rozmarzona na dżentelmena w cylindrze, który zachwieje jej światem. Zamiast tego maltretuje klawiaturę, robiąc codzienne zakupy na allegro i od święta poluje na darmowe próbki perfum w Rossmannie. Jedynie jej nogi prawdopodobnie nadal są zgrabniejsze od męskich, szczególnie kiedy uroczo staje na palcach.

[1] M.A. Zawadzki, „Przewodnik zakochanych”, wyd. Iskry, Warszawa 2007, str. 22
[2] Tamże, str. 27
[3] Tamże, str. 7
[4] Tamże, str. 8
[5] Tamże, str. 18

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Przewodnik zakochanych – M. A. Zawadzki

  1. laska spacerowa? Hmm… nie mam nic przeciwko laskom, ale nie obdarzam ich epitetami. Laska to laska. Grunt by się wypadało z nią pokazać ;-).

    zabawny ten poradnik, fajnie wygrzebane cudeńko ;-D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s