Balladyny i romanse – Ignacy Karpowicz

Może najsampierw poruszę zagadnienie fabuły, bo wolałbym mieć to za sobą i już do niej szczególnie obszernie nie nawiązywać w przyszłości. Nie dlatego, że mnie ona boli, czy sprawia przykrość. Po prostu jest tak niewytłumaczalna w paru zdaniach, że mnie onieśmiela. Trudno traktować ją poważnie – najtrafniej określają ją pojęcia absurdu i  głupkowatości, ale w tym całkowicie pozytywnym znaczeniu. Ciężko wszak nie uśmiechnąć się mimowolnie, gdy dowiadujemy się, iż bogowie postanawiają zamknąć Niebo (Piekło już dawno zamknęli – nie kalkulowało się ideologicznie) i zstąpić na Ziemię, między szarych ludzi – Polaków (nasz kraj był akurat w promocji). Nie trzeba być szczególnie domyślnym czytelnikiem, by przewidzieć, że wywoła to wiele zamieszania i niecodziennych sytuacji, szczególnie w życiu tych wybranych rodaków, którzy nieświadomie staną się świadkami objawienia boskiego – i nie mam tutaj na myśli byle grzyba na ścianie, tworzącego sylwetkę Jezusa „Zbawcy Ludzkości” Chrystusa. Całe podstawowe założenie fabularne już „na surowo” brzmi mocno bzdurnie oraz ryzykownie, bo łatwo z niego niezauważalnie przeskoczyć w kicz i tanią, nie trzymającą się kupy parodię, jeśli tylko autor nieumiejętnie stylistycznie poprowadzi treść. Niezbędny jest w takim przypadku naturalny balans, aby bezustannie czytelnika frapować i bawić, jednocześnie nie męcząc go lawiną suchych żartów, anegdot oraz wyświechtanych motywów (do dzisiaj mam w sercu ranę, którą zadał mi Daniel Koziarski w swoich „Kronikach socjopaty” – zbiorze zaaranżowanych na nowo dowcipów, legend miejskich i oklepanych, przewidywalnych skeczów).
I Ignacy Karpowicz wywiązał się z tego zadania brawurowo. Uf.

Stara panna (politycznie poprawnie określana singielką); mało elokwentny student (obowiązkowo hulaka i diler dragami); atrakcyjna nimfomanka (gustująca w partnerach młodszych, nawet tych w ledwie legalnym wieku – sama nie wie, czy nie podpada to już pod pedofilię); para gejów (których dotknął jakże bolesny kryzys w związku, wynikający z klasycznego „to nie tak jak myślisz, kotku”); opuszczony mąż (oszukujący samego siebie i poszukujący impulsów podrywających jego zgnuśniałe ciało do życia); niespełniony, zapuszczony w swojej norze zwanej mieszkaniem, filozof (na przemian onanizujący się i płaczący na filmach porno – każdemu się zdarza); kawaler cofnięty w rozwoju umysłowym (na skutek działania wody z Lete, boskiego odpowiednika wódki – zapewniającej utratę pamięci o długotrwałym efekcie) i jego przyszła małżonka (dźwigająca w macicy efekt niefortunnego wytrysku partnera). Takich bohaterów proponuje nam w swojej powieści Karpowicz. Żałosnych, niespełnionych, zasmuconych codziennością i dryfujących przez kolejne styczniowe dni, bez szczególnej nadziei na szczęście. Prawda, że nam bliscy? Do tej gromady mniejszych lub większych nieudaczników należy dla kontrastu dołożyć zgraję bogów – przede wszystkim greckich (Ares moim faworytem), ale znalazło się także miejsce dla brodatego Jezusa w sandałach (który swoje zmartwychwstanie określa złym posunięciem piarowym), a nawet Balladyny (tej od Słowackiego, bo dlaczego by nie, skoro ludzie w nią wierzą?).
Czy materializujący się w bezbarwnym życiu bohaterów bogowie wyrwą ich z marazmu i beznadziejnej kondycji moralnej? A może dodatkowo pogłębią pesymizm i przygniotą ich swoją nieosiągalną boskością? I jak do tego wszystkiego ma się brak kawy oraz żelazek – wszystko wyjdzie w praniu, ale na pewno będzie dowcipnie.

Bo Ignacy Karpowicz napisał powieść przede wszystkim zabawną. To pierwsze określenie, które przychodzi mi na myśl po lekturze. Owszem, „Balladyny i romanse” są również refleksyjne, rozbudowane metaforycznie i śmiałe erotycznie, ale ilość figlarnych fraz oraz humorystycznych akcentów przebija wszystko. Co prawda, kilka czerstwych i przeterminowanych gagów da się wyłapać (wciśnięcie do treści sformułowania każdego maczo „ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić?” zniesmacza swoją suchością, aż zęby zgrzytają), ale ilość cytatów udanych i rzeczywiście śmiesznych (przynajmniej dla mnie), imponuje. Analogicznie jest z przenośniami i metaforami (w tej materii brylują szczególnie sami bogowie), a ich kwiecistość oraz pomysłowość urzeka, balansując jednocześnie niebezpiecznie na krawędzi zachwytu, gdzie w otchłani poniżej leży już wymuszona tandeta. Kilka zachwiań odnotowałem, ale obyło się bez bolesnego upadku.

„Balladyny i romanse” w fascynujący sposób konfrontuje religię z popkulturą. Elementy boskie przeplatają się z codziennością, mieszają się z erotyzmem i seksem, odważnie obecnym w powieści. Karpowicz bez oporów i ze swadą stawia obok Jezusa (grającego na konsoli) lemoniadę z Lidla, 1.99 za dwa litry, popową papkę serwowaną nam w radiu i nagą, szczytującą Afrodytę, której śmiertelnik akurat dogadza oralnie. Rozczaruje się jednak ten, który doszukiwałby się w powieści obrazoburstwa, kontrowersji, czy głębszych powodów do pójścia na krucjatę przeciwko pisarzowi. Wszystko jest ujęte w subtelnej ramie i pomimo śliskiego tematu, jakim z pewnością w niektórych kręgach jest religia, ja bawiłem się przednio tasując motywami razem z autorem (a wrażenia przywołały mi w pamięci cudownie śmieszne „Pomniejsze bóstwa” Pratchetta) i nie znalazłem ani jednego fragmentu, który mógłby rzeczywiście oburzyć. Karpowicz w słodki sposób kpi nie tylko z religii, ale przede wszystkim z popkultury w naszym popświecie. Ofiarami złośliwości autora stają się po kolei media (TVP, Cosmopolitan, Radio Zet, Radio Eska i wataha pozostałych, które trudno odróżnić od siebie), artyści (J. Lo, Feel, Gosia Andrzejewicz), a nawet koledzy i koleżanki po fachu – literaci (Coelho, Brown, Grochola). Mało to wyszukane i brzmi banalnie, bo nie kopie się leżącego, ale te wszystkie uszczypliwości, pomimo, że komiczne oraz pocieszne, to jednocześnie zawierają pewien pierwiastek charakteryzujący literaturę piękną, swoisty miks poetyki z codziennością, dlatego daleko im do jadowitości. Ot, smaczki, nie silące się na kontrowersję, więc radzę się nie uprzedzać szczególnie. No, chyba że uwielbiasz Coelho.

„Balladyny i romanse” to beczka pełna śmiechu i cytatów wartych odnotowania, bo skutecznie poprawiają humor. Nasycona erotyzmem, ze szczyptą cynizmu i kpiarstwa ballada o grupie bohaterów zmagającymi się z codzienną, depresyjną rutyną, a jednak przedstawioną refleksyjnie i dowcipnie, toteż na melancholijny nastrój w trakcie lektury nie licz. Niezdecydowanym polecam przeczytanie w księgarni/bibliotece pierwszego, gościnnego rozdziału chińskiego ciasteczka. Niewiele tekstu, a wiele mówi o stylistyce powieści. Mnie Karpowicz zauroczył, jego powieść połknąłem z przyjemnością i bez znużenia, a to, że mimo wszystko z perspektywy czasu nie nazwę „Balladyn i romansów” szczególnie wybitnym dziełem, niczego absolutnie nie zmieni. Ani ciut ciut.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Balladyny i romanse – Ignacy Karpowicz

  1. Muszę przyznać, że całkiem sprawnie napisałeś tę recenzję. Przeczytałam z przyjemnością i zaraz zaraz zapragnęłam dorwać w swoje szponki Karpowicza:)

    Pozdrawiam

  2. zyga pisze:

    Komentarz do komentarza.Jeśli chcesz być recenzentem to najpierw naucz się sam mówić poprawnie po polsku.Nie używaj prostackich zwrotów typu „najsampierw” bo to cię już na starcie dyskwalifikuje.

  3. zsiaduemlekO pisze:

    A właśnie, że będę używał. Jakbyś nie zauważył, to „najsampierw” pojawia się kilkakrotnie w „Balladynach i romansach” i jest to mój swoisty ukłon. Karpowicza też już zdyskwalifikowałeś?
    I nie chcę być recenzentem. Zauważ, że nigdzie nie używam określenia „recenzja”, panie „rozumiem wszystkie powieści”.
    : )

  4. zyga pisze:

    To jest poprawne szkolne wypracowanie.Co do meritum….pomysł powieści nie jest aż tak oryginalny.Pomieszanie miejsca czasu i akcji oraz najróżniejsze warianty koegzystencji bogów i ludzi są stare jak literatura.Powieść jest nużąco przegadana i sprawia chwilami wrażenie zbioru ogranych grepsów,jakby płacono autorowi wierszówkę.Co do sporu z „Zygą”….Nie powołuj się na Karpowicza bo” co wolno wojewodzie itd”.Jemu wolno-Tobie nie!Dodam uwagę od siebie -nie zaczyna się zdania od „i”

    1. zsiaduemlekO pisze:

      Ale przecież nikt nie napisał, że koncept „Balladyn i romansów” jest oryginalny, czy niepowtarzalny. Przecież nie od dziś wiadomo, że „wszystko już było”, więc nie wiem dlaczego uznajesz to za wadę. Figuruje w treści nieco suchych tekstów i oklepanych sytuacji, ale to mały procent całej powieści – nie odnotowałem znużenia.

      Nie powołuje się na Karpowicza, czytaj ze zrozumieniem. Wyraźnie napisałem, że „najsampierw” pojawia się w powieści, a mój „najsampierw” jest swoistym ukłonem w kierunku autora. Poza tym, ha! któż mi zabroni używania tego określenia? Jakiś indywidualny patent na „najsampierw” jest? Nie osłabiaj mnie.

      Po trzecie, nie znoszę językowych purystów. „Takiego słowa nie ma! Nie zaczyna się zdania od ‚że’ i ‚i’, zdanie jest niepoprawnie złożone!” – w buty sobie wsadźcie takiego rodzaju zarzuty, bo robię to z premedytacją, bo mam taką ochotę, bo to mój tekst „ku pamięci” i nie ma on aspirować do kącika literackiego, panie „nie stawiam spacji po znakach interpunkcyjnych”.

      Aha, formułka „nie zrozumiałeś tej powieści” niepoparta argumentami i wyłożeniem własnego „jedynego poprawnego” zrozumienia treści, jest tak słaba i oklepana, że autor powinien sie wstydzić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s