Suttree – Cormac McCarthy

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, jak to mówią. Moją pierwszą styczność z McCarthym najtrafniej opisałoby wyrażenie „niefortunna”. Zabrakło chemii, nie zaiskrzyło.  „Drogę„, która przypadkowo do mnie trafiła, potraktowałem dosyć obcesowo i być może nieco niesprawiedliwie, zarzucając jej brak wyraźnie zaznaczonej fabuły i jojcząc na ograniczenia, które autor sam sobie narzucił wybierając taką, a nie inną tematykę. O ja naiwny! Obecnie, będąc mądrzejszym o cztery kolejne powieści McCarthy’ego (a przede wszystkim „Krwawy południk” – na dźwięk tych dwóch słów budzi się we mnie uwielbienie graniczące z podnieceniem), stwierdzam, że nie dojrzałem w bestselerowej „Drodze” tego, co w prozie autora najważniejsze – sam element wędrówki, charaktery ludzkie, naturalność dialogów, kontrast między pięknem i nieobliczalnością natury a surowością ludzkiego bytu – w tym tkwi siła McCarthy’ego, a nie w fabule, która w żadnej z jego powieści szczególnie wyszukana nie jest! Aż mi wstyd za moją krótkowzroczność.

Suttree” określana jest jako najzabawniejsza powieść McCarthy’ego. Na te słowa każdemu, kto zorientowany w stylistyce autora zapala się lampka ostrzegawcza. I słusznie, bo trudno sobie wyobrazić w roli przeciętnego śmieszka, czy trefnisia pisarza, który unika fanów, mediów i którego dotychczasowe powieści (patrząc przez pryzmat polskiego wydawnictwa, nie chronologii ich powstawania) raczej nie krzepiły duszy czytelnika przesadnie optymistyczną atmosferą. Jak bardzo i czy w ogóle zabawna jest „Suttree„? Cóż, do wątku powrócę za chwilę, jeśli pozwolisz. Zresztą jeśli nie pozwolisz, to też wrócę, ale nie traktuj tego osobiście.

Cornelius Suttree w niewyjaśnionych okolicznościach porzuca rodzinę, uwija sobie przytulne gniazdko na rzece (dziwnie przypominającą Pratchettową Ankh – jedyną rzekę, którą da się kroić nożem i czerpać przy pomocy siatki) na barce zagospodarowanej na urocze mieszkanko i prowadzi tułaczy tryb życia przeradzający się niekiedy w pijacką poniewierkę (rozkład dnia: tawerna – areszt – tawerna), oraz utrzymując się z połowu ryb, starych butów i zużytych prezerwatyw. No dobra, przede wszystkim ryb. Jego rutyniarską codzienność ubarwiają pozostali bohaterowie wątpliwego autoramentu – alkoholicy, kryminaliści, kurwy, niegodziwcy, bezdomni, bimbrownicy, żebracy. W tej zgrai wyrzutków społecznych prym wiedzie Harrogate – podręcznikowy przykład wiejskiego głupka, obarczonego nadmiarem pomysłów na wielki zarobek i zrobienie sobie równie wielkiej krzywdy przy okazji. W tym miejscu uwidacznia się subtelnie komiczna natura powieści i samego autora, bo mało rozgarnięty młodzieniec pałający miłością do arbuzów jest ucieleśnieniem tarapatów i głównym prowokatorem rzeczywiście zabawnych epizodów czy dialogów. Wątek więzienny, bądź polowania na świnię to chyba najlepsze przykłady. Oczywiście nie jest to rodzaj humoru, który autentycznie mógłby wywołać chichot u czytelnika, ale łatwo wyczuć pewną swobodę w narracji raczej ponurego przecież pisarza. Mimo wszystko wzbraniałbym się przed określaniem powieści mianem „zabawnej”, bo do takiej jej daleko, oj daleko.

Co dostaniemy poza tym, zabierając się za lekturę? Autorskie standardy – mniej lub bardziej przygnębiającą oraz niepokojącą atmosferę, prozaiczną codzienność bohaterów, ale oddaną z czuciem i wrażliwością na detale, naturalne, nie zawsze płynne i rytmiczne dialogi, uważnie potraktowane otoczenie, a przede wszystkim natura. McCarthy najwyraźniej pasjonuje się fauną i florą, bo potrafi popisać się wiedzą i lubi szpanować znajomością fikuśnych nazw w stylu glediczja, orlica, czy heterodon płaskonosy. Może komuś te nazwy coś mówią, ale większość czytelników machnie na to ręką, wyobrażając sobie po prostu jakieś zielsko, czy bliżej nieokreślone stworzenie. Mam też wrażenie, że autor parokrotnie zagalopował się w snuciu naszpikowanych detalami sennych fragmentów, bo chwilami narracja bywa nużąco rozwlekła. W trakcie pisania powieści zabrakło prawdopodobnie wewnętrznego głosu, który ocuciłby w porę pisarza, sugerując „dobra, może już odpuść ten wałkowany od trzech stron wątek gatunku trawy porastającej brzeg rzeki i pchnij bohatera do przodu?”. Celowo wyolbrzymiam, bo skutecznie mnie to złościło. Z drugiej strony kim ja jestem, by dyskutować z wizją autora?

McCarthy to charakterystyczny pisarz i „Suttree” jest w każdej linijce tekstu przesiąknięta jego stylem. Niewymuszony, surowy urok tej powieści niestety wyraźnie zakłócany jest męczącymi i zniechęcającymi okresami rozwlekłego „lania wody”. Skutkuje to około dwukrotnie większą objętością książki w porównaniu z jego dotychczas wydanymi w Polsce powieściami. Może w tym tkwi problem – nie w jakichkolwiek brakach, ale raczej w nadmiarze. I choć znów zagustowałem w pojedynczych elementach i stylistycznych zabiegach, to jednak jako całość powieść mnie na przemian nużyła i zaledwie fragmentarycznie wciągała (np. wiarygodnie poprowadzony romans z Joyce). McCarthy’emu jestem dozgonnie wdzięczny za „Krwawy południk„, ale „Suttree” to raczej dolna półka jego dokonań. Pomimo niecodziennej, jak na niego, nutki komizmu.
Dla smakoszy twórczości Cormaca.

Advertisements

11 uwag do wpisu “Suttree – Cormac McCarthy

  1. uświadamiam sobie co i rusz, że czytając mnóstwo literatury różnej, ciągle jestem w plecy z wieloma nazwiskami. Mccarthy: kolejny nieznany mi pisarz, którego jednak warto byłoby chyba poznać. Wnioskując z powyższego tekstu, raczej nie poczynając od „Suttree”, ale jak widzę, wybór jest większy…

  2. Ha. „Suttree” czeka na półce już od grudnia, a ja cały czas się waham, ze okaże się taki, jak go – wbrew innym recenzentom – ująłeś. Przegadany. Nie wiem, obaczę.

    Tobie, rozważywszy to za co CMC cenisz, mogę polecić chyba „Rącze konie” będące w moim odczuciu kwintesencją tego co stanowi kwintesencję tej twórczości: „sam element wędrówki, charaktery ludzkie, naturalność dialogów, kontrast między pięknem i nieobliczalnością natury a surowością ludzkiego bytu” (bardzo mi się ten fragment podoba). U mnie „Konie” to 2. miejsce na podium CMC.

    Bo pierwsze miejsce to jednak „Droga”, choć nie bez oporów. Porzątkowo mnie nie „trafiła”, dopiero z czasem upływającym po lekturze nie pozwoliła o sobie zapomnieć, dotarła do mnie jej straszliwa wielkość. Do dziś wracam do jej fragmentów, otwieram na chybił-trafił – i to jest jednak książka w swój okrutny sposób wyjątkowa pośród wszystkich innych. Nie mogę też ukryć, że urodzenie się dziecka zmienia w jej odbiorze wiele.

    Wracając do „Koni” – w kwietniu reedycja, u mnie recenzja pierwszego wydania – jeśli przed lub po lekturze zechcesz się zapoznać, to zapraszam.

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. „Suttree” jest strasznie nierówny. Dialogi jak zwykle u McCarthy’ego są kapitalne, wszystkie elementy są na swoim miejscu, ale patrząc wstecz na poprzednie powieści autora, mam wrażenie (może wynikające z przyzwyczajenia do krótszych utworów pisarza), że tym razem rozciągnięto niepotrzebnie pewne fragmenty, w które w związku z tym miałem spory problem „wejść”. To bardzo dobra książka, ale na własne potrzeby oceniam McCarthy’ego surowo i, przyznaję, nieco przez pryzmat „Krwawego południka”.

      „Drogę” też z biegiem czasu cenię coraz wyżej, bo mimo wszystko od niej wszystko się zaczęło, a patrząc wstecz, trudno odmówić powieści wyraźnego uroku. „Drogę” polecałbym również w ramach zapoznania z autorem (a kuku Onibe), bo mimo wszystko reprezentuje „McCarthy’ego w pigułce”. Co prawda brakuje w niej takiego szwarccharakteru jak Sędzia z „Krwawego południka”, czy choćby Brodacz z „W ciemność”, ale nowy czytelnik nie zauważy tego braku.

      Po „Rącze konie” sięgnę na pewno, tak samo jak po każdą kolejną powieść McCarthy’ego.

      1. Rolę szwarccharakteru w „Drodze” pełni cały świat (dopóki z rzadka nie okaże się inaczej). Między innym dlatego jest taka przytłaczająca, moim zdaniem.

      2. Można przyjąć takie założenie, ale z drugiej strony patrząc, w każdej powieści McCarthy’ego próżno szukać łąki pełnej kwiatów, kolorowej tęczy i pluszowych jednorożców, bo taka już przygnębiająca stylistyka autora, że otoczenie tłamsi bohaterów a przy okazji czytelnika.

        Globalne zło nie zastąpi jednak zła wcielonego, skumulowanego w jednej istocie, namacalnego, a Sędzia (i po trosze Brodacz) był cudownym ucieleśnieniem zagrożenia, Szatanem w ludzkiej skórze, przy którym czytelnik z entuzjazmem sobie myśli „ależ z niego skurwysyn!”

      3. Anonim pisze:

        Witaj.
        Wg mnie nic nie zostało w Suttree’m ”rozciągniete”. książkę czyta się jednym tchem!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s