Terapia narodu za pomocą seksu grupowego – Arundati

Rozumiem powody i sens ukrywania się pod pseudonimem. Sam korzystam z tej wygodnej możliwości, bo aż trudno mi sobie wyobrazić ten skandal i ostracyzm wśród znajomych, gdyby się wydało, że czytam książki. Co za zboczeniec. Arundati wyszła zapewne z tego samego założenia i dla wygody innych, a przede wszystkim własnej, wygrzebała sobie pseudonim, by nim podpisywać swoją ekspresyjną i szczerą twórczość. Na wstępie trzeba wszak wiedzieć, iż książka ta najpierw ukazywała się fragmentami na blogu autorki. Dopiero kiedy forma tegoż się nieco wyczerpała (a Arundati najprawdopodobniej nasyciła swój ekshibicjonizm) wtedy całość ukazała się drukiem, a sam blogasek został usunięty. Posunięcie marketingowo słuszne, choć sam należę do osób, które mając do wyboru wersję elektroniczną i papierową, bez zastanowienia sięgają po coś namacalnego. Inna sprawa, że w Sieci, jak w naturze – nic nie ginie i nie trzeba być wybitnym hakerem, by dotrzeć do tamtych (wprawdzie niekompletnych, ale jednak) materiałów.
Dodatkowym pretekstem do ukrycia się pod pseudonimem może być fakt, że ponoć Arundati jest (a może już nie?) związana z szeroko rozumianym polskim show-biznesem. W jakim stopniu i czy w ogóle jest to prawdą, trudno osądzać, ale chyba nie warto się nad tym dłużej zastanawiać, bo absolutnie nie ma to znaczenia dla przeciętnego czytelnika. Zabieg z pseudonimem niesie jeszcze jedną zaletę: zaoszczędzi wszystkim nadpobudliwym wielogodzinnego przeczesywania książek telefonicznych w poszukiwaniu namiarów autorki.

Odwlekałem, odwlekałem, ale w końcu muszę to napisać. Tak – ta książka jest o seksie. Już. Wyrzuciłem to z siebie i nawet nie bolało.

Początek jest mocny. Na mój gust to za mocny. Że niby seks jest jak ekstremalne sporty – jak skok ze spadochronem i jazda na karuzeli. No nieźle, pomyślałem, Coelho mógłby się uczyć, choć jak na niego, to trochę zbyt wyuzdane. Na szczęście później autorka nieco spuszcza z tonu i zaczyna się przejażdżka po erotycznej codzienności kobiety dojrzałej oraz spełnionej seksualnie (według niej samej). Trzeba przyznać, że konstrukcja książki, żywcem zaczerpnięta z bloga sprawdza się tutaj wyśmienicie. Krótkie, choć konkretne i intensywne notki sprzyjają niezobowiązującej lekturze, czytaniu z doskoku – dwa, trzy wpisy i zapić. Niestety, ta zaleta może równie dobrze być odbierana jako wada, bo epizodyczność treści wywołuje wrażenie, że nie wszystko ze sobą się tutaj klei i daleko jej do zwartej całości. Poszarpane i chaotyczne wątki, przeplatanka tematyczna, zmienne nastroje autorki – to wszystko (będące konsekwencją blogowego schematu) nie pozwala „Terapii narodu…” nazwać inaczej, jak luźnym zbiorem myśli, obserwacji i przeżyć. Raz zabawnych, innym razem przynudzających, ale najczęściej tak apetycznych, że pozostaje mlasnąć z ukontentowania. Co tu kryć.

Ponieważ co za dużo, to i facet nie zeżre, toteż autorka bezpruderyjne wyznania (o których za moment, cierpliwości!) urozmaica fragmentami spoza kręgu szeroko rozumianej… hm, erotyki. Obowiązkowo jest nieco o Bogu i religii, troszkę obserwacji i relacji z uczestnictwa w życiu społecznym, sporo ówczesnej polityki (notatki pochodzą z lat 2005-06). Niestety, będąc szczerym muszę wyznać, że te wtręty potrafiły się dłużyć niemiłosiernie (choć to zazwyczaj raptem kilka akapitów) i z niecierpliwością zaglądałem na kolejne strony w poszukiwaniu tych pikantniejszych wpisów. Cóż, jestem tylko facetem, śmiało – rzuć kamieniem. Siląc się jednak na obiektywizm, to doceniam kilka trafnych uwag i spostrzeżeń, a przede wszystkim zastosowany przez autorkę kontrast. Nic tak nie studzi każdego samczego (i zapewne nie tylko) zapału po lekturze o analnych harcach, jak przypomnienie kilka zdań później miłej twarzy Romana Giertycha. Obfite w wygibasy i lotne zmiany orgie bledną przy charyzmie Donalda Tuska i partyjnych przepychankach. Relacja z podwójnej penetracji nabiera dodatkowego smaczku (goryczkowego), gdy w następnej notce czytamy o braciach Kaczyńskich.

Ale to wszystko nieważne, tło, trzeci plan. Bo jeśli ktoś sięga po tę książkę, to – nie oszukujmy się – chciałby jednak poczytać o tym seksie. I tutaj Arundati nie zawodzi, dając pożywkę pierwotnym instynktom. W zasadzie czego tu nie ma? Chyba jedynie wszelkich odmian -filii, ale to akurat da się przełknąć (w sensie, że ich brak da się przełknąć), bo to specyficzne i indywidualne potrzeby. Poza tym mamy czysty, radosny i niczym nieskrępowany seks bez zobowiązań, czyli samo zdrowie: liczne seks party, jeszcze liczniejsi partnerzy (i partnerki), trójkąty, czworokąty, wielokąty, gang-bangi, oral w różnych konfiguracjach, anal między szampanem a papierosem, na dwa baty, swinging, wypady do seksklubów, internetowy sklep z kochankami, fisting, seks w publicznych toaletach, hard porno, spełnianie fantazji, kilka poradników obsługi kobiety (jeden o uroczym tytule „Zerżnij mnie w dupę”, opiewający uroki seksu analnego). Nie zabraknie również akcentów subtelniejszych i zmysłowych („Smaki, zapachy i faktury męskie – moje zachwyty”); seksu delikatnego, czułego, powolnego; tematów miłości (no trudno…), przywiązania, wolności, zazdrości. Wszystko to szczerze do bólu („Najbardziej lubię żonatych”), obrazowo, choć w większości oszczędnie w słowach i szczegółach, z dystansem i dowcipem, a czasem z refleksją. Celowo pominąłem kontrowersyjność, bo takie określenie byłoby według mnie naciągane.

Nie ma powodu, bym oceniał i krytykował tryb życia autorki, nawet jeśli w wielu dziedzinach kłóci się on z moim podejściem. Bo co ja tam wiem o seks party i fistingu? Lamus jestem. Arundati poszła w swoją, dosyć skrajną stronę, partnerów przestała liczyć po pierwszej setce, a w ostatnich notkach zapewnia, że jest spełniona i od tej pory ma zamiar czas poświęcony na pisanie o bzykaniu poświęcić na… bzykanie, no. To ma sens. Ponownie – nie ma powodu, bym podważał jej satysfakcję z życia pełnego wielokrotnych orgazmów, choć osobiście odniosłem wrażenie, że autorka z miesiąca na miesiąc przygasała, jej entuzjazm malał, a narastały dylematy czysto psychologiczne i aspekty duchowe coraz mocniej dawały o sobie znać. Może to jedynie taka moja ułuda, wynikająca z coraz rzadszego pojawiania się Arundati na swoim blogu i wyczerpującej się powoli formuły? Gdyby ciągnąć to dłużej, notki z czasem przypominałyby coś w rodzaju listy zakupów na dziś: dwa baty, jeden mnie w cipę, drugi jednocześnie w usta, potem zmiana, na koniec kolejno w anusa i spuszczanie się na pośladki, no to do następnego razu, cześć. Rodzi się więc pytanie – jak długo można? I Arundati napisała dość chyba w optymalnym momencie.

Polubiłem autorkę. Kobietę odważną (trudno to trafić na psychola pośród tych wszystkich anonimowych kochanków?), pewną siebie i swojego uroku, zdystansowaną i z poczuciem humoru. Libertynkę badającą granice swojego nasycenia, spełniającą swoje zachcianki i potrzeby, grającą w satysfakcjonującą grę. Wyuzdaną i perwersyjną, ale momentami ujawniającą swoją nagą, kobiecą wrażliwość, której facet prawdopodobnie nigdy nie zrozumie.

A sama wartość literacka książki? Cóż, biorąc pod uwagę blogową genezę zapisków, można obstawić w ciemno, że autorka do Literackiej Nagrody Nobla nie aspirowała. Dlatego też nie mam ochoty na surową ocenę i traktuję „Terapię narodu…” dosyć frywolnie – jako dodatek, odskocznię od przemyślanych od początku do końca książek. Bez krzywienia się i poczucia niesmaku można poczytać, choćby dlatego, że tak otwarcie i publicznie (pomimo anonimowości) wyrażająca swoje potrzeby kobieta to w naszym konserwatywnym kraju nadal rzadkość. Epilog pochodzi z marca 2009 roku i prawdopodobnie powstał jedynie na potrzeby książki, ale czytamy w nim szczęśliwą Arundati i szczerze życzę, by była taka do dziś i w przyszłości.

Advertisements

7 uwag do wpisu “Terapia narodu za pomocą seksu grupowego – Arundati

  1. Anonim pisze:

    Nie powiem ile raz zaglądałam TU w poszukiwaniu TEJ recenzji! 20? 30? 1000? Nie powiem jakie targały mną uczucia. W końcu JEST! JEST! JEST! Jak długo oczekiwana przesyłka z allegro… KCBJ- skrót znany autorowi bloga:):):)

  2. Czyżby znów był to przypadek recenzji lepszej od książki? Jak już jesteśmy w tematyce okołołóżkowej, to ciekawa jestem, jak wyglądałaby Twoja opinia o nieszczęsnym „Greyu”. Choć z drugiej strony, nie wiem, czy chciałabym to zobaczyć na moim ulubionym blogu :D

    1. O nieszczęsnym Greyu naczytałem się już w magazynie „Książki”. Cytat (autor: Grzegorz Wysocki):
      „Światowy sukces sadomasochistycznej trylogii E.L. James (pseudonim literacki Eriki Leonard) to ostateczny dowód na śmierć cywilizacji rozumu. Pomijając pseudofilozoficzne rojenia Paula Coelho i wyznania samozwańczych celebrytów, trudno sobie wyobrazić pozycję bardziej tandetną, a jednocześnie, niestety, pożądaną przez miliony.”
      (po Twoim blogu widzę, że lekturę czasopisma masz za sobą, ale może inni skorzystają)

      Byli nawet na tyle uczynni, że opublikowali streszczenie całej trylogii, łącznie z ujmującym za serce zakończeniem rodem z komedii romantycznej. Tytuł streszczenia – „Nie trać czasu”. Więc nie mam zamiaru, raczej.

      1. Heh, też czytałam ten artykuł w „Książkach”. Mimo że nie zwykłam opluwać utworów nieprzeczytanych, to Grey jest wyjątkiem. A wspominany tytuł streszczenia, wydaje się być uzasadniony :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s