Nawałnica mieczy – George R.R. Martin

To zadziwiające, jak seria, która przeraża swoją objętością, zajmując samodzielnie całą półkę na regale, jednocześnie frapuje i fascynuje czytelnika na tyle, że ten mimo wszystko krzyczy „mało, mało!”. Kontynuując śledzenie losów Siedmiu Królestw, po raz kolejny i z jeszcze większym pożądaniem poddałem się narracyjnemu urokowi Martina. Z uśmiechem politowania wspominam siebie sprzed pierwszego tomu – sceptycznego, zdystansowanego do zachwyconych opinii, zniechęconego faktem, iż przede mną kilka tysięcy stron serii, bądź niecały tysiąc, jeśli „Gra o tron” nie spełni pokładanej w niej nadziei i oczekiwań, oszczędzając mi tym samym lektury pozostałych tomów. Teraz jestem już po „Nawałnicy mieczy” – części trzeciej (rozbitej, zapewne ze względów objętościowych, na dwa pod-tomy) „Pieśni Lodu i Ognia” i wciąż nie mogę sobie przypomnieć choćby fragmentu, podczas lektury którego byłbym znudzony i zniecierpliwiony rozwojem fabuły. Fenomenalne to uczucie i jeśli nie powinienem przyznać maksymalnej oceny powieści, która pomimo kolejnych setek stron nadal wciąga jak bagno, zaskakuje i zadziwia, to już nie wiem, kto bardziej na nią zasługuje. Choć Martin za swoją twórczość Nobla z dziedziny literatury nie dostanie, to już teraz otrzymuje znacznie więcej – wdzięczność milionów czytelników, którym zapewnił niezapomnianą, srogą, bezkompromisową przygodę, wypełnioną po marginesy fantastycznie różnorodnymi bohaterami i wydarzeniami, wobec których trudno pozostać obojętnym.

Wraz z zimą, nad Westeros napłynął posępny cień wojny. Konfliktu, któremu daleko do honorowego starcia sił w jakiejś trawiastej dolinie, z dumnie i poetycznie powiewającymi nad głowami chorągwiami. To wojna zdominowana przez intrygi, podstępy i przymusowe małżeństwa zawierane ze względu na możliwe sojusze. Mnogość poznanych do tej pory bohaterów, ich barwność, charyzma, różnorodność i wyrazistość stanowi niezaprzeczalny atut, a wrażenie dodatkowo potęguje fakt, iż trudno wskazać tego jednoznacznie ulubionego. Naprawdę, możesz mieć swojego faworyta, ale już dwa rozdziały dalej Martin tak splata jego losy, że Twoja sympatia do niego słabnie, a jej kosztem zyskuje postać, którą do tej pory traktowałeś jak coś pobocznego, uzupełnienie, statystę. Tyrion, Robb, Jaime, Jon „Śnieg”, Jorah Mormont, Davos, Littlefinger, Joffrey, Ogar, Vargo Hoat, Stary Niedźwiedź Mormont, nawet Arya i Sansa, najemnik Bronn, czy Edd Cierpiętnik oraz dziesiątki innych (no, może poza Hodorem – konsekwentnie irytującym). Tak, bohaterowie powieści ewoluują, ich postawa się zmienia, a wraz z nią uczucia czytelnika – jedni zyskują na znaczeniu i w Twoich oczach, inni tracą. Postaci do tej pory epizodyczne, zapomniane, mające swoje pięć minut tysiąc stron wcześniej, teraz niespodziewanie powracają i zostają wypchane na pierwszy plan teatru zdarzeń. Oczywiście nie będę zdradzał, o których bohaterów chodzi, ale wiedz, że nawet wśród ludzi do tej pory honorowych i sprawiedliwych zgnilizna postępuje w oszałamiającym tempie, a czytelnicy lubujący się w sympatyzowaniu z bohaterami jednoznacznie dobrymi i słusznymi będą mieli nie lada problem z ulokowaniem uczuć.

Czytelnik, zaznajomiony z dwoma wcześniejszymi tomami, z radością przywita rozdziały, które Martin poświęcił „nowym-starym” bohaterom. Fragmenty te stanowią niezbędny zastrzyk świeżej krwi, choć co bardziej rozgarnięci domyślą się, że kiedy na scenę wchodzi nowa postać, a czytelnik ma okazje poznać jej perspektywę, to pora pożegnać się z jakąś starą figurą, aby nie było zbyt ciasno. Martin już nas przyzwyczaił do swojego okrutnego i nieco sadystycznego podejścia do kreowanych przez siebie bohaterów, więc wstrząsy nie są tak odczuwalne jak w przypadku „Gry o tron”, jednakże ich niespodziewane nadejście nadal robi wrażenie. A to zwiastuje tylko jedno – więcej trupów (mniam!), wszak to czasy bezlitośnie zimnej stali, a nie żmudnego politykowania.

Nawałnica mieczy” spełnia swoje zadanie wyśmienicie – zapewnia absorbującą lekturę i napełnia apetytem na więcej. Czytelnikowi przestaje już nawet przeszkadzać treść obfitująca w powtórzenia pewnych fraz i określeń („nagi, jak w dzień imienia”, itp.), charakterystycznych dla Martina, o których wspominałem przy okazji wcześniejszych opinii (przy kolejnej obiecuję się nawet nie zająknąć). To wszystko okazuje się kompletnie bez znaczenia, bo seria „Pieśń Lodu i Ognia” to jedno z największych dokonań literatury masowej, zapewniające dziesiątki godzin porywającej lektury, która bezproblemowo wbija się w czytelniczą pamięć.
I człowiek jest rozdarty – z jednej strony pożąda zakończenia historii, a z drugiej chciałby, aby ten festiwal okrucieństwa, sadyzmu, seksu i ściętych mieczem głów oraz członków trwał jak najdłużej.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Nawałnica mieczy – George R.R. Martin

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s