Trylogia husycka – Andrzej Sapkowski

Jejku, jejku, jak mnie urzekły realia tej trylogii. Mocno i zdecydowanie osadzone w niezwykle burzliwym okresie historycznym, o którym jednak niewiele udało mi się do tej pory słyszeć. A teraz, po zamknięciu ostatniego tomu, jestem znów ciut-ciut mądrzejszy (choć nadal zbyt mało, by startować w „Jednym z dziesięciu”, nad czym mocno ubolewam), bo to najprzyjemniejszy sposób nauki – lektura powieści wciągającej fabularnie i mimochodem przemycającej w treści znaczny strumień wiedzy historycznej, ale z cyklu tej nieoklepanej i rzeczywiście świeżej, pomimo wieków na karku (akcja rozgrywa się w latach 1420-1436). Wdzięczny jestem Andrzejowi Sapkowskiemu, bo warstwa edukacyjna znacznie podniosła atrakcyjność cyklu jako całości i każdego tomu z osobna.
Mam w pamięci wytłoczony obraz kolegi z wojska, leżącego na skrzypiącej pryczy naprzeciwko, zatopionego w lekturze „Narrenturm” i beznadziejnie szukającego dłońmi włosów na głowie. Aż chciało się krzyknąć „ej, zostały u koszarowej fryzjerki, nie ma ich, pogódź się z tym chłopie!”, ale nie chciało się wyrządzać mu okropności. Tak, jak bohater trylogii nie chciał rozczarować pewnej atrakcyjnej szlachcianki, domagającej się intensywnego stosunku pod nieobecność męża. Przecież człowiek nie jest taki, by odmówił. Problemami z tego wynikającymi będzie martwił się później.

Reinmar z Bielawy (pseudonim artystyczny Reynevan) przez wrodzoną słabość do płci przeciwnej popada w nieliche tarapaty. Wystarczy wspomnieć, że poznajemy naszego puszczalskiego bohatera w trakcie ucieczki przed toporami dzierżonymi w dłoniach mężczyzn pewnej szlacheckiej rodziny, a  kobieta z tegoż rodu jeszcze nie zdążyła opuścić spódnicy i podciągnąć bielizny po tym, jak wspólnie z Reynevanem hańbili jej herb. To zaledwie niewinny wstęp do pełnych wigoru i – a jakże! – niebezpieczeństw przygód, wszak trwa okrutna wojna, „wojna bez rycerstwa i rycerskości”*, konflikt hartujący charaktery oraz bezlitośnie oddzielający hardych mężczyzn od chłopców. Z tym większą przyjemnością obserwujemy zadziwiający rozwój Reynevana na przestrzeni całej trylogii. Pokątnie parający się czarną magią medyk i zielarz z naiwnego, upartego i łatwo poddającego się porywom serca wymoczka oraz absztyfikanta, staje się wyrachowanym szpiegiem i sabotażystą na usługach Husytów, obłożonym klątwą kościelną, choć nadal zdolnym do romantycznych zrywów.  Naturalnie diametralna zmiana mentalnościowa nie zachodzi – pstryk! – ot tak,  bo jest ona skutkiem licznych wydarzeń i paru zwrotów fabularnych (ach, te przewrotne kobiety), ale nie widzę sensu streszczania ich tutaj – za dużo tego, bym zrobił to zgrabnie i bez przynudzania. Więc daruję sobie i Tobie.

Andrzej Sapkowski już przy okazji sagi o Wiedźminie pokazał, że potrafi rzetelnie przygotować wierne podłoże historyczne i zgrabnie nasycić je elementami magii. Trylogia husycka proponuje (w mojej opinii) jeszcze ciekawsze realia, bliżej osadzone w rzeczywistości, gdzie czynnik fikcji fantastycznej jest nieco słabiej uwypuklony, choć nadal wyraźny. Dominuje czerń – nieco czarnej magii, inspirowana tolkienowskimi Nazgulami Czarna Rota (z arcyłotrem na czele), gościnny występ zalicza nawet Zawisza Czarny (a także m. in. Jan Gutenberg). Jednak przede wszystkim to mroczny (by nie napisać, że czarny) okres Śląska, szerzącej się herezji, kiedy kolejne chrześcijańskie krucjaty przeciw Husytom dostają ostro po hełmach od Czechów i wracają z podkulonym ogonem, a kacerze w rewanżu urządzają krwawe rejzy na śląskie grody, lubując się w bezlitosnych egzekucjach, zostawiając za sobą spalony grunt, zgwałcone kobiety, zamordowane dzieci i nabite na pal głowy. Doprawdy, trudno orzec kto w tym sporze jest „tymi dobrymi”. Prawdopodobnie nikt. Próżno w tych działaniach wojennych szukać jakiejkolwiek etyki.

Trylogia husycka aż po marginesy wypełniona jest niezwykłymi bohaterami. Reynevana o wielu wcieleniach trudno przegapić, ale oprócz niego wypada wyróżnić kilka osobistości, bo przecież choćby taki Szarlej, wierny kompan Reinmara – toż to kapitalna postać, a egzorcyzmy w jego wykonaniu to absolutne arcydzieło w swojej klasie. Trójkę kamratów zamyka Samson Miodek, nieokreślony duch zaklęty w ciele wiejskiego głupka, którego pozornie niegroźnej aparycji dorównuje jedynie nieludzka siła i umiejętność posługiwania się różnoraką bronią ciężką z gatunku tych zmiatających z siodła trzech przeciwników za jednym zamachem. Razem z siodłami. Co mnie osobiście cieszy, to brak w trylogii czarodziejek, tak bardzo irytujących w sadze o Wiedźminie. Ich nieobecność nieśmiało próbują zatuszować czarodzieje, ale w związku z takim a nie innym otoczeniem historycznym, gdzie wszelaka magia jest nie tylko zakazana, a wręcz bezlitośnie piętnowana, nie w głowie im zdobywanie władzy, czy wyższe ambicje. Mus się ukrywać i poruszać w cieniu, by przeżyć. I chwała za to. Dodam jedynie, że swoim nierozgarnięciem jak żywo przypominają momentami czarodziejów z Niewidocznego Uniwersytetu (Świat Dysku), co poczytuję jako zaletę. No i szwarccharakter – Birkart Grellenort jest podręcznikowo wykreowanym niegodziwcem. Oklaski dla obsady.

Brutalna, rubaszna, udekorowana licznymi łacińskimi sentencjami oraz muśnięta słowiańskimi wierzeniami, przesądami i legendami – taka jest trylogia, której urok niestety nieznacznie blednie z każdym kolejnym tomem. „Narrenturm” zgrabnie wpisuje się w nurt powieści łotrzykowskiej, kiedy Reynevan wraz z przyjaciółmi błądzi po całym Śląsku (znajome mi okolice!), rzucany wielokrotnie do niewoli i spektakularnie (lub nie) z niej oswabadzany wraca niestrudzenie na trakt dalszej wędrówki. „Boży bojownicy” i „Lux perpetua” skupiają się już przede wszystkim na działaniach wojennych, mniej tam miejsca na swawolę, choć dialogi umiejętnie naszpikowane wulgaryzmami  nadal zaskakująco bawią. Dobrodusznie przymykam więc oko na fakt, iż nie udało się autorowi do końca utrzymać niezwykle wysokiej formy z tomu pierwszego, bo jako całość trylogia husycka, pomimo popadania w pewne schematy, zasługuje na wysoką notę. Nie otrzyma jej jednak, bo ich nie przydzielam. Mogę natomiast udzielić pisemnej rekomendacji.

Udzielam.

* Andrzej Sapkowski, „Narrenturm”, wyd. Supernowa, Warszawa 2002, str. 76

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Trylogia husycka – Andrzej Sapkowski

  1. zaliczyłem niekonsekwentnie – pierwszy tom zaraz po jego ukazaniu i bardzo mi przypadł do gustu (w czym odbiegałem od wielu komentatorów, wyszydzających mało wiedźmiński charakter książki); następnie tom drugi po długim oczekiwaniu w efekcie którego, nie pamiętałem już co się wydarzyło i czemu się wydarzyło. W tych okolicznościach tom drugi nie przypadł już mi do gustu tak jak pierwszy. Trzeci kupiłem z myślą i stanowczym postanowieniem, aby jednak najpierw przeczytać raz jeszcze „jedynkę” i „dwójkę”. I tak sobie czekają, aż biblioteczka zbiednieje.

    widzę, że Tobie się Trylogia spodobała. I dobrze! Na tyle na ile pamiętam „Narrenturm”, jest to dobra pozycja, może nawet w dorobku Sapka najlepsza. Szkoda, że lud czytający tak szybko sklasyfikował Sapcia i przyciął do wymiarów Wiedźmina. Gdyby lepiej przyjęto Husytów, to może dzisiaj w księgarniach mielibyśmy jeszcze lepsiejsze cuda i cudeńka popełnione przez pióro tego pana. A tak… mam wrażenie, że się trochę zniechęcił i jakby wycofał…

  2. Może gdybym nie zaczęła od Wiedźmina to by mi się podobał także ten cykl? Nie wiem, tego stwierdzić nie podobna. Niestety, nie jestem w stanie się przekonać do Trylogii, choć doceniam pięknie zrealizowany audiobook. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s