Córka łupieżcy – Jacek Dukaj

Istnieje teoria (a istnieje, bo ją wymyśliłem przed momentem), że krótkie powieści są odpowiednie dla czytelnika, który chciałby poznać danego autora – sprawdzić jego styl, wiedzę, zakres wyobraźni. No, przekonać się, czy pisarz mu „leży”. Ale to tylko teoria, bo mała objętość książki może także ograniczać walory autora, który potrzebuje przestrzeni, by rozwinąć skrzydła swojej imaginacji, rozłożyć przed czytelnikiem dywan erudycji i pozwolić mu się po nim przechadzać. Gdybym rozpoczął znajomość z Jackiem Dukajem od „Córki łupieżcy” to najprawdopodobniej nie sięgnąłbym po żadną inną jego powieść. Nie dlatego, że „Córka łupieżcy” jest słaba, czy nie reprezentuje godnie autora, o nie. Po prostu ja innego Dukaja pokochałem – Dukaja obszernego, z rozwiniętymi wątkami, wieloma drugoplanowymi postaciami, przerażającego początkującego czytelnika już od pierwszej strony. „Córka łupieżcy” spełnia jedynie ten ostatni warunek, a przy monumentalnym „Lodzie” (inicjującym moje czysto heteroseksualne uczucie do autora), prezentuje się jak zaledwie jakiś szkic. Jak opowiadanie, które aż prosi się o rozbudowanie pomysłów w nim zawartych, nadanie wielowymiarowości bohaterom w nim występujących i dodanie paru wątków, ku uciesze czytelnika. Mojej uciesze.

Co my tu mamy? Mamy obchodzącą swoje osiemnaste urodziny Zuzannę Klajn. Mamy tajemniczą wiadomość od jej zaginionego piętnaście lat temu ojca, który w obliczu pełnoletności córki postanowił ją wtajemniczyć w to i owo. Ale przede wszystkim mamy zaginione Miasto, a raczej MIASTO, bo jego przytłaczające rozmiary trudno sprecyzować. Tajemnicze, o niespotykanej architekturze, zapewniające w swoim obrębie podróż między planetami i czasem MIASTO jest, jakby nie patrzeć, obok Zuzanny drugim pierwszoplanowym bohaterem. Dodajmy, że bohaterem wymagającym od czytelnika sporej dozy fantazji, by mógł sobie jego obraz wykreować w głowie.
Fabularnie brzmi mało oryginalnie, przyznaję (niczym scenariusz do Łowców skarbów), ale trzeba wziąć pod uwagę, że to jedynie podstawowe założenie, surówka, wokół której Dukaj rozpościera swoje niesamowite pomysły, tworzy na własne potrzeby wyszukane neologizmy i z zasady nie pieści się z czytelnikiem, który niejednokrotnie zagubi się w wizji autora.

Wszak „Córka łupieżcy” stawia na futuryzm – mnóstwo tutaj nieprawdopodobnych sytuacji, założeń i idei, które początkowo mogą wywoływać nieznaczny ból głowy u czytelnika. Wtopienie się w lekturę ułatwiają swojskie detale, rozpoznawalne pozostałości po nieobcym nam świecie. Tora wciąż leży u podłożu wiary religijnej, Siemens nadal produkuje roboty kuchenne, a Ford działa na rynku motoryzacyjnym obok takich marek, jak fikcyjne Guliati i Fluga. Niby nieznaczne szczegóły, nieistotne i niewiele wnoszące do treści, ale jakoś przyjemnie podnoszą komfort czytelnika. Pojawia się również odniesienie do Raymonda Chandlera, ale jest ono na tyle specyficzne, że nie podejmę się próby jego streszczenia.

Pomimo mało wyszukanego podłoża fabularnego, „Córka łupieżcy” nie atakuje czytelnika żenującymi fragmentami, rodem z taniego sci-fi. Jednak brakuje jej również jakiejś nieokreślonej ikry, uroku, napisałbym, że rozmachu, ale sam nie jestem przekonany czy rzeczywiście. W związku z tym nie poleciłbym jej na początek przygody z Dukajem, bo nie ukazuje pełni talentu oraz zalet pisarza, bądź robi to pobieżnie i powierzchownie. Natomiast ktoś zaznajomiony z prozą autora może sięgać śmiało, mając jednak na uwadze fakt, że to powieść o objętości stanowiącej około 10% całości „Lodu”. Czyli nowelka wręcz, mogąca służyć z powodzeniem jako zakładka dla historii Benedykta Gierosławskiego.

Advertisements

5 uwag do wpisu “Córka łupieżcy – Jacek Dukaj

  1. czytałem, podobało mi się
    niezła mi się wydała koncepcja symetrii (mam nadzieję, że dobrze pamiętam nomenklaturę, ale głowy nie dam), fajny – summa summarum – okazał się także klimat całości

    1. Tak, dobrze pamiętasz, ale w koncepcjach Dukaj zawsze był mocny twórczo. Tutaj, oprócz koncepcji symetrii, mamy założenie lsnu, czy przedurodzonych. Do dzisiaj w pamięci pozostają mi za to lute i ćmiatło (uzyskiwane m.in. dzieki ćmieczkom) z „Lodu”. Dukaj raczej nie zawodzi pod tym względem. Klimatowi „Córki łupieżcy” również niczego nie brakuje, tym bardzie chciałoby się go rozbudować (Błękitny Kosiarz miał w sobie coś niepokojącego czytelnika).

      1. Moim zdaniem Dukaj najlepiej smakuje do dwusetnej strony. Przy większej objętości, jego koncepcje i jego stylistyka zyskują masę krytyczną i robi się niebezpiecznie ;-)

  2. Zawsze chciałam zapoznać się z Dukajem, ale pomyślałam (zgodnie z Twoja autorską teorią), że zacznę od czegoś szczuplejszego, trafiło na Córkę łupieżcy. Książka mnie pokonała, o fizyce mam pojęcie nikłe.
    A teraz czytam, że trzeba było zacząć od czegoś innego… I bądź tu czełku mądry

    1. To nie kwestia szczupłości, tylko przystępności, ale przyłapałem się już na tym, że chyba każdy reaguje inaczej i niektórym na początek nawet „Lód” niestraszny. Przestałem już polecać kolejność czytania, zostawiam to do indywidualnej oceny każdego zainteresowanego lekturą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s