Taniec ze smokami – George R.R. Martin

To zadziwiające, jak nie wiedzieć kiedy, choć na moich oczach, cykl „Pieśń Lodu i ognia” rozrósł się do nieprzeciętnych, wręcz kolosalnych rozmiarów. Patrząc na ilość i objętość kolejnych tomów to pozornie rzecz oczywista, ale w zasadzie dopiero niedawno dotarło do mnie z jakim molochem mam do czynienia, oraz jak potężny potencjał w nim tkwi. Martin nie ustaje w rozwoju swojego koronnego cyklu, dokłada kolejne setki, tysiące stron i… ani przez moment mnie nie nudzi. Fenomenalne. Nie wiem jak on to robi, ale to wymyka się wszelkiej logice.
Dla porządku ustalmy fakty: „Taniec ze smokami” to już piąty tom z serii, ponownie rozbity na dwie części, bo licząca tysiąc pięćset stron książka nie uchodziłaby za wzór szczupłej, kieszonkowej sylwetki (inna sprawa, że dwie części po osiemset stron każda również zgrabnymi trudno nazwać). Te cyfry kompletnie nie mają znaczenia w zestawieniu z magnetyzmem treści zawartej na tych stronach. Muszę w buty sobie wsadzić mój czytelniczy snobizm i przyklasnąć autorowi za umiejętność uchwycenia mnie za uszy i trzymania tak, bym nie mógł oderwać wzroku od ciągu literek. Kolejne strony lecą, a ja zaczynam wpadać w syndrom „jeszcze jednego rozdziału”, tak bolesnego i przeklinanego, kiedy trzeba rano wstać. Nienawidzę cię, Martin.

W obliczu rozległości i bogactwa wątków zawartych w cyklu, zupełnie mija się z celem jakiekolwiek streszczanie fabuły, która wraz z kolejnymi tomami rozrosła się gigantycznie, pochłaniając nowych bohaterów, nieznane do tej pory tereny i świeże wątki. W ramach obowiązku zaznaczę jednak, że „Taniec ze smokami” w znacznej mierze skupia się na wydarzeniach otaczających Daenerys, która pomimo, że nadal tkwi wraz ze swymi trzema pupilkami za Wąskim Morzem, to nareszcie zanika gdzieś odrębność jej wątku. Dotychczas zatopione w wojnie Westeros niewiele łączyło z Matką Smoków. Aż do tej pory. Losy Siedmiu Królestw zaczynają spinać się z wydarzeniami na sąsiednim kontynencie, Daenerys staje się celem wielu wypraw, a ciężar narracji spoczywa bardziej niż dotychczas na Wolnych Miastach i Zatoce Niewolników. Wiąże się to ze znacznie bardziej egzotyczną atmosferą powieści, wyraźniejszymi akcentami magicznymi oraz mistycznymi. Dobrze to, czy źle – to już każdy musi ocenić sam. W końcu jakby nie kombinować, to nadal fantastyka.

Aby uniknąć udaru słonecznego od ciepłego klimatu otaczającego Daenerys, wielokrotnie udamy się na północ Westeros, gdyż rozdziałów Jona Snowa akurat również nie zabraknie. Zasypany śniegami wczesnej zimy Mur oraz okoliczne tereny, stanowią piękny kontrast dla orientalizmu Volantis czy Meereen, a sam świeżo upieczony Lord Dowódca Nocnej Straży nielicho sobie poczyna, wdrażając w życie plan, który najwygodniej byłoby określić pokerową zagrywką o pełną pulę. I przyznam, że znów dałem się zaskoczyć, bo dosyć jednoznaczna kulminacja należy do gatunku „no chyba sobie żartujesz, Martin!”.

Trzecim mocno eksploatowanych bohaterem jest Tyrion Lannister, który zawsze gwarantował wysoki (jak na karła) poziom. Tak jest i tym razem, choć mam wrażenie, że Krasnal chwilami nadużywa cynicznych żartów związanych z kuszą i wychodkiem. Zorientowani wiedzą o co chodzi.

Co oprócz tego? To, za co „Pieśń Lodu i Ognia” kochamy. Będą intrygi, niespodziewane powroty zapomnianych bohaterów, będziemy świadkami upadku kolejnych moralnych zasad, śmierci lojalności i honoru, pozbawionych romantyzmu i eufemizmów scen seksu (seks zawsze rzuca się w oczy), poznamy mnóstwo wymyślnych potraw (zauważcie, że Martin przykłada sporo uwagi do spożywanych przez bohaterów posiłków – w końcu trzeba dużo jeść, by być silnym i machać mieczykiem), natomiast kilka mniej lub bardziej ważnych głów pożegna się z resztą ciała. No i bękart Boltona wrzuca ciarki na plecy, wyrastając na nową gwiazdę. Ubolewam jedynie nad tym razem skąpo potraktowanym wątkiem Dorne („Uczta dla wron” była pod tym względem znacznie bogatsza). Wydaje mi się, że wydarzenia mające miejsce w Słonecznej Włóczni (istne zbiorowisko żmij) są niedoceniane przez czytelników i warto byłoby poświęcić im nieco więcej miejsca. Cóż, może w kolejnych tomach.

Na „Taniec ze smokami” fani musieli czekać sześć lat. To bodaj największa i najmniej dyskusyjna wada powieści. Pomijam już kwestię tęsknoty i cierpliwości w oczekiwaniu, bo chyba każdy pisarz życzyłby sobie, by proces tworzenia treści trwał tyle, co czytanie gotowego dzieła. Niestety, to nie działa w ten sposób, a w związku z tym czytelnik jest narażony na poczucie zagubienia przy podejmowaniu lektury nowego tomu. Nie sposób pamiętać wszystkich wątków, które urwały się kilka lat temu. Niektórzy mają problem ze spamiętaniem o czym traktował zeszłotygodniowy odcinek serialu, a nawet co się działo wczoraj wieczorem, więc trudno mieć pretensje do czytelnika, który między kolejnymi tomami zdążyłby wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić oraz wysłać do przedszkola własnego syna. Martin stara się jak może pobudzić wspomnienia (najczęściej przy pomocy wewnętrznych monologów bohaterów, którzy rozpamiętują wydarzenia) i po jakimś czasie czytelnik wraca na odpowiednie tory, niemniej kilkakrotnie desperacko przeczesywałem pamięć w poszukiwaniu danego wątku.

Próżno w „Tańcu ze smokami” szukać czegoś nowego na płaszczyźnie stylistyki, ale do tego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Cały cykl jest oparty na potężnych fundamentach, a system podziału narracji między kolejnych bohaterów nadal sprawdza się wyśmienicie. Odwaga Martina jest nieposkromiona, co owocuje wieloma dramatycznymi fragmentami, które budzą zachwyt i niedowierzanie jednocześnie. Jednak fabularny rozmach godny epopei i wynikający z niego patos jest poskramiany przez bezkompromisowego autora. Wychodzi on bowiem z założenia, że nie ma herosów i postaci niezastąpionych, więc nigdy nie wiesz, czy aktualny rozdział nie jest dla bohatera ostatnim. To niesamowicie napędza czytelnika.

Będę tęsknił za cyklem. Kolejnego, szóstego tomu „Wichry zimy” możemy spodziewać się nie wcześniej, jak za kilka lat i podpisuję się pod słowami samego autora, który ma nadzieję, że wszyscy będziemy marznąć w nich razem.

Pieśń Lodu i Ognia:

Tom 1. – Gra o tron
Tom 2. – Starcie królów
Tom 3. – Nawałnica mieczy
Tom 4. – Uczta dla wron

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Taniec ze smokami – George R.R. Martin

  1. szlonko pisze:

    ‚no chyba żartujesz!’ to jest kwintesencja i mojego jęku rozpaczy, że przecież tak się nie robi… Nic, czekać pozostaje na ciąg dalszy-mam nadzieję, że nastąpi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s