Dzieci z Bullerbyn – Astrid Lindgren

Raz, dwa, trzy na me wezwanie,
A za czwartym niech się stanie,
A za piątym niech tu będzie,
A za szóstym huknie wszędzie.

I stało się! I huknęło! Ponieważ jestem odważnym człowiekiem, toteż w ramach kolejnego wyzwania czytelniczego sięgnąłem po lekturę, przy której poległo wielu trzecioklasistów. Między innymi ja sam, ale to tylko dlatego, że bałem się iść do szkolnej biblioteki. Tamtejsza pani szarpała niegrzecznych chłopców za baczki, więc wyszedłem z założenia, że lepsza pała w dzienniku, niż jej starcze palce ciągnące boleśnie za moje „pekaesy”. Teraz, zmotywowany przez pewną wesołą pannę, postanowiłem dzielnie zacisnąć zęby i przeczytać „Dzieci z Bullerbyn” – od początku do końca, bez wymówek, bez strojenia głupich min i omijania trudnych fragmentów. I się udało.

Bullerbyn, czyli Hałasowo, to zabita dechami wiocha, gdzieś w Szwecji, szczycąca się w zasadzie niczym. To właśnie tam mieszkają główni bohaterowie opowiadań Astrid Lindgren – dzieci (a to zaskoczenie). Ośmioletnia Lisa jest naszą uroczą narratorką i jak sama o sobie mówi: „Jeśli jedni uważają, że jestem za duża, a drudzy, że za mała, to pewno jestem w sam raz [1].” Lasse i Bosse, to bracia Lisy. Ten pierwszy zawadiaka jest nieformalnym przywódcą grupki i pomysłodawcą wielu (mniej, lub bardziej mądrych) zabaw. Bosse natomiast… cóż, on „czasami trochę wolno myśli [2]” – jak uczciwie przyznaje Lisa. Anna i Britta to siostry zamieszkujące sąsiedni dom, a Lisa obie lubi jednakowo (ale nieco bardziej Annę). Skład zamyka jedynak (przynajmniej początkowo) Olle, którego Lisa bardzo lubi, jednak wolałaby, aby miał włosy. Gościnnie w opowiadaniach pojawiają się inni bohaterowie i to w zasadzie wszystko, czym wypadało streścić „Dzieci z Bullerbyn”. Resztę stanowią już perypetie różnego kalibru, niektóre zabawniejsze, inne mniej, ale wszystkie jednakowo beztroskie i wyciągające z zakamarków pamięci nasze własne zabawy z dzieciństwa.

Sama Lisa rozbraja czytelnika swoim ciepłem, dziecięcą naiwnością, prostolinijnością (uf, trudne do przeliterowania słowo) i urzekającą logiką. Wraz z Anną i Brittą nieustannie rywalizują płciowo z chłopcami, a ci nie przebierają w mało dżentelmeńskich środkach. Biorą dziewczynki do niewoli, każą im lepić śnieżne kule, gotować obiady i nie dopuszczają ich do męskich tajemnic. Chłopcy poddają także pod wątpliwość iloraz inteligencji dziewczynek, a przoduje w tym łobuziak Lasse, porównując siostrę do owcy i twierdząc że Svipp, czyli wioskowy pies, „jest niemal tak mądry jak człowiek, a o wiele mądrzejszy od każdej dziewczynki [3]”. Jak bardzo to urocze? Mimo wszystko każda z dziewczynek już wie, którego z chłopców weźmie za męża. Ubolewają jednak nad faktem, że „chłopcy są tacy głupi i nie chcą się z nami ożenić [4]”.

Na hasło „Dzieci z Bullerbyn” najczęściej pada odzew „książka mojego dzieciństwa”. Mam wrażenie, że moim przypadku nieco już na to za późno (tak o włos!), ale doceniam czar książki. Wszak każdy czytelnik znajdzie tutaj swoje ulubione opowiadania, a może nawet odkryje pewne prawdy życiowe. Tak, tak, bo czyż nie jest celnym spostrzeżeniem wniosek Lisy, że „gdy chłopcy nie mają nic lepszego do roboty, wówczas się biją [5]”? Zbiór stymuluje w czytelniku wspomnienia z dzieciństwa – ten ból brzucha i biegunkę po objedzeniu się śliwkami, przynoszenie w trampkach piasku z piaskownicy, wyprawy do miasta w poszukiwaniu kapsli, kąpanie się w miejskich fontannach, drapanie bąbli po ukąszeniach komarów i przywilej przypisywania ulubionym miejscom własnych nazw. Urokliwość tych opowiadań przypomina tą z „Przygód Mikołajka”, zmienia się jedynie płciowa perspektywa. Wniosek po lekturze jest wszakże ten sam: „Och, jakie to będzie nudne być dużą! [6]”.

Ho, ho, tak, tak, trudno zaprzeczyć.

[1] Astrid Lindgren, „Dzieci z Bullerbyn”, tłum. Irena Szuch-Wyszomirska, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, str. 5
[2] tamże, str. 202
[3] tamże, str. 76
[4] tamże, str. 217
[5] tamże, str. 102
[6] tamże, str. 10

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Dzieci z Bullerbyn – Astrid Lindgren

  1. nie będę oryginalny: książka mojego dzieciństwa. Kojarzy się z wieloma smacznymi smakami i pachnącymi pachnidłami, bym mógł ją wymazać. Nie odważyłbym się teraz skonfrontować sentymentalnych wspomnień z rzeczywistością, bo gusta się zmieniają, a pamięć… idzie w swoją stronę.

  2. Anonim pisze:

    A rzecz o kurzu przydrożnym z rozdziału „Wiśniowa spółdzielnia”? Jakie to głębokie- wystarczy powiedzieć” O jaki piękny, piękny KURZ”…miło wspomnieć, choć dziś daleko mi do podziania kurzu ;)

    1. „Dzieci z Bullerbyn” są pokazem dziecięcej naiwności, dziecięcego zachwytu rzeczami pospolitymi, swoistej świeżości w cieszeniu się życiem, dostrzeganiu piękna w błahej codzienności – w kurzu po przejechaniu auta, w sypiącym śniegu i w bąblach po ukąszeniach komarów. Takich swędzących jak diabli. Ho, ho, tak, tak.
      Optymizm, optymizm, optymizm.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s