Wada ukryta – Thomas Pynchon

W ramach cyklu „Spotkajmy się z pisarzami, którzy spotkać się z nami nie chcą” przedstawiam Thomasa Pynchona. Jeśli Cormac McCarthy jest uznawany za tajemniczego autora, to jak należałoby określić Pynchona (urodzonego w 1937 roku), którego ostatnie oficjalne zdjęcie pochodzi z czasów studenckich? Skromny? Intrygujący? Aspołeczny? Jakkolwiek by go jednak nie nazwać, nie zmieni to faktu, że szeroko rozumiana krytyka okrzyknęła Pynchona wielkim współczesnym powieściopisarzem amerykańskim, ustawiając go w jednym szeregu między innymi z McCarthym właśnie. Ponieważ nie wierzę na słowo ludziom, których namacalnie nie znam, postanowiłem osobiście przekonać się co do trafności tej charakterystyki. „Wada ukryta„, najnowsza powieść autora, która trafiła w me dłonie całkowicie nieoczekiwanie, była ku temu okazją nie do pogardzenia i choć wolałbym znajomość z Pynchonem zacząć od którejś z jego wcześniejszych i szerzej zachwalanych powieści („Tęcza grawitacji„, „Mason i Dixon„), to jednak nie zawsze dostajemy to, na co zasługujemy. I nie zawsze zasługujemy na to, co dostajemy. Czyli równowaga jest zachowana. Spójrzmy więc.

Wada ukryta” to kryminał pełną czcionką i trzymając się tradycyjnych gatunkowych schematów wprowadza nas niezwłocznie w lekturę. Oto bowiem, w konwencji nasuwającej skojarzenia ze stylistyką noir, Larry’ego „Doca” Sportello odwiedza klasyczna femme fatale – Shasta. Trzeba zanotować, iż Doc jest prywatnym detektywem, a Shasta jego eks-kobietą w potrzebie oraz kusym t-shircie, zalotnie trzepoczącą rzęsami i wykorzystującą tym samym przewagę nad mężczyzną, który najprawdopodobniej kiedyś ją kochał. Pewnie nadal kocha i w związku z tym nie potrafi jej odmówić. Gówno trafiło w wentylator, nie ma odwrotu. Aż się prosi o napisy początkowe z Runaway Dela Shannona w podkładzie. Wybór cudnego klasyka, niektórym szerzej znanego z czołówki serialu „Crime stories„, jest jak najbardziej trafny (zresztą wspomina o nim również autor w treści powieści), ze względu na realia w których rozwija się fabuła „Wady ukrytej„. Koniec lat 60. zeszłego wieku, Kalifornia, hipisi, surfing, stale przewijające się w mediach nazwiska Nixona czy Hoovera, w tle głośna sprawa Charlesa Mansona – to wszystko zgrabnie określa okoliczności w jakich przyjdzie nam spędzić czas poświęcony lekturze.

Thomas Pynchon i jego rola życia w Simpsonach.

Niezwykle ciekawie i oryginalnie w tym krajobrazie wypada główny bohater. Larry’emu Sportello daleko do szablonu profesjonalnego detektywa w kapeluszu i płaszczu. W ogóle daleko mu do choćby pozorów profesjonalizmu, bo Larry to wiecznie upalony trawą długowłosy hipis, wielki improwizator w sandałach, stosujący w swojej pracy zagrywki i przebieranki rodem z jakiejś kreskówki. W związku z taką, a nie inną postacią wiodącą trudno spodziewać się śmiertelnie poważnej stylistyki powieści. Pynchon umiejętnie trzyma się nieco swobodnej i niewymuszenie zabawnej konwencji, a kolejne kartki książki wręcz promieniują przesiąkniętym oparami marihuanowego dymu klimatem. Ówczesny styl życia i niecodzienny bohater tworzą udaną mieszankę z kryminalnym zacięciem fabularnym. Zbrodnia przeplata się z jaraniem trawy, biznesmeni w garniturach stykają się z hipisami i surferami, przesłuchania świadków prowadzą do lizania cipek na kwasie (oj, sporo tu oralnych ekscesów!), a do konspiracyjnych spotkań dochodzi w lokalach o tak wymownych nazwach jak Ultrafioletowa Mózgownica czy Kropnij Sprawcę (to akurat strzelnica). Nie sposób się nudzić. Wypada wspomnieć również o wyjątkowej parze, którą tworzą Sportello i porucznik Bjornsen. Czuć chemię w ich wzajemnych uszczypliwościach.

Nie jestem przekonany, czy dostrzegłem w „Wadzie ukrytej” tego Pynchona, który został przecież okrzyknięty ikoną literatury amerykańskiej. Szczerze w to wątpię, ale jestem też wyrozumiały, wszak w tym gatunku literackim trudno chyba o coś oryginalnego. Natomiast trzeba oddać autorowi fakt, iż próbował, a przy odrobinie dobrej woli można uznać, że w zasadzie mu się udało. Przynajmniej w paru aspektach „Wadę ukrytą” można scharakteryzować jako niepowtarzalny i świeży kryminał, choć to zależy zapewne od stopnia oczytania w gatunku. To przyjemna, subtelnie narkotyczna i zabawna lektura, ale nie spodziewaj się wyznaczania nowych standardów i kierunków, bo te już dawno zostały ustalone.

Swój egzemplarz “Wady ukrytej” otrzymałem od biblioNETki.pl, za co niezmiernie dziękuję.
A piszę o tym dlatego, że dobroć i bezinteresowność ludzką trzeba sławić.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wada ukryta – Thomas Pynchon

  1. Pynchon wciąż przede mną, ale o ile czytałem to „Wada…” jest dość mało pynchonowska jak na pynchona – tak przynajmniej twierdzi jego wielbiciel na blogu http://subiektywnerecenzje.blogspot.com/2011/11/wada-ukryta-thomas-pynchon.html. Mnie osobiście Twoja recenzja kojarzy się z zabiegami Altmana wokół „Długiego pożegnania” (Marlowe w l. 70.), a jeszcze bardziej z cudownym i nieśmiertelnym „Big Lebowskim” (upalona parodia czarnego kryminału). Po Twoich wynurzeniach wiem, że po „Wadę” sięgnę mimo rezerwy przywołanego przeze mnie blogera.

    I jeszcze słowo o „Runaway”: serialowi „Crime story” towarzyszyła nie wersja oryginalna linkowana przez Ciebie, ale nagrana ponownie przez Shannona 6 lat po pierwszej (1961->1967) ta: http://youtu.be/WhBM9xxkiFA. Moim zdaniem zresztą dużo lepsza.

    Pozdrawiam serdecznie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s