W ciemność – Cormac McCarthy

Tak w zasadzie dopiero teraz zauważyłem, że ze znaczącą średnią roczną przeczytanych powieści McCarthy’ego, mógłbym aspirować do miana fana jego twórczości. Tymczasem wcale się tak nie czuję. Owszem, jego styl do mnie przemawia, odnajduję sporą przyjemność w lekturze jego charakterystycznej prozy, ale nie zawsze udaje mu się porwać mnie tematycznie i fabularnie. O ile „Krwawy południk” jest jedną z najlepszych powieści, które w życiu przeczytałem, tak już chwalona w mediach „Droga” nieszczególnie mną pozamiatała (choć klimatu jej nie odmówię). „Strażnik sadu” z kolei miewał niezwykle plastyczne sceny, kiedy moja wyobraźnia była zachwycona, ale całościowo był zaledwie dobry. Czy „W ciemność” – najnowsza (patrząc przez pryzmat polskich wydawnictw) powieść McCarthy’ego, autora znanego ze swojej skrytości (czy z powodu skromności, czy zadufania – nie wnikam), ma szanse wskoczyć na którykolwiek stopień mojego prywatnego podium? Pozycja lidera jest raczej niezagrożona, ale już druga i trzecia lokata są jak najbardziej w zasięgu pretendenta, kwestia tylko, czy jemu samemu nie zabraknie umiejętności i jaj. Same chęci nie wystarczą, bo dobrymi chęciami to jest Urząd Skarbowy wybrukowany podobno. Czy jakoś tak.

Kiedy w po spartańsku urządzonej chacie, ulokowanej gdzieś w środku lasu, Rinthy wydaje na świat potomka, jej brat wykorzystując nieprzytomność siostry, wynosi noworodka do lasu i bezdusznie zostawia go na ściółce, niczym niechcianego kundla. Z zabarwienia treści łatwo się domyślić, co jest powodem tego posunięcia i w obawie przed czym brat decyduje się na taki krok. Culla (bo tak na imię ma brat) nie przewidział jednak, iż wmówić kobiecie, że jej dziecko zmarło po porodzie to jedno, a całkiem odrębną i znacznie trudniejszą sprawą jest oszukanie jej intuicji i instynktu macierzyńskiego. Rinthy, nadużywająca zwrotu „bynajmniej” i popędzana słusznym wrażeniem, że dziecko wciąż żyje, ucieka z chaty w jego poszukiwaniu. W poszukiwaniu samej Rinthy udaje się natomiast jej brat. Ot, takie tam podchody, nadające jako takiego tempa fabule, bo drewniany domek rodzeństwa parkiem rozrywki to nie jest i może się znudzić.

McCarthy jest niewątpliwym specjalistą w paru aspektach. Charakterystycznie potrafi on w treści przeplatać pozornie niedostrzegalne piękno natury i surowy, organiczny charakter bytującego w niej człowieka. Przepiękne krajobrazy dzikiego zachodu, które były tłem bezlitosnego skalpowania w „Krwawym południku” to najlepszy bodaj przykład. „W ciemność” nie imponuje może tak wyraźnymi kontrastami i nie ma takiego impetu, ale zachowana forma jest jak najbardziej do wychwycenia przez czytelnika.
Umiejętnością nie do przecenienia jest także kunszt, z jakim McCarthy kreuje okoliczności do dialogów i w jaki sposób prowadzi same rozmowy. Wymiana zdań między postaciami bywa tak intensywnie nasączona niedopowiedzeniami i wiszącym w powietrzu zagrożeniem, że czasami trudno podejrzewać, że wszyscy wyjdą z niej żywi, choć bezpośrednie groźby nie padają. Wszystko tkwi w otoczeniu, doborze słów i ich intonacji (o ile nie będzie nadużyciem takie określenie słowa pisanego).
Poza tym, McCarthy potrafi stworzyć zachwycającą postać skurwysyna. „W ciemność” gościnnie zaszczyca tajemnicza postać Brodacza i jego dwóch kompanów. Trudno oddać natężenie czystego, bezlitosnego zła, które towarzyszy każdemu spotkaniu z wesołą kompanią Brodacza, ale gwarantuję, iż postać to nietuzinkowa. Co prawda Sędziemu z „Krwawego południka” nie dorasta do pasa, bo tamten miał nieporównywalnie więcej przestrzeni książkowej dla swoich popisów, ale choć Brodacz pojawia się rzadko, to wrażenie po sobie pozostawia fenomenalne, a dialog o butach potrafi napełnić czytelnika obawą o los bohaterów. Już nie wspomnę o wybornym finale, bo ten prowadzi nas w tytułową ciemność i najmroczniejsze zakątki człowieczeństwa. Dreszcz.

Czyli co, same superlatywy, zachwyty, więc jest lepiej niż dobrze? Niekoniecznie, bo wszystkie te udane elementy nie zawierają w sobie pierwiastka świeżości. To wszystko już było u McCarthy’ego, porozrzucane w kolejnych powieściach i to w znacznie wyraźniejszym wcieleniu oraz odcieniu. Tutaj brakuje jakiejś udanie spinającej to w całość klamry, bo wątek snującej się po lasach Rinthy, poszukującej porzuconego noworodka nieszczególnie zagrzewa do czytelniczego boju. Ścieżka jej brata robi to już znacznie lepiej, ale wciąż brakuje mi w tym jakiegoś sensowniejszego celu i magnesu fabularnego.
Warto przeczytać „W ciemność” dla kilku scen i dialogów, fanów stylistyki McCarthy’ego zapraszać nie muszę, ale powieść kuleje w sferze głównego wątku, który w lichy sposób łączy kolejne, mniej lub bardziej udane, epizody.

Nawet najniższy stopień podium okazał się ostatecznie zbyt wysoki dla krótkich, choć umięśnionych nóżek „W ciemność” (jak to odmienić?). Kilka, kilkanaście udanych elementów to za mało, by uznać powieść udaną jako całość. Mimo wszystko warto chyba po nią sięgnąć, bo stylistyka McCarthy’ego ma w sobie coś takiego, co nie pozwala żałować straconego czasu poświęconego na lekturę.

Mus mi już iść.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s