Związek żydowskich policjantów – Michael Chabon

Facet to jednak raz na jakiś czas potrzebuje kryminału. Problemem może być tutaj jedynie odpowiedni dobór lektury, bo co jak co, ale biedy ten gatunek to chyba nigdy nie odczuł. Półki w księgarniach od zawsze uginały się, tocząc nierówny bój z grawitacją i kolejnymi tomami obszernych serii kryminalnych. A gdyby tak czytelnik chciał przeczytać jakąś odrębną powieść, za którą nie stoi kolejnych osiem/trzydzieści osiem tomów i która sama w sobie tworzy zamkniętą całość? No, tutaj jest już gorzej (wiem, dramatyzuję), bo o ile fakt zaistnienia wieloczęściowej serii gwarantuje pewien wysoki poziom literacki (wszak kto by pisał drugą i kolejne części, gdyby debiut okazał się klapą?), to w przypadku pojedynczego, osamotnionego kryminału nikt czytelnikowi takiej gwarancji nie da. I tutaj z pomocą przychodzi komisja jury (w zaszczytnym składzie: ja), która pochwali i poleci „Związek żydowskich policjantów” każdemu zainteresowanemu, choć nie zawaha się też wytknąć powieści kilku klisz. Posiedzenie czas zacząć.

Michael Chabon wziął na tapet burzliwą historię Żydów i… niczym wprawny krawiec przyciął, podwinął i diametralnie przerobił garnitur ich losów. Mamy więc tutaj do czynienia z alternatywnym przebiegiem dziejów narodu wybranego, odbijającego w okolicach II Wojny Światowej od ścieżki ogólnie dziś znanej, co skutkuje osiedleniem się prześladowanych Żydów na Alasce. Komisja niniejszym musi przyznać – niezwykle ciekawy to zabieg, wrzucający czytelnika w otoczenie, w którym nieczęsto raczej bywa, realia oryginalne i niejako wykreowane od nowa, bez żadnych podstaw w rzeczywistości, w której żyjemy.

Słówko o fabule. Wraz z detektywem Mejerem Landsmanem budzimy się w zapyziałym i obskurnym hotelu. A w zasadzie budzi nas roztrzęsiony portier,  świadomy fachu, który wykonuje na co dzień Landsman. Dzięki temu jako jedni z pierwszych możemy poznać kolejnego bohatera powieści – zwłoki Żyda z pokoju 208. Czyli co, sztampa? Poniekąd, ale bardziej od oklepanego i przewidywalnego (jak małżeński seks) wstępu czytelnika zraża wzorzec protagonisty, przynajmniej początkowo. Landsman okazuje się – a jakże! – złamanym przez życie policjantem, dręczonym przez nałogi, depresję i myśli samobójcze rozwodnikiem, którego przy życiu trzyma jedynie oddanie pracy i nadzieja na ponowne zejście z eksżoną. Komisja osobiście jest nieco uczulona na ten akurat schemat charakteru i czuje się w obowiązku wytknąć Chabonowi brak polotu w tej kwestii.

No, wzajemne przykrości mamy już za sobą, więc pora na głaskanie po głowie i kilka pochwał, bo literackiej świeżości powieści nie brakuje.

„Związek żydowskich policjantów” zdecydowanie wyłamuje się z gałęzi śmiertelnie poważnych kryminałów. Komisja zauważa subtelne podobieństwa do cyklu o Eraście Fandorinie autorstwa Borisa Akunina, a także wyraźne naleciałości stylistyki noir. Chabon pisze cynicznie, ma skłonności do nostalgii i wprost błyszczy gorzkim humorem. Powieść jest bogata w zabawne dialogi, które najczęściej prowadzone są w mało barwnych okolicznościach. Autor uzyskał w ten sposób swoisty kontrast, działający na korzyść obu stron – nie jest zbyt komediancko, a jednocześnie trzyma on czytelnika z daleka od przygnębiającej atmosfery. Stawiam złoty pięćdziesiąt, że każdy uśmiechnie się podczas lektury najeżonych emocjami wypowiedzi Williego „wierzę dokładnie w chuj koma dwa procent tej opowieści*”  Dicka – czarująca postać. Dodatkowym atutem jest cała żydowska społeczność skupiona wokół powieści, bo w tak barwnym i różnorodnym towarzystwie doprawdy trudno się czytelnikowi nudzić. No i te urocze wtręty w jidysz!

Intryga powieści całkiem zgrabnie trzyma czytelnika w ryzach, przeplatając w swoim zakresie wierzenia i politykę, której obślizgłe macki obowiązkowo sięgają wyżej, niż to się z początku wydawało, więc nie wypada liczyć na kameralną atmosferę. Zgorzkniałego Landsmana z czasem trudno nie obdzielić sporą dozą sympatii, bo wbrew pozorom jest ujmująco radosny w tej swojej depresji i namiętnym wkładaniu lufy pistoletu do ust. Kroku dotrzymuje mu jego partner, Miśko – pół Żyd, pół Indianin, wymachujący w razie potrzeby wielkim młotem i będący głosem rozsądku skłonnego do autodestrukcji kolegi. Klasyczne spięcia na linii współpracy partnerskiej to coś, co chyba nigdy się nie zestarzeje. Komisja jury za zaletę jednogłośnie uznaje także zakończenie, którego w żadnej mierze nie można nazwać rozczarowującym.

Jednym zdaniem. Jeśli usilnie szukasz kryminału w niepowtarzalnych realiach, angażującego czytelnika i charakteryzującego się nienachalnym luzem oraz humorem narracyjnym, a jednocześnie wolnym od ciągnących się za sobą bez końca kontynuacji, to już możesz przestać. Mazel Tov, Chabon!

* Michael Chabon, „Związek żydowskich policjantów”, tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, str. 313

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Związek żydowskich policjantów – Michael Chabon

  1. Moim zdaniem pewna wtórność jest wpisana w ten gatunek, zwłaszcza jeśli autor świadomie zanurza się w pewnej konwencji (inny casus – film „Ścieżka strachu” Coenów). Stąd nie razi mnie konwencjonalność Landsmana. Natomiast stwierdzam, że muszę sobie „Związek” przypomnieć, bo za pierwszą lekturą byłem skoncentrowany na wątkach kryminalnych, a to ten rodzaj książki, który warto przeczytać także znając pierwszy plan akcji i docenić plan drugi. Pozdrawiam sedecznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s