Uczta dla wron – George R.R. Martin

To był dobry rok dla G.R.R. Martina. Serial HBO wiernie oparty na „Grze o tron” okazał się co najmniej udaną ekranizacją i zrobił niesamowite wrażenie na widzach. Sprzedaż książek z cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” drastycznie wzrosła (i nadal utrzymuje się na przyzwoitym poziomie), a sześć lat oczekiwania na kolejny tom zostało wreszcie fanom wynagrodzone w postaci „Tańca ze smokami”.  Kolejne części „się piszą”, HBO właśnie kręci drugi sezon serialu (podobno zamówiono już dwa następne), a Martin zyskał nowego fana – mnie. Tak, to zdecydowanie udany rok dla autora serii, szczególnie przez wzgląd na to ostatnie.
Niech się nikt jednak nie waży porównywać Martina do Tolkiena. Jedyne co łączy tych dwóch dżentelmenów, to zamiłowanie do składania pojedynczych literek w słowa, słów w zdania, a zdań w powieść. Łączy ich także fakt, iż obaj posługują się trzema imionami. Zbliża ich oprócz tego szeroko rozumiany gatunek literacki, w którym najlepiej się panowie czują, czyli ogólnie pojęta fantastyka. Poza tym, to całkowicie inne wizje, inna stylistyka, inne światy oraz inne czasy, a co za tym idzie, zapotrzebowania czytelnika. Zarówno Tolkien, jak i Martin są świetni w swoim fachu, z tym, że ten drugi ma przewagę nad kolegą, bo nadal trzyma się kurczowo życia. I lepiej, żeby się z tym nie rozmyślił, bo spoczywa na nim potężna odpowiedzialność, a fani cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” oczekują zakończenia sagi z intensywnym przytupem, odwagą literacką (której Martinowi nie brakuje) i ryjącym bruzdę w pamięci czytelnika finiszem. Nie spierdol tego Dżordż.

Ja tymczasem nieśpiesznie podjąłem się lektury tomu czwartego (znów podzielonego na dwie części o podtytułach „Cienie śmierci” i „Sieć spisków”), o jakże adekwatnym i wymownym tytule – „Uczta dla wron”. Pogrążone w wojnie zgliszcza Westeros stygną po bitewnym i niszczycielskim ogniu. Trupy leżą w rowach, wiszą na drzewach i gniją w gruzach. To moment, kiedy z nor wychodzą padlinożercy, a kruki łase na gałki oczne mają w czym wybierać. To także okres wzmożonego ruchu w chlubnym zawodzie łupieżcy i profanatora zwłok. Słowem, można się srogo obłowić. Monarchowie liżą rany za wysokimi murami swoich twierdz, a gdzieś na morzu rośnie w siłę nowa potęga licząca się w walce o Siedem Królestw – Żelaźni Ludzie. To jeszcze definitywnie nie koniec wojny.

„Uczta dla wron” jest chyba najbardziej stonowanym tomem „Pieśni Lodu i Ognia”. Poza paroma wyjątkowymi fragmentami, całość opiera się na planowaniu i wdrażaniu w życie kolejnych intryg, a to wiąże się z mnogością poufnych rozmów, dwuznacznych propozycji i odgrywania swoich ról bez mrugnięcia okiem. Nie oznacza to oczywiście nudy, bo po raz kolejny mamy styczność z pasjonująca lekturą, z tą różnicą, że tym razem autor daje nam zaczerpnąć nieco śmierdzącego spalenizną, ale jednak powietrza. Złośliwi powiedzieliby, że „Uczta dla wron” to tysiąc stron gadania, ale kolejne strony powieści napchane są po brzegi dyplomatyczną akcją, wciągającymi czytelnika za nogi dialogami, spiskami, a praktycznie każdy rozdział na zakończenie pobudza apetyt na rozpoczęcie kolejnego.

Skoro już przy rozdziałach jesteśmy. W „Uczcie dla wron” Martin mnóstwo miejsca poświęcił wydarzeniom w Królewskiej Przystani, a co za tym idzie, często będziemy towarzyszyć złotowłosym bliźniakom z rodu Lannisterów. Relacja między Jaime a Cersei jest wyraźnie wypychana na pierwszy plan (Królobójca bryluje w dialogu z Lancelem). Oprócz tego z detalami prześledzimy wyprawę Brienne, chwilami nudnawą, przyznaję, ale mającą też swoje kapitalne momenty. Co jednak wyróżnia ten tom, to rozdziały, które nazywam „gościnnymi”. Kompletnie nowi bohaterowie i otoczenie, drugoplanowe postaci, które zaliczają pojedynczy występ, ale niosą przy tym zefirek świeżości, niczym czyste powietrze znad Wąskiego Morza. Z drugiej strony, poznałem Martina już na tyle, że wcale nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby któraś z tych teoretycznie drugoplanowych oraz niepozornych postaci, okazała się w przyszłych tomach istotnym i zwrotnym w biegu historii punktem. Równie dobrze jednak wszyscy mogą skończyć jako gnijący kawałek mięsa na dnie morza. Ciężko wykluczyć którąkolwiek ewentualność i trzeba zachować czujność.

Trudno o coś odkrywczego, gdy po raz czwarty mamy do czynienia w zasadzie z tym samym i zaliczamy powtórkę z rozrywki, ale nikt też niczego innowacyjnego nie oczekiwał, prawda? Zwycięskiego składu się nie zmienia, a po co ruszać coś, co jest dobre i sprawdza się doskonale. Nikogo nie powinno więc dziwić, że po raz wtóry ciężko oderwać się od lektury. Czytelnik wprost niezauważalnie dla niego samego wtapia się w opowieść, scala się z nią, jednoczy i z niecierpliwością podgląda kto będzie bohaterem kolejnego rozdziału.
Przez cały czas miałem słuszne wrażenie, że „Uczta dla wron” porusza losy raptem połowy z możliwych bohaterów. Szczególnie doskwiera brak Tyriona, bo po tym, czego dokonał na koniec „Nawałnicy mieczy” (a co nadal odbija się hucznym echem) trudno obojętnie traktować ten ponadprzeciętny charakter. Cóż, epilog wyjaśnia wszystko i wręcz obłędnie nakręca na kolejny tom.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Uczta dla wron – George R.R. Martin

  1. a skąd pomysł na łączenie Tolkiena z Martinem? Więcej ich dzieli niż łączy, choć obaj mają skłonność do fabularnej grafomanii. Co prawda na takim poziomie, że aż nie wypada o tym pisać ;-). Martin dobrze się czuje w szerokiej fantastyce, a więc także w science fiction, która to jakoś nie wpadła pod pióro Tolkienowi. Taki np. Tuf wędrowiec to jedna z najlepszych lajt sf jakie przeczytałem w swoim życiu i stanowczo polecam wszystkim, którzy mają ochotę na miękką integrację z gatunkiem ;-)

    ale wracając do Uczty – dobry tom, ale mnie zniechęcił do dalszej lektury. Za dużo wszystkiego. No i zbyt szybko mu się bohaterowie kończą… naprawde przerażające, żeby w ogóle nie mieć szacunku dla własnych literackich dzieci… ;-D

  2. Wiesz, to porównanie nie wyszło wcale ode mnie i wbrew pozorom jest dosyć powszechne, o czym wspominał w którymś z wywiadów sam Martin. Osobiście odcinam się, bo takie porównanie nie ma sensu – inne czasy, inne potrzeby czytelnika. Fani i znawcy nurtu fantastycznego mogą psioczyć na grafomanię Tolkiena czy Martina, ale prawdą jest, że przyjemnie się ich czyta, choć nie są to wyżyny literackie.

    A „Uczta dla wron” nie ma startu do „Nawałnicy mieczy” pod względem „kończenia się bohaterów” ; D

    1. no, mnie z tym kończeniem się bohaterów to tak ogólnie chodziło, o całą serię. Istna hekatomba ;-). Mnie to trochę wkurzyło, bo lubię jednak przywiązać się od czasu do czasu do jakiegoś herosa literackiego, a wszyscy moi ulubieńcy zostali wymordowani… Swoją drogą, jest to dość ryzykowne zagranie ze strony Martina, ale wszystkie listy bestsellerów wskazują, że uszło mu to na sucho ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s