Ferdydurke – Witold Gombrowicz

Gombrowicz? Czemu nie? Przecież podczas mojego krótkiego epizodu z edukacją kilka razy obiło mi się o uszy jego nazwisko, jeśli podczas wykładu nie byłem akurat zajęty graniem na GameBoyu. Pamiętam, że moja, całkiem zresztą sympatyczna, wykładowczyni z wielkim entuzjazmem podchodziła do omówienia „Ferdydurke”, w kółko powtarzając coś o jakimś Józiu, pupie, robieniu pupy czy dawaniu pupy i w ogóle niezręcznie przy tym chichotała, aż musiałem spauzować Mario Bros. Fajna dziwaczka – sobie pomyślałem. Więc niech będzie Gombrowicz. Ale może jednak „Pornografia” zamiast „Ferdydurke”? Ot, dylemat czytelnika przed półką w księgarni (oby tylko takie!). Nie samą pornografią jednak człowiek żyje (aż sam sobie zaimponowałem tym stwierdzeniem), a przecież dopiero wczoraj oglądałem (aktorzy tak głośno krzyczeli, że musiałem nałożyć słuchawki), no ileż można? Przy takim obrocie spraw decyzja mogła być tylko jedna – „Ferdydurke” o limonkowej okładce. Poza tym, skoro jest tam coś o pupach, to nie może być takie złe, prawda?

Józio Kowalski jest bez wątpienia głównym bohaterem, lecz trudno go jednoznacznie określić również narratorem powieści. Owszem, to on przez większość czasu zdaje nam relację ze swoich perypetii, ale Gombrowicz nieco z czytelnikiem gra, kiedy na zakończenie podpisuje się własnymi inicjałami, a w jednym z epizodów opowieść snuje niejaki Antoni Świstak. Pomieszane z poplątanym. I tak jest z całą lekturą. Autor kluczy, miesza, myli tropy, nieco filozofuje, niezmiernie bawi i rozlicza się krytyką, samemu jednocześnie krytykując. Ale w jakim stylu!

Józio, już trzydziestoletni mężczyzna, zostaje zmuszony do powrotu do szkoły. Dla kogoś dorosłego, świadomego i posiadającego własne zdanie na liczne tematy to iście traumatyczne przeżycie obserwować, jak młodzież jest tam „urabiana”. W odgórnie narzuconych założeniach, które wpajane są uczniom trudno znaleźć choćby skrawek swobody, gdzie można by ulokować wolną wolę i wejść pewnym krokiem w dorosłość. Bo podobno Słowacki wielkim poetą był i basta. A spróbuj się sprzeciwić, wtedy cała oświata aż zadrży u podstaw, by przekonać krnąbrnego do swojej, jedynej słusznej, wersji. Groźbą i prośbą. Najtrafniej i w zabawnym stylu obrazuje to dyskusja nauczyciela z Gałkiewiczem. W sumie śmieszne to wszystko, choć zatrważająco celne. Aż strach dziecko do szkoły wysłać.

Gombrowicz swoje pisarskie wyżyny osiąga w części książki poświęconej pobytowi Józia u państwa Młodziaków, którzy wychodzą z WC dumniejsi niż wchodzili. W domu gdzie nowoczesność wypiera staromodne nawyki, a swoboda obyczajów jest najwyższym dobrem. To, co się wyprawia między córką Młodziaków Zutą a Józiem trudno oddać w kilku słowach. Młoda, szarogęsząca się, wyzwolona kobietka i smalący do niej cholewki bohater (zresztą nie tylko on) tworzą niespotykane sceny, bodaj najzabawniejsze z całej lektury. Przez cały rozdział pt. „Miłość” miałem uśmiech od zakola do zakola, a adorujący na swój niekonwencjonalny styl Zutę Józio to obraz, który trudno wyrzucić z czytelniczej pamięci. I nie warto wyrzucać, bo zawsze jest w stanie poprawić humor. Co w nim takiego urzekającego?

Odwróciłem się i odszedłem, ale plecy moje, oddalając się, jeszcze bardziej ją podnieciły, gdyż za drzwiami już posłyszałem:
– Błazen! *

Uwodziciel, że mucha nie siada. Nie sposób się oprzeć.

W trzeciej części Józio wraz z kolegą Miętusem trafiają na ciotczyny dwór, ostoję konserwatyzmu, gdzie tradycja jest głęboko zakorzeniona, a czas jakby się zatrzymał. Ekscesy, które za sprawą Józia i jego przyjaciela mają tam miejsce, to już kompletna groteska, a Miętus spoufalający się ze służbą dworu jest zapalnikiem do iście dramatycznych wydarzeń. W moim odczuciu urokliwość Gombrowiczowskiego stylu nieco tutaj słabnie, ale bez wątpienia nadal ma swoje momenty chwały. Jedna z perełek:

Była to panna ze wsi […] jak dotąd albo troszkę kształciła się i studiowała w Wyższej Szkole Ogrodniczej i na Kursach Handlowych, albo cokolwiek przyrządzała konfitury, albo nieco obierała porzeczki, albo rozwijała umysł i serce, albo trochę siedziała, albo dodatkowo pracowała w biurze jako siła pomocnicza, albo odrobinę grała na fortepianie, albo troszeczkę chodziła i mówiła coś, a przede wszystkim czekała i czekała, i czekała na tego, który nadejdzie, pokocha, porwie. Była to wielka specjalistka oczekiwania, łagodna, bierna, nieśmiała i dlatego często chorowała na zęby, gdyż nadawała się doskonale do poczekalni dentystycznej, a zęby jej o tym wiedziały. **

Gombrowicz bezsprzecznie imponuje piórem, które potrafi zauroczyć czytelnika i może się podobać. „Ferdydurke” jest stylową rozprawą autora z ludzkimi ułomnościami, słabościami czy choćby utartymi definicjami. Bo kim jest artysta, czym jest sztuka, forma, styl i kto decyduje o tym, że coś jest dobre, że kogoś można określić artystą, a kogoś innego już nie? Jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie, by lekturę traktować zupełnie swobodnie, niczym doskonałą, chwilami groteskową, momentami subtelną komedię, co wyśmienicie odzwierciedlają zacytowane przeze mnie fragmenty (a jest ich w treści zdecydowanie więcej). Na tym chyba polega potęga twórczości Gombrowicza, na jej uniwersalności i zawsze aktualnej, wręcz niezniszczalnej problematyce.

Nieco nie wyszła mi próba odcięcia się od powszechnego podziwu i uwielbienia, z jakim spotykam się czytając o Gombrowiczu. Pomyślałem, że będę twardy, nie dam się zwieść. O ile bezpośrednio po lekturze miałem mocno mieszane odczucia, tak z każdym kolejnym dniem, kiedy wspomnienia dotyczące niektórych fragmentów z wolna osiadały i krzepły w mojej pamięci, ogólna ocena „Ferdydurke” rosła, choć granicy entuzjazmu nie osiągnęła. Jestem jednak przekonany, że warto będzie do Gombrowicza wrócić, niekoniecznie jedynie z powodu „Pornografii”.

* Witold Gombrowicz, „Ferdydurke”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, str. 142
** tamże, str. 303

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Ferdydurke – Witold Gombrowicz

  1. Najpierw chciałam napisać, że za moich czasów nie było GameBoya, ale szczęśliwie wcześniej sprawdziłam. Hm, to ja w takim razie nie wiem, czemu udało mi się przeczytać „Ferdydurke” w tzw. młodości?
    Może dlatego, że nigdy nie grałam na GameBoyu? Tak, to jest trop!
    Zdaje się jednak, że bardziej pamiętam film niż książkę.

  2. Nata pisze:

    „Pornografia” i „Kosmos”, koniecznie! Mnie te książki wbiły. Każda w inny sposób, łapałam się na tym, że niektóre fragmenty czytałam parę razy – nie dlatego, że nie rozumiałam, czy przez zamyślenie i mechaniczne czytanie – ale ze zdziwienia.

    Po przeczytaniu „Pornografii” chciałam ją skonfrontować z filmem Kolskiego (jako że to mój ulubiony polski reżyser). No, niestety, nie należy tego robić w domu, ani nigdzie indziej, jeśli czytało się książkę. Z tej formy nie da się uwolnić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s