Biały kruk – Andrzej Stasiuk

Odważne to posunięcie z nadaniem własnej powieści takiego, wiele obiecującego tytułu. Nawet nieco karkołomne, bo przy okazji podsuwa złośliwym krytykom pomysły na zgryźliwe bon moty w rodzaju „ta książka to żaden biały kruk, co najwyżej zmokła kura, niech będzie, że biała, na otarcie łez”. Oczywiście, przy wyborze potencjalnej lektury odradzam sugerowania się tytułem, czy okładką, choć sam czasami tak robię. Zachowuję się wtedy w księgarni jak szpak, co wpadł w wiśni krzak (nawiązując rymem do ornitologicznej tematyki). Ładuję pod pachę książki, o których do tej pory nie słyszałem, a same nazwiska autorów gdzieś jedynie przewinęły się w śledzonej dyskusji i w ogóle trudno wskazać kryteria, którymi się kieruję przy wyborze. Na bok jednak prywatne zboczenia. Wspomniałem o tym po pierwsze dlatego, by nakreślić w jakich okolicznościach powieść Stasiuka do mnie trafiła. Drugim, istotniejszym powodem jest usprawiedliwienie moich przyszłych napadów obłąkania, bo okazuje się, że przynoszą one wymierne korzyści w postaci udanej lektury. I choć nie okrzyknę „Białego kruka” białym krukiem wśród powieści, to lepszy wróbel w garści, niż biały kruk na dachu. Słowem: i tak jest dobrze.

Dwóch mężczyzn brnie przez sięgający łydek, trzeszczący pod stopami śnieg. Jeden z nich jest pomysłodawcą ekscytującego wypadu w Bieszczady, choć sam chyba nie do końca jest przekonany o celowości tej wyprawy (och, przygodo!). Wkrótce poznajemy pozostałą trójkę przyjaciół, a w wyniku pewnych komplikacji i żądzy adrenaliny jednego z nich, cała piątka musi uciekać. Dokąd? No, tego jeszcze nie ustalili w tym swoim spontanicznym i improwizowanym na bieżąco planie wycieczki. Jedynie Bandurko wydaje się mieć jakiekolwiek rozeznanie w bezludnym terenie i pewną znajomość punktów docelowych, w stronę których powinni zmierzać. Z kolei Kostek jest zarazem motorem napędowym całej wyprawy i jej zagrożeniem, a wynika to ze skłonności tego pana do szaleństwa i okrucieństwa. Ekipę uzupełniają wielki jak niedźwiedź, ale opanowany i jakby zobojętniały Mały, rozłożony gorączką Gąsior i główny bohater, jednocześnie narrator powieści. Zabijcie mnie, ale nie pamiętam, czy w treści w ogóle pada jego pseudonim. Nieważne jednak. Kolejne wydarzenia powieści przewijają w pamięci bohatera kliszę z przeszłości. Wracamy do czasów szkolnych, kiedy zaczęły się splatać nitki przyjaźni między nim, a pozostałymi uczestnikami wyprawy. Poznamy wiele odcieni tego koleżeństwa, wybierzemy się na melancholijny spacer po minionych latach PRL-u, kiedy chłopcy rozmarzeni cyckami niejakiej Gżanki próbowali swoich sił w pierwszych podrywach, kiedy ukryci w krzakach pili tanie wina oraz rozczarowani inicjacją seksualną opowiadali wrażenia kamratom. Trudno oprzeć się złudzeniu, że to właśnie wątki z przeszłości stanowią ten istotniejszy element powieści, a bieżące wydarzenia są jedynie dodatkiem.

Andrzej Stasiuk potrafi zachwycić. Udało mu się w „Białym kruku” oddać tempo, napięcie i zaszczucie towarzyszące ucieczce przyjaciół przez zatrzymane w czasie Bieszczady. Niczym w najlepszym thrillerze, nawet fragmenty pozornie spokojne, mające miejsce w kolejnych schronieniach, aż drżą od stresu. Nad całą eskapadą wciąż wiszą opary spirytusu wypitego dla kurażu i zawiesisty dym z papierosów palonych dla uspokojenia nerwów. Atmosfera jest wręcz namacalnie gęsta, iście pegeerowska, przywołująca skojarzenia z filmem Wojtka Smarzowskiego „Dom zły”, ale też posiadająca swoje indywidualne cechy. Naturalne, niekoniecznie wyszukane porównania i metafory Stasiuka tworzą niecodziennie spójną całość z surową resztą tekstu. Dostrzeże to każdy, kto dotrze do opisu czy to targowiska, czy choćby literackiego oddania takiej błahostki, jaką jest wstający dzień, kiedy ciemność pokornie robi miejsce dla posuwającego się noża światła. Takich fragmentów jest więcej, ale to nie miejsce na wyliczanki.

„Biały kruk” to jednak przede wszystkim powieść o przyjaźni. Bezwarunkowej i przywodzącej na myśl słowa przysięgi małżeńskiej „póki śmierć nas nie rozłączy”. Trudno powiedzieć ile w tym autobiografizmu, ile w tym wszystkim młodzieńczego Stasiuka, ale stawiam, że sporo. Każdy z nas ma w pamięci tego rodzaju obrazy z dzieciństwa i każdy z nas, gdyby był wystarczająco zdolny literacko, mógłby je przenieść na papier. Stasiuk to zrobił i udało mu się nad wyraz dobrze. To niezwykle krzepiąca lektura, wbrew przytłaczająco surowej atmosferze, gdzie nie ma miejsca na optymizm i gdzie wszystko spowijają opary bimbru, dym papierosowy oraz aromat kawy z garści śniegu zaparzonej na ognisku. Dla zabicia smaku zagryzanej słoniną.

Advertisements

7 uwag do wpisu “Biały kruk – Andrzej Stasiuk

    1. Może i ciekawa, ale osobiście nie miałem okazji autora poznać w innej kombinacji. Jeszcze.
      Tak się zastanawiam, czy „Białego kruka” trafnie nazwałem thrillerem i… chyba tak. Niektórzy porównują go do filmu akcji, ale akcji jako takiej w zasadzie tutaj niewiele, bo brakuje pościgów z psami gończymi na plecach. Wszystko opiera się na psychice, domysłach, wytrzymałości fizycznej i psychicznej bohaterów, ich odporności na stres i zagrożenie. To właśnie taki thriller z zagrożeniem czającym się z każdej strony, od zewnątrz i wewnątrz, ale rzadko ukazującym swoje oblicze. I cały czas mam tutaj na myśli „główny” wątek wyprawy, bo same retrospekcje to osobna, odmienna literacko działka.

      1. ja kojarzę autora z typu narracji, który lokowany bywa po przeciwnej stronie thrillerów: spokojnej, rozwlekłej, oddanej detalom. Zapewne Stasiuk niejedno ma pióro, zresztą to co piszesz poniekąd potwierdza moje odczucia, acz lokuje „Białego kruka” w nieco innych rejonach. Nie chcę dywagować bez podstawy, musiałbym przeczytać „Kruka”. I kto wie, czy tego nie zrobię, bo recka jest zachęcająca.

        1. „Biały kruk” miewa fragmenty „spokojne, rozwlekłe, oddane detalom”, więc raczej wiem o czym piszesz. Jednak w żadnym przypadku nie opisałbym tymi słowami powieści jako całości. Jak na moje oko, tempo wydarzeń jest odpowiednie, nie miałem wrażenia, aby się ślimaczyło, czy było zbyt wartkie i pobieżne. Ot, odpowiednio podkręcony potencjometr, wypośrodkowany między pompowaniem adrenaliny a chwilą na złapanie oddechu.

          1. jeśli się dobrze rozumiemy, to jest to w takim razie złoty środek pomiędzy szybkim, rwanym Pattersonem a demonicznie spokojnym Littelem, pomijając oczywiście kwestie stricte fabularne ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s