Drive – James Sallis

Ekranizacja tej powieści mnie oczarowała. Nie, to złe określenie. Ona mnie poskładała niczym scyzoryk, a na następny dzień poczułem potrzebę obejrzenia jej ponownie. Oba seansy spędziłem siedząc napięty jak struna na krańcu łóżka, bo ostatnio tak umiejętnie moimi emocjami widza manipulowało „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, a od tego czasu minęło parę mniej lub bardziej udanych lat. Filmowy „Drive” urzeka naprężoną atmosferą, aż elektryzującą od poczucia zagrożenia, poetyką i brutalnością podaną w idealnych proporcjach. Z wielką ochotą przystąpiłem do weryfikowania moich filmowych wrażeń z literackim pierwowzorem. Chudziutka – pomyślałem, biorąc książkę do ręki. Przekartkowałem i moja konsternacja dodatkowo wzrosła, kiedy się okazało, że strony ozdobione są czcionką, której nie powstydziłby się żaden elementarz pierwszoklasisty. Zabrakło jedynie barwnych ilustracji i Ali z kotem. To nie potrwa długo – pomyślałem, i była to już druga bezdyskusyjnie celna, choć mało odkrywcza uwaga tego dnia. Bądźmy szczerzy – lektura „Drive” trwa niewiele dłużej od samego filmu i nie jest nawet w połowie tak satysfakcjonująca jak obraz Nicolasa Winding Refna. Powieść Sallisa nie podołała artyzmowi własnej ekranizacji. Piszę o tym świadomy, że powinienem raczej porównać film do książki, ale przecież nikt mi nie zabroni rozliczyć książki względem filmu, prawda? No to sru!

Nie znamy imienia i nazwiska głównego bohatera. Określa się go Kierowcą i jedynie tyle musimy wiedzieć. Możemy wyłącznie zdradzić, że jest kaskaderem w filmach (podobno najlepszym w tym fachu), a nocami dorabia jako kierowca podczas napadów. Sama postać Kierowcy wykreowana przez Ryana Goslinga zachwyca widza już od pierwszej sceny – opanowanie, fachowość, oszczędność w gestach, słowach i czynach podkreślona hipnotyzującą muzyką The Chromatics, to coś, co musi robić wrażenie na oglądającym. Za pierwszym zauroczeniem podążają kolejne sceny, jedna lepsza od drugiej, poczynając od niecodziennego romansu składającego się głównie z wymownego milczenia, skąpych dialogów i półuśmiechów, po zaskakujące epizody w motelowym pokoju, windzie, czy garderobie, gdzie główną rolę gra młotek. Coś absolutnie cudownego. Natomiast powieściowy Kierowca nie jest już tak sumiennie skonstruowany. Owszem, jest małomówny i lakoniczny, ale zdarza mu się niepotrzebnie podowcipkować, wdać się w luźną dyskusję o polityce (na szczęście bez żmudnego ciągnięcia tematu), czy, o zgrozo!, pofilozofować. Gdzieś pośród tych scen pryska jego urok, jego wyrazistość charakteru. Rozumiem, że Sallis miał nieco ograniczone możliwości w ukazywaniu natury bohatera, bo musiał grać jedynie słowami i zdać się na wyobraźnię czytelnika, ale mimo wszystko zabrakło konsekwencji. Tak jakby obawiał się, że postać wypadnie płytko i bez wyrazu, więc nadał jej nieco luzu. Niepotrzebnie.

Powieściowy „Drive” zrywa z filmową narracją i stawia na (nieco już dla mnie oklepaną) pomieszaną chronologię. Kolejne rozdziały losowo czerpią z przeszłości Kierowcy (aż do dzieciństwa), by po chwili powrócić do wydarzeń bieżących. Refn w ekranizacji najwyraźniej świadomie z tego zrezygnował, stawiając na ciągłość historii i pozwalając widzowi wpaść w swoisty trans. Sallis nie odrobił zadania i co chwilę rzuca czytelnika na linii czasu z punktu w punkt, niekoniecznie zachowując przy tym logikę, czy związek przyczynowo-skutkowy. Brutalność? W obu przypadkach jest, ale znów górą jest tutaj Refn (i kapitalny w swojej roli Gosling) po pierwsze – zaskakując nieco uśpionego widza, a po drugie – ukazując niepokojąco mroczną stronę Kierowcy. Sallisowi zabrakło finezji i pomysłu na tego rodzaju sceny.

Obie wersje w zasadzie pokrywają się jedynie w zarysie fabularnym. Można między nimi wskazać kilka punktów wspólnych, ale okoliczności i wydarzenia do nich doprowadzające już najczęściej znacznie się różnią. Motywacje bohaterów, ich reakcje i czyny również bywają odmienne, więc raczej nie ma większego dylematu, czy najpierw sięgnąć po książkę, czy film. Jedno nie jest wierną adaptacją drugiego. Trochę jednocześnie mi przykro, że Sallis nie udźwignął wyzwania, przez co filmowy „Drive” wręcz zmasakrował swój literacki pierwowzór, o którym prawdopodobnie niewielu by słyszało, gdyby nie dzieło Refna.
Wdeptał mu twarz w posadzkę, chciałoby się napisać.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Drive – James Sallis

  1. Anonim pisze:

    Bo wydaje się kluczowe, co było pierwsze- jajko, czy kura. Bo [nie zaczynamy zdania od BO, chyba, że bardzo chcemy] odwzorowanie nigdy nie jest wierne i niezależnie czy wpierw sięgasz po książkę, czy oglądasz filmu zawsze jesteś obrońcą tego wcześniej poznanego. Myślisz „to nie tak!”.
    A ja mój Drogi i chcę i nie chcę konfrontować …ale to że znikasz nie jest w porządku!!!
    Z poważaniem i prośbą o usunięcie komentarza A.S.

  2. To nie do końca tak, bo jest kilka par książka-film, które żyją w mojej pamięci na równym poziomie i trudno mi wskazać stronę lepszą, do której chętniej wracam. „Fight club”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, nawet „Dziewczynę z tatuażem” Finchera uważam za godną ekranizację pierwszego tomu Millenium, już nie wspominając o filmowej trylogii „Władcy pierścieni” – wzorowego przeniesienia literackiego pierwowzoru na ekran (nie szło zrobić tego lepiej). W przypadku „Drive” wiem, ze do filmu wrócę, do książki – nie.
    Z poważaniem i przeprosinami za nie usunięcie komentarza – ja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s