Mechaniczna pomarańcza (wersja R) – Anthony Burgess

Uwielbiam te chwile, kiedy powieść już od pierwszych stron zaczyna mnie intrygować – stylem, słownictwem i zalążkiem klimatu, bo o warstwie fabularnej trudno zazwyczaj na tym etapie cokolwiek powiedzieć. Jeszcze bardziej niezwykłym uczuciem jest, gdy autor powieści bezlitośnie rzuca wyzwanie czytelnikowi i bez szczególnego przygotowania na to, co go czeka – z zaskoczenia jakby – wprowadza go w mocno nieznane realia. Za to uwielbiam Jacka Dukaja i podobnie czułem się przy lekturze „Mechanicznej pomarańczy”. W takich przypadkach dla każdego oczywistym jest, że wraz z upływem stron do umysłu czytelnika zacznie coraz szerszym strumieniem napływać zrozumienie, ale nie każdemu dano tyle cierpliwości. „Mechaniczna pomarańcza” stanowi wyzwanie w warstwie słownictwa, początkowo kompletnie nowego i niezrozumiałego, ledwie uchwytnego jedynie dzięki kontekstowi zdania. Burgess mianowicie, tworząc pewnego rodzaju antyutopię, stworzył także całkowicie nowy żargon (najwyraźniej zauważalna jest inspiracja językami rosyjskim i niemieckim, przede wszystkim), którym posługują się główni bohaterowie (gwara „ślunska” się chowa). Slang kojarzący się z więzienną grypserą tym wyraźniej, że owi bohaterowie charakteryzują się mocno kryminalną mentalnością i postawą.

„(…) A ja się podniosłem i leży te wredna stara pizga zajadła, ta bzdręga i tylko faflami dryga i stęka, jakby się starała dźwignąć, to przyłożyłem jej malutkiego, fajnego kopa w ryło i jej się to czegoś nie spodobało, bo skrzyknęła: – Uaaaaa! – i widno było, jak jej pożyłkowana i kropczata morda robi się purch purch purowa w miejscu, gdzie ja przykarbowałem jej ze starego giczoła. (…)” *

Zazwyczaj unikam cytowania fragmentów, ale te kilka linijek stanowi lepszy pokaz stylu, niżbym przez trzy akapity próbował go oddać we własnych słowach. Stylu dosadnego, pełnego nieuzasadnionej przemocy, brutalności i jednocześnie radosną próbę sił pisarza z uporem czytelnika. Piętnastoletni Alex, o kompletnie rozregulowanym kompasie moralnym, i jego wesoła brygada, choć nieco przerysowani w swoim wykolejeniu, ucieleśniają całe zło i degenerację społeczeństwa, z którym przyszło nam się zmierzyć. Nastolatkowie parają się napadami (w gumowych maskach Elvisa Presleya i Henryka VIII na przykład), pobiciami i gwałtami. Cóż, przynajmniej mają na tyle wyczucia, że nie słuchają przypałowo muzyki z komórki, na cały głośnik, idąc przez miasto – to trzeba im oddać. Oczywiście, dla odpowiedniego tempa, ich beztroski tryb życia w pewnym momencie się komplikuje, a my stajemy się świadkami niekonwencjonalnego starcia dobra ze złem. Pojedynku, gdzie etyka staje do góry nogami i każe zastanowić się, gdzie jest granica w zmuszaniu do dobra. Czy pozbawienie człowieka możliwości wyboru moralnego jest w pewnych przypadkach uzasadnione, a nawet wskazane.  Jak to jest, że Alex skazany za czyny bestialsko brutalne, ma jeszcze czelność prosić Boga o ukaranie tych, którzy dbają o sprawiedliwość. Przecież to podobno (pisze podobno, bo to plotka – On osobiście tego nie potwierdził) Wszechmogący obdarzył nas możliwością wyboru między dobrem a złem, więc do czego aspiruje ktoś, kto nam ten wybór chce ograniczyć? Pozornie brutalna powieść o „kopaniu giczołami w ryło” zawiera dosyć wyraźny czynnik filozoficzny i trudno nie dostrzec morału z niej płynącego.

Na osobny akapit zasługuje kwestia tłumaczenia. Robert Stiller, odpowiedzialny za przekład na język polski, stanął przed nie lada wyzwaniem. Rozmiar przedsięwzięcia świetnie przedstawia on osobiście w obszernym posłowiu do książki. Stiller, nie siląc się zbytnio na skromność, objaśnia etymologię zwrotów i wspomina meandry procesu tłumaczenia. Poświęca trochę miejsca sylwetce samego Burgessa, porusza kwestię powszechnego błędu w tłumaczeniu tytułu i dlaczego ostatecznie przy nim jednak pozostał. Dzięki dodatkowi poznajemy refleksje tłumacza, który zmagał się z wcale niemałym problemem wydania powieści w Polsce, z narzuconą odgórnie cenzurą i innymi wymogami. Czytamy o różnicach między tajemniczo brzmiącymi wydaniami A i R „Mechanicznej pomarańczy”, czyli po prostu wersjami zanglicyzowaną i zrusyfikowaną. Warto wiedzieć skąd i po co taki podział. Dodatkowo, na końcu książki zamieszczono słownik wszystkich mogących stwarzać problemy zwrotów, więc co bardziej oporni wiedzą gdzie szukać wskazówek. Wydawca nie pokpił sprawy – szacunek dla niego i tłumacza.

Gdybym chciał podsumować moje wrażenia płynące z lektury, to na pierwszym miejscu postawiłbym zdecydowanie wyzwanie w osobistym starciu się ze stylem i słownictwem powieści. To element nakręcający „Mechaniczną pomarańczę”, przyciągający i satysfakcjonujący, stający się swoistą trampoliną od „tradycyjnej” prozy. Początkowe wyobcowanie wraz z upływem treści zaczyna się zacierać, a niecodzienność zasobu leksykalnego przestaje być jakąkolwiek zaporą.
Poza tym, jest poprawnie, ale nie wybitnie. Fabuła nie zmusza do szarpania się za włosy w związku z szaleńczymi zwrotami akcji, a dosadna, bezpodstawna brutalność świetnie komponuje się ze stylistyką i spełnia swoją rolę, ale w pewnym momencie powszednieje – co za dużo, to i polityk nie zeżre.

Gdybym chciał podsumować podsumowanie – warto spróbować, przede wszystkim ze względu na stylistykę, o braciszkowie moi.

*Anthony Burgess, „Mechaniczna pomarańcza”, tłum. Robert Stiller, wyd Vis-a-Vis/Etiuda, Kraków 2004, str. 64

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Mechaniczna pomarańcza (wersja R) – Anthony Burgess

  1. Macabre pisze:

    A mnie zachwyciła też alternatywna wizja przyszłości. Nie w czystym duchu s-f, ale też nie żaden romans z postapokaliptycznymi klimatami. Coś zupełnie innego. Nad książką unosi się duch koszmaru sennego, bo ciężko inaczej nazwać wędrówkę przez meandry chorego umysłu Alexa. A że jest on narratorem, to tym bardziej na tę wędrówkę jesteśmy skazani. Główny bohater wciąga nas w swój brutalny świat. Przyznaję, że mnie nie spowszedniała – jak to określiłeś – ta brutalność. Przeciwnie ponad dwieście stron pochłonąłem za jednym zamachem, co mi się nigdy nie zdarza i przez parę dni dochodziłem do siebie po tej lekturze. Brutalność powiązana z zawieszeniem etyki (bo w końcu to Alex jest narratorem), ba, przekształceniem tego w rodzaj zabawy, sprawiły, że nie pozostałem obojętny na treść książki.

    Jedynie zakończenie nie przypadło mi do gustu. No właśnie, zastanawiam się, jak Ty je odebrałeś. Po dwustu stronach autor zamyka wszystko w formule buntu i tradycyjnego dojrzewania? To miała być metafora? Kubrick usunął zakończenie i dokonał rzeczy niebywałej; stworzył film lepszy od i tak genialnej – moim zdaniem – książki.

  2. zsiaduemlekO pisze:

    Co ciekawe, niby wizja przyszłości, ale nie jest jakoś szczególnie przyszłościowa. To znaczy w 1962 roku pewnie i była, ale obecnie mam wrażenie, że wyraźnie prześcignęliśmy już realia przedstawione w książce (pomijając kwestię bezkarnej brutalności).

    Co do samej brutalności, to przed całkowitym zobojętnieniem na nią ratuje powieść odizolowanie Alexa – Burgess spuszcza z tonu, bo i okoliczności nieszczególnie sprzyjające. Oczywiście nie miałem tak, że brutalność mnie do lektury zniechęciła, bo od początku do końca czytałem ją z równym zaangażowaniem. Po prostu w pewnym momencie przyłapałem się na tym, że nie robi takiego wrażenia jak na początku.

    Zakończenie… hm, unikam opisywania wrażeń związanych z zakończeniami książek (poza skrajnymi wyjątkami), aby niczego ewentualnemu czytelnikowi nie sugerować. Zakończenie po prostu było i je zaakceptowałem – nie miałem co do niego jakichś szczególnych oczekiwań, bo już niejednokrotnie się na takowych przejechałem. Może przy drugiej, czy trzeciej lekturze inaczej bym na to spojrzał, ale ja lubię dać się ponieść treści, bez dywagowania „co by było, gdyby…”. Filmu Kubricka nie widziałem (w wolnej chwili nadrobię), ale obiło mi się o uszy, że w pewnych aspektach jest lepszy od powieści.

  3. książki nie czytałem, widziałem rzecz jasna film
    na jego podstawie uznałbym, że jest to pseudo sci-fi. W tym przynajmniej ujęciu, że sajensfikszynowość utworu jest co najwyżej wymówką i pretekstem, nie zaś celem samym w sobie. Widzę, że z kolei Ty nie widziałeś filmu, a więc pytanie o porównanie nie ma sensu ;-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s