Czarodziejska góra – Thomas Mann

Ależ ja jestem dzielny! Ależ nieustępliwy! Jaki zmotywowany! Jestem jednak przede wszystkim pełen podziwu dla samego siebie, bo kiedy w pewnym momencie, po wielodniowych trudach i znojach przekroczyłem dwusetną (czyli ćwiartkę całości) stronę „Czarodziejskiej góry” byłem zrezygnowany. Trudno zliczyć ilekroć zasnąłem przy lekturze, poważnie. Mann najwyraźniej postawił sobie za zadanie zanudzić mnie na śmierć. Każdy rozsądny człowiek szanujący swój czas i wzrok odstąpiłby w takiej sytuacji od dalszych prób czytania, bo przecież miała to być przyjemność, a tymczasem im dalej w treść „Czarodziejskiej góry”, tym zagrożenie śpiączką bądź pęknięciem twarzy od ziewania rosło. Ale tak! Ukończyłem! Dobrnąłem do ostatniej strony, zdruzgotany mentalnie, z nieco pogłębionymi od fatygi zakolami, ale za to wyspany na zapas. Czy zyskałem coś jeszcze? Tak, mam niniejszym możliwość podzielenia się publicznie opinią na temat tytułu powieści, który został przez kogoś wyjątkowego określony „ładnym”. Nie mam zamiaru dyskutować z tym bezapelacyjnym werdyktem. Od siebie dodam jedynie, iż w oryginale prezentuje się równie atrakcyjnie (Der Zauberberg), co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra.
Że co? Że nie tego rodzaju opinii oczekiwaliście? Że kogo interesuje tytuł? Trudno, osobiście było to dla mnie na tyle ważne, by doczołgać się do końca lektury, więc trochę wyrozumiałości proszę. Skoro jednak już tutaj jestem, to nieco się poznęcam nad „Czarodziejską górą”, popisując się jednocześnie swoją ignorancją i niedojrzałością.

Do uzdrowiska Berghof, ulokowanego gdzieś na szczytach szwajcarskich Alp, przybywamy wraz z Hansem Castorpem, młodym Niemcem, który postanowił odwiedzić swojego kuzyna. Pobyt wstępnie zaplanowany na trzy tygodnie wskutek pewnych dolegliwości zdrowotnych Castorpa rozciąga się dramatycznie w czasie, tygodnie przechodzą w miesiące, a miesiące w lata (niewiele brakowało, by bliźniaczo rozrósł się mój czas przeznaczony na lekturę książki). „Czarodziejska góra” to właśnie zapis tych lat, w przeciągu których niewiele się na dobrą sprawę wydarzyło. I tak, zdaję sobie sprawę, że gdzieś tam między wierszami kryje się głęboki przekaz, że kolejni bohaterowie reprezentują nie tylko siebie indywidualnie, ale i swoją nację, filozofię grupy (czy to religijnej, czy politycznej) do której należą, a ich wzajemne utarczki ukazują narastające międzynarodowe konflikty. Tylko co z tego, skoro to wszystko przedstawione jest na tyle elektryzująco, że proszę się położyć i zasnąć. I słowo harcerza, którym nigdy nie byłem, że próbowałem wejść w lekturę, na różne sposoby, ale zawsze na drodze stawał Mann ze swoim zagłuszającym emocje wodospadem nudy. Stawiam garść orzechów, że sam wielokrotnie zasypiał podczas pisania. Jak bum cyk cyk.

Wspomniane uzdrowisko, choć pełne rozmaitych (mniej, lub bardziej udanych) osobowości, narzuca mieszkańcom jednostajny tryb życia. Monotonia codzienności z rzadka próbuje być rozbita, przygnębia regularnością i brakiem miejsca na spontaniczne zrywy. Sami kuracjusze również nie zaskakują oryginalnością i kompletnie nie przekonuje mnie argument, że to zamierzony zabieg. Przewidywalność ich zachowań i sztampowość charakterów jedynie potęguje w czytelniku poczucie senności (te rozległe tyrady Settembrini kontra Nephta), a już wszelkie rekordy bije sam Hans Castorp, ucieleśnienie ciepłej kluski i wymoczka, bohater tak przeciętny, że czytelnik ma ochotę zgnieść kilka kartek i je zjeść. I tak jak wyżej – nie interesuje mnie, na ile celowo Mann w centrum wydarzeń umieścił tę łajzę, skoro po prostu beznadziejnie się czyta o jego dylematach.

„Czarodziejska góra” to powieść szczegółowa, senna i przygnębiająca. Podobno wymaga odpowiedniego podejścia, wytworzenia wokół siebie atmosfery i sprzyjających okoliczności. No nie wiem, chyba trzeba wpaść w jakąś depresję. Przyznaję jednak, że powieść ma w sobie coś hipnotyzującego, ale nie na tyle, by mnie zauroczyć. Nieregularnie płynący, poszarpany czas (jego definicja stale powraca w lekturze), schorowani ludzie, w większości skazani na śmierć (przez co tematyka słusznie kojarzy się z „Oddziałem chorych na raka”), a pośród nich iskrzy jakaś nieuchwytna magia. Mnie nie udało się wejść w jej aurę na dłużej, ale może Tobie się uda, choć nie na moją odpowiedzialność.

Co się natomiast Mannowi udało, to kreacja… wątku miłosnego. Zanim lekceważąco prychniesz, wiedz, że niejaka Madame Chauchat to bodaj jedyna postać, która ma w sobie intrygujący i przyciągający uwagę czytelnika pierwiastek. Nonszalancka, nieco niechlujna (obgryzającą paznokcie – jak bardzo to seksowne?), ale jednocześnie głęboko przekonana o sile swojej kobiecej atrakcyjności. Muszę tutaj na chwilę oddać honor Castorpowi, bo rodzaj miłości, którą bohater darzy Madame Chauchat jest przyjemnie subtelny i niepozorny, ale czuć w nim bezwarunkowe zaangażowanie. Hans rumieni się na widok zarysu jej kolana pod spódnicą, prawie mdleje gdy ona delikatnie potrąca go podczas mijania się w drzwiach, hipnotyzuje go widok jej szyi, a jej nagie ramiona najprawdopodobniej wywołują u niego niekontrolowany wzwód, choć autor o tym nie wspomina. Prawdziwie średniowiecznie romantyczna postawa, obecnie na wyginięciu, choć podobno rycerze nadal istnieją, trzeba ich tylko poprosić by nimi byli. Łatwo jednak przewidzieć, że nic wielkiego z tego uczucia nie wyniknie, bo kto by chciał być z takim plackiem jak nasz Hans (a może jednak?). Mimo wszystko powieści należy się jeden z nielicznych plusów za ten wątek, choć autor mógł Madame Chauchat wymyślić nieco atrakcyjniejsze imię. Kławdia? Naprawdę?

Zgodzę się, że „Czarodziejska góra” jest zapewne głębsza (wyższa?) niż ja zdołałem dostrzec. Zgodzę się, że być może nie zrozumiałem jej pełnego przekazu, że być może nie dorosłem do tego rodzaju lektury. Zgodzę się, że dla kogoś to może być najważniejsza książka w jego życiu, istne mistyczne przeżycie, bo na dobrą sprawę każda powieść, nawet najbardziej nieudana, ma taki potencjał – nie mnie oceniać gust literacki innych. Z pokorą przyjmę każdą krytykę i każde pouczenie, może nawet spojrzę na wszystko pod innym kątem. Ale nikt i nic nie zmusi mnie do ponownej lektury „Czarodziejskiej góry”. To wymagałoby ode mnie poświęcenia, na które najzwyczajniej mnie nie stać. Udana Kławdia (cha, cha) Chauchat, znacznie atrakcyjniej wypadające (na tle całości) ostatnie rozdziały i, przede wszystkim, ŁADNY tytuł to za mało w obliczu morza przeciętności i pustyni nudy.

Advertisements

12 uwag do wpisu “Czarodziejska góra – Thomas Mann

  1. Senna powieśc? nawet jeśli trochę to na pewno przebudza czytelników polski akcent, inspirowany sprawą Przybyszewskiego :-). Świetnym prequelem „Czarodziejskiej Góry”, zwłaszcza dla gdańszczan, jest „Castorp” P. Huelle – nawet jak się go czyta po Mannie :-).

  2. No tak, poniekąd wspomniałem o tym, wyróżniając w ostatnim zdaniu końcowe, całkiem udane rozdziały. Kłótliwy wątek polski, mistyczny wątek Holgera, honorowy pojedynek Settembiniego z Nephtą i jego skutek – jeszcze kilka takich i żałowałbym, że lektura się kończy.
    Natomiast sentymentalne wspomnienia Castorpa, dotyczące szkolnego kolegi i jego ołówka całkiem słusznie pozwalają wątpić w heteroseksualizm bohatera ;]

    1. Eee … no nie wiem – przecież wyznaje miłość Kławdii, i w końcu nie każdy kto pamięta kolegę ze szkoły musi być homoseksualistą :-)

      1. Pamiętać o koledze ze szkoły to jedno, ale sposób w jaki Castorp o nim pamięta, to co innego. Chorobliwa nieśmiałość, euforyczna radość i podniecenie, kiedy już udało mu się pożyczyć od niego ołówek, rosnące emocje wraz ze zbliżającym się terminem zwrotu ołówka – nie wiem jak inni, ale ja czułem zapaszek homoseksualizmu. Może to była jedynie dziecięca fascynacja, bo przecież każdy chłopiec miał taki moment w życiu, że chciał porównać siusiaka z siusiakami kolegów, prawda? Napiszcie, że prawda….
        Ale co, jeśli Hans zakochał się w Kławdii tylko dlatego, że tak mocno przypominała mu kolegę ze szkoły – jego wielką, niespełnioną miłość, a płeć miała tu drugorzędne znaczenie? : P

  3. w moim egzemplarzu już od wielu lat zakładka jest ulokowana w okolicy strony 20, możliwe nawet że 30. Dobrze jej tam, więc niech sobie trwają w symbiozie ;-).

    Mann to jest Mann… cokolwiek to znaczy… ale skoro Mann jest wielkim pisarzem, to zastanawia mnie dla kogo jego proza jest adresowana. Rozglądam się wokół… nie widzę potencjalnych ofiar.

  4. Spoko :-), myślę że Mann spokojnie przetrwa te wszystkie dzisiejsze bestsellery, o których po miesiącu nikt już nie pamięta :-) A że nie każdemu się musi podobać to już zupełnie inna sprawa, w końcu nie wszyscy też przepadają za muzyką Mozarta czy filmami Bergmana :-)

  5. lucrezia pisze:

    „Czarodziejska góra” od jakiegoś czasu grzecznie czeka na półce na swoją kolej, jednak po tej recenzji spadła na liście o kilka (kilkanaście/kilkadziesiąt?) pozycji. No chyba, że zacznę mieć problemy z bezsennością.

  6. Walczę z nią. Będzie 1: 0 dla mnie, bo lektura ma się ku końcowi. Wymęczyła mnie emocjonalnie i intelektualnie. Czuję się przeżuta, wypluta i podeptana ;-)
    Gratuluję recenzji, dobra :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s