Na wschód od Edenu – John Steinbeck

Jeśli chodzi o popularność imion pochodzenia biblijnego, Kain walczy zaciekle o przedostatnie miejsce z Judaszem. Nie wiem – jakoś brakuje rodzicom odwagi i poczucia humoru, by swojemu dziecku nadać imię najsłynniejszego bratobójcy literatury (tak, może to trudne do uwierzenia, ale Biblia nadal jest literaturą). Pionierskie morderstwo, którego ofiarą padł Abel, dało Stwórcy do myślenia (najwyraźniej nie wszystko szło zgodnie z Boskim Planem Kreacji), więc wygnał On nikczemnego Kaina z Raju – wcześniej wypędził z niego pewna parkę (strasznie nietowarzyski z Niego koleś), zatem podpada to już pod rutynę. Kain pakuje graty i wynosi się do ziemi Nod, co w języku hebrajskim znaczy tyle, co „błądzić”, wszak w Biblii wszystko musi coś znaczyć. Dalsze losy oprawcy są już mniej pasjonujące, bo z tego co mi wiadomo, nikogo więcej nie zdołał zabić, a wręcz przeciwnie – założył rodzinę. Zakładam, że nieco patologiczną. Nieważne zresztą. Kluczem jest tutaj kraina Nod leżąca na wschód od Raju. Tak, na wschód od Edenu. I w ten oto łebski sposób wyjaśniłem genezę tytułu. Fanfary.

Przyznam szczerze, że dałem się zaskoczyć, gdyż nie tego się spodziewałem po nobliście Steinbecku. Przed lekturą śmiało zakładałem, że w powieści nie obędzie się bez obowiązkowego filozofowania, krztyny moralizatorstwa i w ogóle nieco zadufanego ą, ę, przez bibułkę. Nie mam pojęcia skąd takiego rodzaju przypuszczenie z mojej strony, ale Indianie chyba nazywają to przeczuciem. Tymczasem Steinbeck w „Na wschód od Edenu” koncentruje się raczej na snuciu historii, morały pozostawiając do samodzielnego rozważenia (jeśli tylko będziemy mieli taką ochotę), filozofowanie wkłada w usta bohaterów dyskutujących przy chińskim alkoholu, natomiast autorskiego zadufania nie odnotowałem wcale. Cóż za miłe zaskoczenie.

Fascynujące koleje losu rodu Trasków, potraktowane kompleksowo na przestrzeni pokoleń obfitują we wszystko, czego czytelnik mógłby oczekiwać po sadze rodzinnej. Trudno w związku z tym ograniczyć opis fabuły do paru niezbędnych zdań, ale spróbujmy.

W centralnym punkcie karuzeli wydarzeń należałoby umieścić Adama Traska, bo to wokół niego w znacznym stopniu obraca się fabuła. Jego niełatwe dzieciństwo, spędzone na rywalizacji z bratem Karolem o akceptację i miłość ojca oraz macochy. Jego niechęć do domu rodzinnego przepełnionego napiętą atmosferą. Jego pragnienie osiedlenia się na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jego bezwarunkowo romantyczna i nieodwzajemniona miłość do kobiety. Jego wymarzony dom w Kalifornii. Jego synowie. Na horyzoncie wzroku Adama pojawiają się i znikają bohaterowie drugoplanowi, nakreśleni przez Steinbecka z uwagą i polotem. Prym wiedzie tutaj wielodzietna rodzina Hamiltonów z powszechnie szanowanym Samuelem – głową familii, człowiekiem, który nie cofa się przed żadnym wyzwaniem, „złotą rączką”, ale bez szczęścia do interesów (co w żaden sposób nie odbiera mu optymizmu). Sceniczny reflektor wypada również skierować na Chińczyka Li – służącego przepełnionego charakterystyczną orientalną mądrością. Specyficzny trójkąt Adam – Samuel – Li łączy niezwykła nić, ba! lina okrętowa przyjaźni, a fragment kiedy wspólnie wybierają imiona dla synów Traska ryje głęboką bruzdę w pamięci czytelnika.

Dolina Salinas, w której osiedla się Adam Trask, jest zasnuta nieokreśloną aurą zła, także tego zagnieżdżonego w człowieku, a powietrze aż drży od milczącego krzyku napięcia (kapitalne określenie padające w treści). Salinas będzie glebą, na której wyrośnie wiele konfliktów i pasji, gdzie z hukiem silników spalinowych wkroczy rewolucja przemysłowa (akcja ma miejsce na początku XX. wieku) i gdzie swoje piętno odciśnie również ostatecznie I Wojna Światowa. Wystarczająco długi odcinek czasu, by wyłuskać z niego parę intrygujących fragmentów.

Melancholijna stylistyka Steinbecka może z łatwością zauroczyć. Mnie autor przekonał już na pierwszej stronie, kiedy opisując góry Gabilany napisał, że „[…] miałeś ochotę wspiąć się na ich rozgrzane stoki nieomal tak samo, jak pragniesz wdrapać się na kolana ukochanej matki”*. I to już na pierwszej stronie! Dalsza treść bywa równie wymowna, a pełne wdzięku rozdziały zadraśnięte są praktycznie niedostrzegalnie, jakby nieśmiało pazurem humoru. W trakcie lektury czytelnik dowie się między innymi, że w tamtych czasach normą było, by mężczyzna podczas swojego żywota zużywał trzy, cztery żony (tak, właśnie ZUŻYWAŁ), a pewna kobieta była pozbawiona humoru jak kura (tutaj muszę dodać od siebie, że kury przezabawnie biegają). Mimo wszystko dominuje jednak nieco smętny i refleksyjny nastrój, ale nie sposób uznać tego za wadę. Taki wdzięk.

Steinbeck wielokrotnie i czytelnie odnosi się do przypowieści o Kainie i Ablu. „Na wschód do Edenu” jest tak głęboko zakotwiczona w historii pierwszego morderstwa, że z powodzeniem może być traktowana jak świeża interpretacja i znacznie szersza analiza skąpego w słowa oryginału. Podobieństwo Kaina i Abla do Adama i Karola, a następnie do Aarona i Kaleba jest tak klarowne, że czytelnik może z czystym sumieniem skupić się na śledzeniu ich burzliwych losów, bez żmudnego doszukiwania się zawoalowanych subtelności. Relacje między braćmi, ich wzajemna rywalizacja o miłość i uwagę ojca nasuwa podczas lektury myśl, że jest to powieść o powtarzalności koła życia, lęku przed odtrąceniem, zazdrości, o trudnościach w przezwyciężeniu podłości natury ludzkiej (z której najpierw trzeba sobie zdać sprawę, co nie każdemu się udaje) i bezbronności w byciu dobrym. Przechlapane być uprzejmym i przystojnym.

Nad wszystkim, niczym gwiazda na ciemnym niebie wisi hebrajskie słowo timszel („możesz”), oddające władzę nad życiem w dłonie człowieka. Możesz być dobrym człowiekiem, ale w żadnym wypadku nie musisz.

* John Steinbeck, „Na wschód od Edenu”, tłum. Bronisław Zieliński, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, str. 9

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Na wschód od Edenu – John Steinbeck

  1. w historii wypędzeń warto uwzględnić jeszcze pierwszą kobietę – bowiem to nie Ewa dzierżyła podwójne trofeum pierwszej niewiasty i pierwszej wypędzonej niewiasty ;-). Jest jeszcze Lilith, której imię kultura wchłonęła znacznie sprawniej niż rzeczonego Kaina czy Judasza. Dziwne, prawda?

    dobra recenzja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s