Pinokio – Carlo Collodi

W zasadzie nie znałem bajki o Pinokiu. Owszem, utarło się w mojej świadomości pewne powierzchowne pojęcie, że pajacyk był z drewna, że rósł mu nos kiedy mijał się z prawdą, że chciał stać się chłopcem z krwi i kości. Jednak to wszystko nic w kontekście całości jego historii. Wystarczy wspomnieć, iż najbardziej rozpoznawalny atrybut Pinokia, czyli jego wydłużający się nos – obiekt wyuzdanych i najczęściej suchych jak wiązka chrustu żartów – w samej bajce zasłużył jedynie na niewiele znaczący epizod i okazał się jednym z najmniejszych zmartwień bohatera. To zupełnie zrozumiałe, że jego kształt, w prawie każdym wyobrażeniu nawiązujący do fallusa, nie pozwala przejść obok zagadnienia obojętnie, jednak spróbujmy już do tego nie wracać. Zastanawiające, jak wszystkie najpopularniejsze wizje bajki o Pinokiu (np. ta od Disney’a) potrafią uparcie mijać się z rzeczywistą atmosferą literackiego pierwowzoru. Na podobną ułomność cierpią adaptacje „Piotrusia Pana” i choć w pewnym sensie zabiegi mające na celu ugrzecznić i ubarwić mroczną naturę baśni są zrozumiałe (w końcu odbiorcą jest kilkuletnie dziecko), to jednak szczypta zgrozy i horroru mogłaby jedynie spotęgować doznania, niekoniecznie wywołując przy tym nocne moczenia. A gdyby tak za rogi z Piotrusiem Panem, Pinokiem, czy twórczością Andersena i braci Grimm wziął się Guillermo del Toro? Albo Tim Burton? Tak, to mogłoby widowiskowo wypalić. Wróćmy jednak do meritum.

„Pinokio” zawiera w sobie wszystko, co charakteryzuje wyśmienitą bajkę. Jest udany i wyrazisty bohater, który początkowo jawi się jako buc, nygus i zarozumialec i którego doprawdy trudno polubić. Naiwna natura pajacyka pcha go w coraz to dramatyczniejsze tarapaty, które kończą się zazwyczaj czymś znacznie nieprzyjemniejszym, niż nabity guz. Trzeba otwarcie przyznać, że Collodi nie żałował sobie i czytelnikom makabrycznych fragmentów, więc nie wypada udawać zdziwionego, kiedy przeczytamy o mordercach, spalonych stopach (nieważne, że drewnianych), amputowanych dłoniach, nożach w nerkach, a bohaterowi zdarza się nawet zawisnąć na stryczku. Przygnębiające? Troszkę, ale jednocześnie baśń okraszona jest zabawnymi, przewrotnymi dialogami i mimo wszystko niesie w treści odczuwalne ciepło. Mam wrażenie, że spora w tym zasługa tłumacza, pana Jarosława Mikołajewskiego, choć to odczucie nie jest poparte żadnymi dowodami – nie czytałem włoskiego oryginału. Nie wypada zapomnieć o nieodłącznym elemencie każdej bajki – sferze dydaktycznej i moralizatorskiej. Tutaj Collodi również nie zawodzi, cierpliwie ucząc młodych czytelników oraz tłumacząc im takie pojęcia jak rodzicielstwo, lenistwo, posłuszeństwo, bieda. Dla wyrazistości przekazu wystawia on niefrasobliwy, sękaty łepek Pinokia na kolejne życiowe próby, a nasz drewniany pajacyk nieustannie balansuje na cienkiej granicy między życiem, a rolą kominkowego drewna na opał.

Po „Pinokia” zapewne nie sięgnąłbym prędko, gdyby nie wprost zjawiskowe wydanie, na które się skusiłem (wyd. Media Rodzina, Poznań, 2011). Duży format, papier, który aż chce się dotykać i przede wszystkim fenomenalne ilustracje Roberto Innocentiego. Zainteresowani odnajdą zdjęcia w Sieci, ja ich tutaj nie zamieszczam, by nie psuć przyjemności z ewentualnego samodzielnego ich podziwiania w druku. Interesująco zaaranżowane i po wizjonersku zagospodarowane przestrzennie, charakteryzujące się często intrygującą perspektywą (polecam przyjrzeć się wiszącemu na Wielkim Dębie Pinokiu!) oraz uderzające czytelnika magią starych, ręcznie rysowanych kartek na Boże Narodzenie, gdzie krajobrazy i panoramy miasteczek zachwycały detalami. Ilustracje Innocentiego czarują szczegółami (Pinokio rzadko stanowi w nich pierwszy plan) i idealnie wpisują się w atmosferę baśni, a dzięki nim lektura staje się zmysłowym przeżyciem. Za to należy się plus wielki jak nos Pinokia, bo bajka wiele zyskała na tej dekoracji.

Płodzić dzieci, poczekać aż podrosną, dorwać śliczne wydanie „Pinokia”, a potem już tylko czytać i wspólnie podziwiać ilustracje.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Pinokio – Carlo Collodi

  1. to się nazywa klasyka ;-)
    przyznam, że i ja byłem przekonany, że ów Pinokio głównie z nosa się składa
    poszukałem sobie w necie ilustratora i… wow, mocny jest
    nie będę czekał na potomka, tę książkę kupię sam sobie, hehe ;-)

  2. Nata pisze:

    Okładka tej książki automatycznie skojarzyła mi się z obrazami Bruegel’a („Pejzaż zimowy”).

    1. Tak, porównanie do dzieł Bruegel’a jest dosyć powszechne, sam czytałem o tym parokrotnie, więc powstrzymałem się przed tym często spotykanym stwierdzeniem ;]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s