Długie pożegnanie – Raymond Chandler

Gdyby ktoś mnie zapytał o ulubiony gatunek literacki, to po pierwsze miałbym problem ze wskazaniem jakiegokolwiek, a po drugie na pewno nie przyszedłby mi do głowy kryminał. To takie mało wyszukane! A tymczasem, kiedy spoglądam na półkę, to dostrzegam tam dosyć liczną grupę grzbietów reprezentujących tenże gatunek. Czyli co? Wychodzi na to, że jednak nie jestem tak wyjątkowy i mam genetycznie zaprogramowaną potrzebę sięgnięcia czasem po powieść, gdzie mężczyźni są bystrzy i twardzi, kobiety piękne i zabójczo zdradliwe, a zwłoki zamordowane na śmierć. I niech się zatnę boleśnie kartką papieru podczas lektury, jeśli oczekuję od każdego kolejnego kryminału czegoś niebanalnego, nieszablonowego. Nie, już nie – wyleczyłem się z tego rodzaju wymagań. Gatunek ten cenię za niewątpliwą satysfakcję płynącą z samodzielnie rozwikłanej zagadki, albo przynajmniej z podjętych prób jej wyjaśnienia. Jak przy oglądaniu Scooby-Doo. Za zarażenie czytelnika detektywistyczną gorączką, igranie z nim, stopniowe podsuwanie mu cennych informacji, ale i mylnych tropów, w myśl zasady „a niech się pogłowi, głupek”. I ja się głowię! W przypadku „Długiego pożegnania” przymykam oko na gatunkowe klisze i drążąc w lekturze, wiążę fakty oraz cierpliwie oczekuję rozwiązania zagadki zbrodni. I jeśli wydaje Ci się, że w połowie książki stwierdzisz z przekonaniem „mordercą jest ogrodnik”, to wiedz, iż nawet jeśli strzelisz celnie, to będzie to zaledwie jedna, wierzchnia warstwa smacznego ciasta o nazwie „intryga”. Tajemnica sięga o wiele głębiej, choć zadanie stojące przed czytelnikiem jest znacznie utrudnione – w fabule nie pojawia się żaden ogrodnik.

Zastanawiam się, jak do tego doszło, że w ramach inauguracji cyklu z Philipem Marlowem sięgnąłem po… tom szósty jego perypetii. Z reguły mi się to nie zdarza i przykładam dużo uwagi, by daną serię rozpoczynać jak chronologia nakazuje, czyli od tomu pierwszego, ale tym razem się nieco zagapiłem. A co mi tam – pomyślałem – chociaż przez chwilę będę nieprzyzwoicie szalony! Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż podczas lektury kompletnie nie zauważyłem, że coś mnie ominęło, więc najwyraźniej znajomość wcześniejszych dokonań Marolowe’a nie jest obowiązkowa.

No właśnie – Philip Marlowe. Główny bohater, a zarazem postać, której jakoś nie potrafiłem obdarzyć sympatią (choć absolutnie nie zamieściłbym tego po stronie wad). Marlowe to nonszalancki  i śmiejący się niebezpieczeństwu w twarz cwaniak, dla którego kolejne otrzymywane pogróżki są największym komplementem. Irytujący rywala (nieistotne, czy jest nim zbir, czy stróż prawa) prowokator i manipulator, któremu ani przez myśl nie przejdzie, by ugiąć się pod presją. Bezczelny i pyskaty, nigdy nietracący opanowania i trzeźwego (choć nie stroni od drinka, albo ośmiu) spojrzenia detektyw. Co jednak najważniejsze – jest wyśmienity w swoim fachu.

Miejsce i czas akcji? Hollywood, lata 1950-51.
Zwłoki? Są, wiadomo.
Bogata, atrakcyjna kobieta, która za nic miała sobie siódme przykazanie Dekalogu (podpowiadam: chodzi o łoże, w domyśle cudze) kończy z krwawą miazgą zamiast twarzy. Podejrzenie pada na Terry’ego Lennoksa, jej małżonka, a jednocześnie przyjaciela Philipa Marlowe’a, któremu ten pomaga w ucieczce do Meksyku. Pokaz lojalności przysparza naszemu bezczelnemu bohaterowi sporych kłopotów, które tylko pozornie się kończą wraz z przyznaniem się do winy i samobójstwem Lennoksa. Sprawa zostaje zamknięta, lecz Marlowe podświadomie nie wierzy w winę przyjaciela, a to oznacza sporo ciekawskiego wściubiania detektywistycznego nosa i jeszcze więcej anonimowych gróźb, by tego nie robił jeśli chce ten nos zachować w całości.

Owszem, nie jest to najbardziej wyrafinowana i niepowtarzalna intryga. Uwierz mi jednak, że potrafi zaskoczyć czytelnika swoim rozwojem i stopniem rozbudowania. Kiedy poznajemy rozwiązanie zagadki i mogłoby się wydawać, że zbliżamy się do końca, automatycznie w dociekliwym umyśle  Marlowe’a rodzą się kolejne pytania, a intuicja wciąż mu podpowiada, że coś tutaj nie pasuje. Jakiś szczegół, nieistotny detal pcha detektywa w objęcia kolejnej tajemnicy. Dopiero końcowa konfrontacja (acz jest ich w zasadzie kilka) z gracją podaje na tacy kolejne fakty, a ostateczne rozwiązania elegancko wypełniają luki fabularne, niczym Danonki łatające braki wapnia w kościach (widziałem w reklamie, więc to musi być prawda).

W przeciwieństwie do kolejnych skandynawskich „nowych mistrzów kryminału”, dla których zaczyna brakować miejsca w księgarniach, Raymond Chandler ma za sobą pozytywnie zaliczoną próbę czasu. Bo ilu z tych „mistrzów” będzie mogło za pięćdziesiąt lat poszczycić się nowymi wydaniami swoich powieści? Ilu czytelników skojarzy podgatunek „skandynawski kryminał” z ich nazwiskami, zakładając, że uda im się w ogóle niektóre nazwiska wymówić (Yrsa Sigurdardottir? Poważnie?). Chandler to oblicze czarnego kryminału, wręcz jego synonim od wielu dekad i dobry, bezpieczny wybór, jeśli się ma ochotę na coś klasycznego oraz sprawdzonego.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Długie pożegnanie – Raymond Chandler

  1. kryminał mało wyszukany? Eee… dobry kryminał to rzecz bardzo wyszukana… o ile się ją już znajdzie ;-)

    osobiście za Chandlerem nie przepadam – klasyk, ale jeden z tych, o których się lepiej mówi niż się ich czyta. Wolę – i to zdecydowanie (pozwolę sobie nie wstawiać tutaj wykrzykników, ale one gdzieś tam są…) – Rexa Stouta. Lepsza literatura, po prostu.

  2. Nie no, oczywiście, napisałem to nieco z przekorą, bo jeśli odpowiednio długo i dużo poczytać, to dojdziemy i do wyszukanego poziomu (w każdym gatunku). Dlatego mimo wszystko nadal sięgam po kryminały w oczekiwaniu, że dam się zaskoczyć. Pisałem raczej w kontekście, że kiedy słyszę od kogoś „lubię poczytać dobry kryminał”, to kojarzy mi się to z oklepanymi banałami w stylu „lubię dobre komedie i horrory”, albo znane z licznych CV „zainteresowania: dobra książka, filmy i muzyka” – czyli coś uogólnionego, co w zasadzie choć mówi wszystko, to nie mówi nic.

  3. Anonim pisze:

    heh… niezły zbieg okoliczności, musiałam napisać recenzję „kryminału” i trafiłam na taką inspirację. Serdecznie dziękuję, chyba udzielił mi się Twój ton, oby pan prof. nie miał nic przeciwko;)
    ahhh… zapomniałabym dodać, polecam ten cały kryminał, który nie jest kryminałem, „Drwal” Witkowskiego.

    1. O, no to mamy drugi zbieg okoliczności, bo przeglądając dzisiaj w pracy katalog Weltbilda trafiłem właśnie na „Drwala” i zanotowałem w pamięci, by obmacać go w księgarni. To nie może być zbieg okoliczności, że mamy dwa zbiegi okoliczności.
      A jak profesor będzie miał coś przeciwko, to mu powiedz, żeby nie był takim językowym i stylistycznym purystą. A potem ostentacyjnie wyjdź z sali, obowiązkowo trzaskając drzwiami.

      1. Radar pisze:

        hehehe… uwielbiam takie wtręty losu:)
        Niestety nie miałam okazji trzasnąć drzwiami, tupnąć obcasem, czy wyrazić oburzenie w inny z polecanych przez Barbarę Buonafiori (czyt. prawdziwą kobietę;p) sposobów. Nie tylko dlatego, że w tej sali jest to raczej niewykonalne – takie drzwi:) Nasz kochany wykładowca recenzję przeczytał, „Drwala” skrytykował, a ocenę wystawił :) Dobrą – więc jestem usatysfakcjonowana:)
        Jeszcze raz pragnę podziękować:)

  4. Może rzeczywiście kryminały Chandlera czasami trącą myszką ale mam podobne zdanie jak Ty, przetrwały zadziwiająco dobrze próbę czasu, podobnie zresztą jak Conan Doyle, Christie, Allingham czy Gardner i nie muszą niczego udowadniać – w przeciwieństwie … :-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s