Zew Cthulhu – Howard Phillips Lovecraft

Czasami mimo woli uświadamiam sobie, jaką wygodą w naszych – jakże wspaniałych i barwnych czasach – jest samoobsługowa księgarnia, czy też wszelakie księgarnie internetowe. Nie trzeba już podchodzić do lady i tłumaczyć sprzedawcy: „poproszę „Zew Kt… Khtl…Khutuluh…”, aaa, ma pan coś od Lovecrafta w ogóle?”. Teraz wchodzisz do księgarni jak prawdziwy bonzo, lecisz półkami na „L”, wyciągasz książkę za grzbiet, rzucasz z hukiem na ladę, płacisz i jak fafa-rafa opuszczasz lokal. Już jeden stres mniej, nie trzeba się kompromitować komiczną wymową, a potem z pąsami na polikach i spuszczona głową (jak nastolatek kupujący „Twój weekend”) odbierać grosik reszty. Ale zejdźmy z marginesu i do rzeczy.
Twórczość Lovecrafta od dekad stanowi obiekt kultu. Czytelnicy są oczarowani atmosferą jego opowiadań, zafascynowani wysiłkiem i pracą włożoną przez autora w stworzenie od podstaw całej mitologii Cthulhu, przykrywają sobie głowy kołdrą podczas czytania – tak bywa przerażająco! No dobra, przesadziłem, ale faktem jest, iż do lektury opowiadań niezbędny jest odpowiedni klimat. W przeciwnym razie nic z tego nie wypali. Więc jeżeli akurat w Twoim domu jest remont, ktoś ogląda kabaret, ktoś ubija kotlety na obiad, jeszcze ktoś ćwiczy grę na bałałajce, a sąsiedzi chleją wódkę i śpiewają „Hej, sokoły” na balkonie, to wiedz, że nie jest to odpowiedni moment na podjęcie lektury Lovecrafta.

Wpadł mi w dłonie zbiór, zawierający podobno te najlepsze z najlepszych (jak Jean-Claude Van Damme) opowiadań. Nie wypada, bym taką a nie inną selekcję oceniał, więc pozostaje mi jedynie zdać się na kompetencję Marka Wydmucha, który odpowiada za wybór opowiadań. Dodatkowo jest on autorem wstępu (podobno legendarnego, cokolwiek to znaczy), szkicującego czytelnikowi portret samego H.P. Lovecrafta, jego życia oraz otoczenia. I tutaj robi się całkiem ciekawie, bo okazuje się, że dzieciństwo Lovecrafta upłynęło na budowaniu ołtarzy, paleniu świec i składaniu ofiar ku czci wymyślonych bogów (niestety, nie napisano z czego te ofiary, ale raczej na pewno nie chodziło o wianki z kwiatków). No już, przyznawać się, które z Was miało podobne zainteresowania? Las rąk.

Lovecraft jako dziecko mógł więc intrygować i budzić w dorosłych niesprecyzowaną potrzebę wezwania egzorcysty. Sam pisarz jednak niespecjalnie się tym przejmował, a jego natura samotnika zapewniała mu swobodę niezbędną w kreowaniu podstaw autorskiej mitologii, a następnie dopieszczaniu jej w detalach. Poznajcie – jeśli się odważycie – mitologię Cthulhu.

Najwyraźniej mocno inspirowany morskimi stworzeniami, Lovecraft stworzył własną, w całości wyimaginowaną mitologię. Obsadził ją istotami starszymi niż ludzkość, starszymi niż jakiekolwiek stworzenie, starszymi wreszcie niż Facebook i Nina Andrycz. Niewyobrażalnie potężne stworzenia uosabiające pradawne ZŁO, uśpione w głębinach morskich. Tutaj może pojawić się pewien zgrzyt, bo stworzenia powstałe w oparach nie do końca normalnego umysłu Lovecrafta, niekoniecznie przerażają swoją fizyczną powłoką. Ba!, dla niektórych mogą one okazać nawet groteskowe i jedynie pobudzić apetyt na frutti di mare. Z drugiej strony, trudno odmówić im niepowtarzalności i charakterystyczności, a taka opcja jest o niebo lepsza, niźli kolejne przerażające swoją banalnością i szablonem potwory z kłami, pazurami oraz świecącymi w mroku oczyskami. Trudno debatować z milionami fanów, dla których oryginalna menażeria Cthulhu jest od wielu lat kultową.

Ilekroć podejmuję się lektury jakiegokolwiek zbioru opowiadań, to mam cichą nadzieję, że tym razem wszystkie, absolutnie wszystkie, będą na równie wysokim poziomie (bo osiągnąć poziom niski nie jest wcale problemem). Zadanie trudne do wykonania i naiwnie liczyłem, że może Lovecraft mi dogodzi w tej materii. Nic z tego. Części składowe zbioru charakteryzują się różnorodnym poziomem wytworzonego w czytelniku napięcia i schematycznym przebiegiem wydarzeń. Jedne potrafią złapać w macki grozy, inne niestety chwilami pieszczą jęzorem nudy. Najprawdopodobniej najlepszym i najbardziej kompletnym opowiadaniem jest „Widmo w Innsmouth” – kapitalnie napręża sprężynę terroru, a klimatyczny epizod w hotelu popisowo budzi lęk.
Owszem, kolejne opowiadania zawierają mnóstwo pogłosek, proroctw, legend, wzmianek o tajemniczym kulcie, relacji osób trzecich, ale chyba najbardziej istotnym elementem kształtującym atmosferę prozy Lovecrafta jest potęga niedopowiedzeń. Te chwile, kiedy nasza wyobraźnia zostaje puszczona samopas i wypełnia luki w relacji własną interpretacją, to największy atut. Nie od dziś wiadomo przecież, że najbardziej przeraża to, czego nie widać zaczajonego w mroku, a najbardziej podnieca to, czego nie widać pod kobiecą bielizną.

Nie zostałem kolejnym bezwzględnym fanem opowiadań Lovecrafta (ja nawet nie lubię horrorów), ale dostrzegam w niej niezaprzeczalny urok, który z powodzeniem mógł rzeczywiście porwać miliony. Dla mnie – paradoksalnie – najlepszym elementem jego twórczości jest sama sylwetka pisarza (chyba zapoluję na biografię). Dzisiaj bezlitosne dzieciaki zapewne chodziłyby za Lovecraftem, rzucały w niego kasztanami,  przezywały w stylu „dziwak!”, „zombie!”, „drakula i frankensztajn!”, nie dawałyby mu ściągać na klasówkach, a do skrzynki na listy wrzucałyby mu zdechłego, poćwiartowanego kota. Ale pisarz miał farta urodzić się o wiek wcześniej, a my mamy szczęśliwą możliwość czytania jego opowiadań. Myślę, że warto spróbować, choć nie nastawiaj się na orgazm – lepiej pozwolić miło się zaskoczyć, niż niemiło rozczarować.

Aha, zbiór „Zew Cthulhu”, wydawnictwa „C&T, Toruń 2004, zawiera następujące opowiadania:

  • Zew Cthulhu
  • Widmo z Innsmouth
  • Kolor z przestworzy
  • Szepczący w ciemności
  • Duch ciemności
  • Koszmar w Dunwich
  • Muzyka Ericha Zanna
Advertisements

3 uwagi do wpisu “Zew Cthulhu – Howard Phillips Lovecraft

  1. mnie się wydaje, że coś co się nazywa cthulu musi być wybitne ;-). Przyznam, że zawsze bardziej interesowała mnie wymowa tego wyrazu (obstawiałem zawsze wersję łopatologiczną, zgodną z polską pisownią, hehe) niż treść historyjek. Ale wiadomo, od czegoś fascynacja zacząć się musi ;-)

  2. zsiaduemlekO pisze:

    Podobno wymawia się to po prostu „Ktulu”, że niby te „h” są bezdźwięczne, ale kto ich tam wie ;]

  3. Ja się jeszcze spotkałam z wersją „Katulu”, jak kto lubi.

    Obiecałam sobie, że nadrobię klasykę fantastyki, ale jakoś nie zachwycały mnie kolejne evergreeny. Kiedyś to było nowatorskie, oryginalne, ale zdezaktualizowało się, spowszedniało. Bardzo zestarzały się też tłumaczenia. Więc miałam niesmak, a potem sięgnęłam po „Zew Cthulu”. Nigdy nie czytałam tak sugestywnie napisanej i przerażającej książki. Klimat jest niebywały, zwłaszcza w „Widmie…”. Wielkie, wielkie ach. A potem zorientowałam się, że skończyłam toto czytać wieczorem 22 marca – czyli wtedy, kiedy Cthulu jest podobno najbardziej aktywny :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s