Szklana zupa – Jonathan Carroll

Gadająca ośmiornica kierująca autobusem. Skrzaty odziane w eleganckie, drogie i prawdopodobnie szyte na miarę markowe ubrania. Szympans w garniturze. Lewitujące samochody, dzięki którym parkowanie nigdy nie było łatwiejsze. Polarny niedźwiedź o imieniu Bob. Kilka postaci z kreskówek. Kilkanaście ludzkich postaci posiadających zwierzęce cechy, a często również głowy. Gigantyczna, niecierpliwie szeleszcząca torba karmelków. To wszystko i wieeele innych wymysłów ma swoje pięć linijek w tej książce. Nie sztuką jest wypchać treść powieści swoimi chorymi wizjami, ale zrobić to z głową i sensem, by czytelnik nie miał wrażenia, że ma w dłoniach pamiętnik pełen chaotycznie narkotycznych wizji. A tego rodzaju rzeczy nie czyta się przyjemnie, przynajmniej nie na dłuższą metę. Taka uczta dla wyobraźni to jest zawsze śliski grunt i trudna literacko sztuka, niczym gra w bilard na pokładzie statku. Czy Carrollowi udało się wypracować kompromis między trzymającą się kupy fabułą a wręcz surrealistycznymi bohaterami i pomysłami, którymi po marginesy wypełniona jest powieść? Połowicznie, bowiem część wątków ma sens istnienia, ale pozostałe budzą skojarzenia z kultowym już (przynajmniej dla mnie) komiksem z upalonymi zielskiem mrówkami. No zupełnie jakbym widział Carrolla przy pracy!

Nie bez znaczenia dla fabuły „Szklanej zupy” jest fakt, iż kontynuuje ona wątek Vincenta i Isabelle z „Białych jabłek” – wcześniejszej powieści Carrolla. Kim więc są nasi bohaterowie? Vincent właśnie wrócił z zaświatów, wyciągnięty stamtąd za metaforyczny kołnierz przez ukochaną Isabelle. Nie będę wchodził w detale, gdyż po pierwsze – nie chce mi się, a po drugie – nie znam tych szczegółów, bo „Białych jabłek” nie czytałem, więc czuję się zwolniony z obowiązku. Nieznajomość przeszłości bohaterów zapewne umniejszyła nieco przyjemność płynącą z lektury, ale mam wrażenie, że nie jakoś diametralnie – raczej ominęły mnie jedynie swoiste smaczki i subtelne nawiązania, nic więcej. Wróćmy jednak do „Szklanej zupy”. Isabelle nosi w łonie syna Vincenta, dziecko stanowi niesprecyzowane zagrożenie dla Chaosu, więc ten postanawia za wszelką cenę uwięzić ciężarną matkę w zaświatach. Pi razy drzwi. Do tego dorzućmy worek drugoplanowych bohaterów i wytworów wyobraźni, co stworzy niezwykle barwną menażerię postaci, jednych mniej, drugich bardziej istotnych dla fabuły. Jaką rolę w tym wszystkim odegra mało bystry, ale zabójczo przystojny Simon Haden? Jaki cel w swoich intrygach ma John Flannery? Na ile silna okaże się więź Isabelle z dwiema przyjaciółkami? Pytań jest mnóstwo, na nie wszystkie padają jednoznaczne odpowiedzi, nie wszystkie też zadowolą wybrednego czytelnika, ale surrealistyczny charakter powieści jest w stanie wybaczyć (a przede wszystkim wytłumaczyć) wiele niedociągnięć fabularnych.

A fabuła to prawdziwa mozaika (słowo-klucz powieści). Zresztą spotkałem się z określeniem, że Jonathan Carroll reprezentuje europejski nurt realizmu magicznego. Co takiego, zapytam? Nie dajmy się zwieść. Za mało w tym subtelności, wrażenia, że stykamy się z czymś rzeczywiście magicznym, wręcz ezoterycznym. Natomiast „Szklanej zupie” bliżej do fantastyki (nieco generalizując, za pozwoleniem) i w takich kategoriach należałoby ją oceniać. Co prawda powieść aż kipi od metafizycznej tematyki – dobro nieustannie ściera się ze złem, chaos przeciwko ładowi, życie walczy ze śmiercią o… życie, jawa kontra sen, marzenie kontra koszmar – ale wszystko upstrzone jest czysto fantastycznymi akcentami, nie do końca odpowiadającymi realizmowi (nawet temu magicznemu) i ukazującymi potęgę czystej fantazji i zarazem wystawiającymi imaginację czytelnika na próbę.

Jak wspominałem – nie wszystko idealnie się tutaj zgrywa, niektóre wątki wydają się wrzucone na siłę, część sprawia wrażenie przekombinowanych, część naciąganych do granicy wytrzymałości („a tutaj damy piramidę!”). Lektura płynie dziarsko, ale w związku z powyższym nie warto dłużej się zastanawiać nad sensem niektórych wydarzeń i posunięć bohaterów, szukając dziur w ich motywacji, bo Chaos mącący w życiu Vincenta i Isabelle opęta również nas. Na domiar złego, Carroll dając odpowiedź na jedno pytanie zawiera w niej trzy kolejne niejasności, więc wypadałoby się wykazać cierpliwością, a niektóre wyjaśnienia potraktować na zasadzie „bo tak!”.
„Szklana zupa” nie porwała mnie jakoś bezapelacyjnie. Ot, powieść jakich wiele, która nieszczególnie stara się zaskoczyć czytelnika czymś niespotykanym, ale cenię ją za udany, słodko-gorzki i melancholijny finał, który podreperował umiarkowane wrażenia ogólne.

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Szklana zupa – Jonathan Carroll

  1. sanooomka pisze:

    być może niektóre wątki „bo tak” mają dopowiedzenie „bo to tak było w pierwszej części” jednak książce tak czy siak to ujmuje. świetne porównanie ze zjaranymi mrówkami, link ubarwił recenzję, potem się jeszcze do robali odniosłeś, jesteś mistrzem, mógłbyś ludziom pisać prace maturalne i je sprzedawać za grubą kasę. książkę się fajnie czytało, poryła banie, jednak zgadzam się, nie jest jakaś wspaniałą lekturą.

    1. Piszesz tak tylko dlatego, żebym napisał za Ciebie pracę maturalną. No i najwyraźniej już wiem skąd u Ciebie inspiracja aparatami Łomo. Twój egzemplarz „Szklanej zupy” podrzucę w wolnej chwili.

      1. sanooomka pisze:

        niech twoje wolne chwile strawią lepiej kolejne powieści, a z pracą maturalną możesz mieć rację ;p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s