Pigmej – Chuck Palahniuk

Co wspólnego mają Chuck Palahniuk i J. R. R. Tolkien? Pozornie niewiele, poza niezaprzeczalnym faktem, że obaj w życiu złożyli mnóstwo literek obok siebie, z czego powstała mniej lub bardziej udana proza. Natomiast osobiście zawdzięczam im znacznie więcej, wszak to właśnie ci dwaj dżentelmeni wytargali za rękaw z piwnicy moją chęć do czytania. Biedaczka siedziała w tej ciemnicy latami, od kiedy zamknął ją tam i przetrzymywał (niczym Josef Fritzl córkę) kanon lektur szkolnych. Nie chciałbym utyskiwać, ale kiedy z „polaja” groziła gała na koniec roku, to moja chęć lektury była ofiarą nawet gwałtów, bo ocenę jakoś podciągnąć trzeba było. Matka z każdej wywiadówki przychodziła do domu przytłoczona moimi jedynkami i napakowana frazesami z gatunku „pani syn jest zdolny, ale leniwy”. To wynik miłosierdzia ciała pedagogicznego, bo nie każdy nauczyciel miał odwagę rodzicowi wyznać, że jego pociecha, krew z krwi, kość z kości, jest idiotą, który woli cyrklem na ławce grawerować męskie narządy płciowe, niż posłuchać mądrzejszych, próbujących go czegoś nauczyć.
Wracając jednak do meritum: po lekturze „Fight Clubu” odżyło we mnie przekonanie (wyniesione jeszcze z dzieciństwa otoczonego miliardem komiksów), że nieprzymuszona lektura książki może stanowić potężną pożywkę dla wyobraźni i generować sporo różnorakich emocji oraz satysfakcji. W kolejnych powieściach Palahniuka dostrzegam oczywiście pewien szablon, ale daleki jestem od nazywania Chucka pisarzem jednej powieści, bo i z takimi opiniami się spotykam. Specyfika jego stylu, w moim odczuciu, już zapewnia pewien poziom, poniżej którego Palahniuk nie schodzi. Cynizm, czarny, bardzo czarny humor, bezkompromisowość i brutalność językowa, nieodłączna drwina skierowana w stronę codzienności konsumenckiej (przede wszystkim amerykańskiej), odwaga w poruszaniu tematyki wszelakich używek (niekoniecznie tradycyjnych) oraz seksu (również rzadko kiedy tradycyjnego, pozbawionego niecodziennych zboczeń, sodomii i w ogóle) – oto mocno ogólna charakterystyka stylu Palahniuka. Mnie tego rodzaju przekrój satysfakcjonuje, więc trudno się dziwić, że każdą jego świeżo wydaną na naszym rynku powieść ściągam z półki księgarni, nawet nie zaglądając do środka i rzucam z hukiem na ladę przy kasie. Pozdrawiam atrakcyjne kasjerki.

Czy może być lepszy początek lektury, niż słowa kogoś, kto był autorem najbardziej kontrowersyjnego tournée po Europie w całym zeszłym stuleciu? Palahniuk, nie przebierając w środkach, cytuje Adolfa Hitlera, a po chwili mamy okazję poznać głównego bohatera powieści. Pigmej to trzynastolatek, przybywający do najwspanialszego kraju na świecie – USA – w ramach wymiany międzynarodowej. Witająca go na lotnisku nowa, chrześcijańska rodzina, której pełnoprawnym członkiem ma zostać chłopiec, nie spodziewa się, że przybył on do Ameryki z tajną misją o wiele mówiącym kryptonimie „Chaos”. Nikt nie podejrzewa, że ten niepozorny zdechlak, sprawiający wrażenie upośledzonego umysłowo dzieciaka, to w rzeczywistości napakowany ideologiami i doktryną Hitlera, Stalina, Mao Tse Tunga czy Mussoliniego agent-terrorysta o nieprawdopodobnej dyscyplinie oraz szerokim warsztacie z zakresu sztuk walki. Pigmej z wolna obserwuje zwyczaje konsumpcyjnego społeczeństwa, analizuje jego przyzwyczajenia i bada najsłabszy punkt, w który zamierza zadać morderczy cios całej amerykańskiej cywilizacji.

Brzmi poważnie? A dupa, bo to najzabawniejsza powieść Palahniuka. Trudno być poważnym, kiedy bezlitosna maszyna do zabijania w postaci Pigmeja w uroczy sposób kaleczy język angielski. Jego próby profesjonalnego i naukowego zdefiniowania przedmiotów oraz czynności dla nas banalnych, a dla niego kompletnie nowych i obcych, to momenty  o sporym potencjale komediowym. Narracja opiera się głównie na wewnętrznym monologu cudownie nieskażonego amerykańskim stylem życia bohatera, ale każdorazowo kiedy ten otwiera usta, by coś powiedzieć, to istnieje spora szansa, że będzie śmiesznie.

Pigmej odwiedzając punkt dystrybucji propagandy religijnej (my nazwalibyśmy to kościołem) w obezwładniający, słodki sposób wita się z wielebnym Tonym oraz bystro spostrzega, że wszyscy obecni bezmyślnie wlepiają wzrok w „sztuczny posąg gipsowego martwego mężczyzny, sztucznie torturowanego, martwego, na dwóch skrzyżowanych patykach, noga i ręka pomalowana sztuczną krwią”*. Z kolei podczas jednej z wizyt w publicznej instytucji ustrukturyzowanej i obowiązkowej edukacji (bo samo „szkoła” to mało konkretne określenie) Pigmej dokonuje niesamowicie dogłębnej i obiektywnej analizy gry w zbijaka. Jego punkt widzenia i rozprawka pod kątem różnych dziedzin nauki rozbraja – gra w zbijaka nigdy nie będzie już taka sama.

Palahniuk nie byłby jednak sobą, gdyby w swojej powieści nie uderzył w bardziej kontrowersyjne tony. Pomijam już pełen wdzięku sarkazm, którym raczy nas autor przy fragmentach związanych z kultami: religijnym, pieniądza, ciała i seksualności, wszak nieco złośliwości jeszcze nikogo nie zabiło. Dosadnie i bezkompromisowo jest już w drugim rozdziale, poświęconemu centrum sprzedaży detalicznej (hipermarket Wal-Mart), kiedy to czytelnik sam nie wie, czy scena którą czyta jest zabawna, czy niesmaczna. Pewnie po trochę i to i to, bo każdy fan twórczości Palahniuka wie, że jedno nie wyklucza drugiego. Dla szerszej zachęty dodam, że Amerykanie są tutaj nazywani śliniącymi się pedofilami (argumentów szukaj w treści), kobiety pojemnikami reprodukcyjnymi (argumenty są zbędne), a i sodomii w najlepszym wydaniu nie zabraknie, więc bywa czarująco.

Problem jest jeden, ale dosyć istotny. „Pigmej” leży na łopatkach w warstwie fabularnej. Co z tego, że powieść wypełnia sporo zabawnych scen, kontrowersyjnych momentów, świetnych tekstów i generalnie udanych zabiegów, skoro kuleje spoiwo scalające je w zgrabną całość – fabuła. Mało rozwojowa i mało wyszukana, bez szczególnych twistów (choć początek może zaskoczyć – im dalej w książkę, tym bardziej przewidywalny jej przebieg), z kiepskim, mało „palahniukowym” zakończeniem. Nie oczekiwałem, że po lekturze chwycę się z zachwytu za głowę, ale i tak jest minimalnie poniżej poziomu, bo z szacunku dla autora stawiam mu niemałe wymagania.
„Pigmeja” oceniam na czwórkę, bo Chuck jest „zdolny, ale leniwy”.

* Chuck Palahniuk, „Pigmej”, tłum. Krzysztof Skonieczny, wyd. Niebieska Studnia, 2011, str. 31.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s