Korona śniegu i krwi – Elżbieta Cherezińska

Wytknięto mi, że nie czytam kobiet. Co ciekawsze, sam tego wcześniej nie dostrzegłem, ale rzeczywiście – książki od autorek zmieściłyby się na połowie mojej półki i właściwie od tej chwili rozważam stworzenie im takiego półkowego getta. Mogłyby się tam kurzyć w żeńskim gronie i rozmawiać o malowaniu paznokci oraz zmywaniu podłogi. Nie wiem z czego wynika mój literacki szowinizm, bo w głębi świadomości wierzę, że jest mnóstwo wartościowych książek napisanych przez kobiety i kiedyś mam zamiar przeczytać wszystkie trzy. Tymczasem w ramach rekompensaty postanowiłem się poświęcić i sięgnąć po kolejną książkę napisaną przez reprezentantkę płci nadobnej. I to już drugą z rzędu! Niniejszym czuję się rozgrzeszony, odwołajcie feministyczną krucjatę przeciwko mnie.
Dla niecierpliwych – „Korona śniegu i krwi” to powieść historyczna nasączona dla aromatu akcentami fantastycznymi. Nigdy nie byłem jakimś szczególnym zwolennikiem historii, a to ze względu na wrodzoną ułomność do zapamiętywania nawet najkrótszych ciągów cyfr. Chyba nie muszę pisać, jak tego rodzaju upośledzenie utrudnia w szkole kojarzenie ważnych  historycznych dat z równie ważnymi wydarzeniami. Trudno uzyskać na kartkówce ocenę wyższą niż trója. Poza tym, mój nauczyciel historii pasjonował się rzucaniem kredą w niezainteresowanych lekcją podopiecznych, więc mój wstręt do przedmiotu jest tym silniej uargumentowany. Natomiast teraz mogę bezstresowo uzupełniać swoją dziurawą wiedzę historyczną i choć nadal mam problem z zapamiętaniem daty, to jakoś przyjemniej czytać o burzliwej przeszłości naszego kraju, będąc jednocześnie pewnym, że oberwanie kredą nie grozi. A jest o czym czytać i Cherezińska postanowiła nam tę historię podać w niezwykle przyjemnej formie. Co najważniejsze, oprócz wątków historycznych nie zabraknie też seksu, więc nie rezygnujcie jeszcze z czytania tego tekstu!

Piastowie. Dynastia nieobliczalnych władców, mężczyzn na tyle porywczych, że kiedy dochodziło do spotkania choćby dwóch z nich, to nie można było być pewnym jego skutków. Iskrzyło, grzmiało i lała się krew. Co subtelniejsi preferowali truciznę. Powieść rozpoczyna się w okresie bezkrólewia i rywalizacji licznych książąt o berło, koronę i zapewne cholernie niewygodny tron Polski. Więcej nie napiszę, bo nie lubię streszczać fabuły, jak również brać na siebie odpowiedzialności polecania lektury. Wystarczy wiedzieć, że „Korona śniegu i krwi” obraca się w swojskich, słowiańskich klimatach naszego narodu, w pięknych czasach, kiedy imiona w rodzaju Mściwoja, Siemomysła i Grzymisława nadawane dzieciom nie były jedynie ekscentrycznym wybrykiem rodziców (a poproszeni o komentarz znajomi nie musieli z wymuszonym uśmiechem mówić czegoś w rodzaju „nie no, fajne imię dla dziecka, oryginalne… Fajne, naprawdę”). W czasach licznych sojuszów, intryg, niesnasek i wojenek, nastoletnich dziewczynek ledwie po pierwszej menstruacji, które ze względów politycznych wydawane są za starych i brodatych dziadów.

Sami książęta, a jest ich cała banda, zasługują na osobny akapit. Barwny kolaż osobowości – jedni prawi, inni niegodziwi. Kapryśni, rubaszni, wyuzdani, dziecinni, sadystyczni, zdradliwi, chimeryczni, wybuchowi – to raptem kilka cech, którymi aż kipią postaci, a ich wachlarz jest na tyle szeroki, że każdy czytelnik znajdzie wśród nich swojego faworyta (i faworytkę, bo ten tekst to mój ukłon w stronę kobiet przecież). Kapitalnie w moim odczuciu wypada Mściwój, książę Pomorza, który jeśli nie wypije czegoś mocniejszego, to powoli myśli. Poza tym to sympatyczny koleś, którego każdy chciałby mieć wśród znajomych na fejsbuku. Dumnym mężom towarzyszą oczywiście kobiety. Te również imponują różnorodnością. Leciwe matrony, władcze i wyniosłe hetery z ambicjami zerżnięcia każdego mężczyzny (nie wykluczając nawet najbliższej rodziny), kobiece i eleganckie, kurwy lepszego i gorszego sortu oraz wiele innych, których nie chce mi się wymieniać. Są też oczywiście kobietki ledwie dojrzałe, filigranowe i delikatne jak pajęczyna, co jednak nie przeszkadza im w wydawaniu regularnymi seriami na świat kolejnych potomków. Rozczula szczególnie Rikissa, która często i namiętnie tęskni za mieczem Przemysła w swojej pochwie. Wypada również wspomnieć o Jakubie Śwince, który w drugiej połowie powieści otrzymuje sporo stron „czasu antenowego”, co czyni go jednym z głównych bohaterów. Nie jestem przekonany, czy pozytywnie to wpływa na wrażenia czytelnika, bo życie Świnki, w całości poświęcone Bogu i cnotom, znacznie ogranicza charakter Jakuba i czyni go niezdolnym do namiętnych zrywów, a przez to przewidywalnym i nudnym.

Całość powieści podzielona jest na raczej wartkie i krótkie fragmenty stawiające w świetle scenicznych reflektorów kolejnych bohaterów. Z powodu mojego braku kompetencji i niedouczenia w przedmiocie historii nie będę oceniał „Korony śniegu i krwi” pod kątem wierności kronikom, ale wierzę, że Cherezińska ambitnie i z pasją się do tego przyłożyła.

No dobrze, ale gdzie tutaj fantastyka? Otóż jest, ale jej wydźwięk jest raczej symboliczny. Z kolei symbolika staje się rzeczywista i namacalna (namieszałem, co?). Heraldyczne stwory ożywają, reagując wzajemnie na siebie – orły i gryfy z herbów przysiadają na ramionach lwów, bądź rzucają się sobie do gardeł okazując swój własny charakter (co wprowadza dodatkowe ryzyko w i tak napiętych stosunkach książąt). Ludzie z lasu czczą własnych pogańskich bogów, porozumiewają się z naturą czerpiąc z niej siły i witalność. Mają też atrakcyjne zielarki, nie żadne tam wiedźmy z haczykowatymi nosami. Natomiast Bóg i szatan odpowiadają (dosłownie) na prośby i wezwania śmiertelników. Po zastanowieniu myślę, że do worka z fantastyką możemy też śmiało wrzucić opowieść o sześciopalcym dziadku, swoistym afrodyzjaku, którym Przemysł i Henryk raczą swoje kobiety podczas łóżkowych harców.

Bo żadna to tajemnica, że książęta lubią sobie po królewsku pobzykać, toteż nie mogło zabraknąć poczciwego chędożenia. Przyjemność z tego płynąca to jedno (podobno), ale obowiązek powoływania do życia dziedziców wywiera na niektórych władców takie ciśnienie, że przy wyborze partnerki biorą pod uwagę jedynie jej płodność i zdolność do cyklicznego wydawania na świat potomków. Nie trzeba wspominać do jak zabawnych i groteskowych sytuacji to potrafi zaprowadzić. Same intymne zbliżenia odgrywają więc w „Koronie śniegu i krwi” istotną rolę fabularną i pomimo faktu, że rzadko wynikają z rzeczywistego uczucia między kochankami, lecz są wymogiem i przymusem, to zdarzają się wyjątki. A te, ponieważ wykreowane przez kobiecy umysł, dotykają zupełnie innego poziomu wrażliwości. Zmysłowość nie jest tutaj pustym słowem, a bohaterowie korzystają z pełnego jej zakresu. Zapach, smak, a nawet kolor skóry, świst oddechu, najmniejsze detale ciała ukochanej czy ukochanego – to wszystko (i wiele więcej) uwidacznia się w tekście i, co ważne, nie sprawia wrażenia, że czytamy tandetny romans. Dodatkowo bohaterowie potrafią zaimponować dystansem i uroczą metaforą w rodzaju jego strzały dobrze pasującej do jej kołczanu. Słodkie. Trzeba jednak otwarcie przyznać – nie jest to spełniający się sen każdego czytelnika-onanisty (choć fragmenty z dominującą Mechtyldą i wpatrzonym w jej stopy Ottem mają jako taki potencjał), ale pewnego uroku wątkom trudno odmówić i nikt nie powinien być rozczarowany.

Na koniec dwie sprawy.
„Korona śniegu i krwi” jest pierwszym tomem planowanego cyklu Odrodzone królestwo.
Doceńcie również, że udało mi się w tym tekście uniknąć porównania do cyklu Pieśń lodu i ognia G.R.R. Martina.
… hmmm, zaraz, zaraz…
Prawie się udało.

Reklamy

9 uwag do wpisu “Korona śniegu i krwi – Elżbieta Cherezińska

  1. Ja osobiście jestem fanką duetu Bolesław V plus święta „wonieję kwiatkami” Kinga. I wreszcie się mniej więcej połapałam w tej bandzie Piastów i innej maści książąt, co Cherezińska może sobie poczytać za niewątpliwy sukces.

  2. Olo pisze:

    Ksiązka niestety strasznie słaba. Bardzo chciałem ją mieć wiec kupiłem w okolicach listopada. Choć autorka udowodniła, że potrafi płynnie przeskakiwać z wątku do wątku, że psize ciekawie i bogato a i akcja nawet w miarę to jednak hmmmm jakby to określić nie przechyli szali na jej plus.
    Książka jest robiona jako przeróbka GRRR MArtina i jego Gry o Tron. I w sumie skopiowano tu zbyt wiele (np. rozdziały opisujące przeżycia konkretnych bohaterów, chronologia tych rozdziałów, dodatki na koniec z Rodami i ich zausznikami, nazywanie sie po herbach, istnienie nawet podobnych zawodów jak w Westeros tu magister tam maester) Do tego wplątanie Sapkowskiego z tą straszna Starszą Krwią. Tfu tfu tfu
    Żenujące fragmenty z siłami nadprzyrodzonymi (ten cały Czarny Pan czy święta księżna krakowa-OMG!!!).
    Reasumując-materiał był świetny na taką książkę, temat iście wspaniały. Jakby potraktować to ambitnie nie tylko z czystko materiałowego punktu a także i z fantazji.
    Sama autorka wspominałą że to ksiażka na zlecenie.
    I tak zakończę- źle wydane pieniądze, mogłem kupić coś ciekawszego.
    Polecam ostatni tom Grzędowicza a nie to łajno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s