Rozmowa w „Katedrze” – Mario Vargas Llosa

Ciekawe, że kiedy w październiku zeszłego roku przeglądając pewne zestawienie „100 książek, które trzeba przeczytać”, trafiłem na opis „Rozmowy w »Katedrze«” i dodałem ją do swojej listy przyszłych zakupów, to już kilka dni później Vargas Llosa otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Przypadek? Nie sądzę. Bliższy jestem teorii, że swoją chęcią zapoznania się z prozą Peruwiańczyka, wywarłem podświadomy nacisk na osoby decydujące o przyznaniu tegoż wyróżnienia. Trudno się nie ugiąć pod naporem tak potężnego umysłu jak mój, toteż gdy parę dni później Llosę ogłoszono Laureatem Nobla uśmiechnąłem się tylko nikczemnie – „dobra robota”, mruknąłem do siebie.
Co mnie natomiast zaskoczyło, to wynikające z nagrody niewielkie trudności z zakupem najbardziej cenionej powieści Llosy. Nie były to naturalnie problemy porównywalne z próbą zakupu wiatraka elektrycznego w okresie zeszłorocznych wakacji (muszę pamiętać, żeby w tym roku kupić go wcześniej), ale wystarczy zaznaczyć, że kilka dni po przyznaniu Nobla, na półkach księgarni ostały się zaledwie pojedyncze egzemplarze Llosy i to raczej te zbierające słabsze opinie. Tak jakby Naród nagle zaczął czytać coś, poza Internetem. Po tygodniu wszystko wróciło do normy, statystyczny Polak znów czytał ćwierć książki rocznie, a ja spokojnie nabyłem swój egzemplarz „Rozmowy w »Katedrze«”.
Dopiero po upływie sześciu miesięcy uznałem, że atmosfera w powietrzu jest odpowiednia dla mojego podejścia do prozy Llosy, bo to wstyd nie zaznać twórczości noblisty. I nieważne, że dorobku pozostałych stu czterech noblistów także nie znam, ha!

Przypadkowe spotkanie po latach Santiago Zavali i czarnoskórego Ambrosio prowadzi do kluczowej, tytułowej rozmowy. „Katedrę” trudno byłoby określić czymś więcej jak duszną speluną z trocinami na podłodze, gdzie stołują się i poją mało wykwintni goście. To właśnie tam Ambrosio zaprasza panicza Santiago, u ojca którego był niegdyś szoferem. Fermín Zavala, mocno zaangażowany w ówczesną politykę Peru przedsiębiorca, człowiek ponad wszystko kochający swego syna i, jak się okaże, posiadający niejedną tajemnicę, którą starał się przed tym synem ukryć. Rozmowa w „Katedrze” jest dla Santiago okazją do pociągnięcia za język człowieka, który z jego ojcem spędzał mnóstwo czasu, który wie o uczuciach Fermína prawdopodobnie więcej, niż ktokolwiek inny. Konwersacja prowadzi do wielu bolesnych wspomnień, rozdrapywania ran, szczerych wyznań i, wbrew pozorom, niejednokrotnie zaskoczy czytelnika obrotem poruszanych spraw.

"... i wiesz Iker, i ja wtedy do niej mówię: usiądź mi na kolanach, mała."

Ma się rozumieć, że nie tylko relacją ojciec – syn powieść stoi. Tytułowa rozmowa daje Llosie okazję do przeprowadzenia wiwisekcji na mechanizmach funkcjonowania peruwiańskiego państwa w okresie wojskowej dyktatury Manuela Apolinario Odríi (lata 50. zeszłego wieku). Autor zaprasza nas za kulisy edukacji, przedstawia jej przebieg i wpływ na młodzież, ukazuje zależności w aktywności prasy; pozwala nam poznać kuluary politycznej władzy, sposoby działania ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju, przebieg manifestacji społecznych i tłumienie buntów. Decydentów przyswajamy sobie także obszernie ze strony nieoficjalnej – romanse, słabości i ich codzienność. Mało sympatycznego Cayo „Śmierdziela” Bermúdeza – szefa Bezpieczeństwa Wewnętrznego, śmiało możemy nazwać pełnoprawnym bohaterem powieści, bo miejsca na stronach Llosa mu nie poskąpił.
Oczywiście Santiago (i jego ojciec), Ambrosio i Bermúdez nie są jedynymi postaciami, których losy śledzimy. „Rozmowa w »Katedrze«” to powieść totalna, która porusza wątki dotyczące każdej warstwy społecznej, a mnogość bohaterów nawiązuje do najbardziej obszernych dzieł Dostojewskiego (tak, wiem, nie mogłem się powstrzymać z tym Dostojewskim, będzie klaps). Nikogo tu nie zabrakło: dyktatorzy, politycy, przedsiębiorcy, alkoholicy, komuniści, dziwki, geje, dziennikarze, zabijaki, a nawet znalazł się jeden rudy. Ich wzajemne relacje i wpływ decyzji jednych na los drugich, to najwyższa półka literacka. Zakres wydarzeń przedstawionych w powieści obejmuje znaczny odcinek czasu na przestrzeni lat i choć początkowo relacja posiada mnóstwo luk, to jednak są one systematycznie (choć nieregularnie pod kątem chronologii) uzupełniane w toku rozmowy Santiago i Ambrosia. Niektóre wstrząsną, sporo z nich zasmuci, a wszystkie razem tworzą fascynujący przekrój społeczny. Ostatnie rozdziały to istna kumulacja życiowych przykrości, które zadziwiająco hipnotyzują czytelnika.

W całym tym zamieszaniu obowiązkowo należy wspomnieć o narracji powieści, bo ta stanowi nie lada wyzwanie.
Llosa wypracował sobie niezwykle oryginalny sposób opowiadania historii przedstawionej w książce. Strumień tekstu płynie wartkim tempem, a w jednym zdaniu plączą się podmioty, czasy, miejsca, świadomości. Lektura wymaga od czytelnika ciągłego skupienia, orientacji w przeskokach i nieregularnościach narracji, bo Llosa potrafi w jednej niekonwencjonalnie zbudowanej linijce tekstu oddać to, co zostało przez bohatera zarówno zasłyszane, powiedziane, pomyślane i zrobione, jedno za drugim – to do czytelnika należy zadanie rozszyfrowania przekazu. Pierwszy raz spotykam się z taką metodą narracji, w takim stopniu skomplikowaną i przyznam, że miałem podczas lektury moment kryzysowy, kiedy po ok. 150 stronach chciałem zrezygnować i iść na lody. Fragment był mało atrakcyjny (dyskusje dotyczące polityki), a autor swoją narracją wcale brnięcia przez strony nie ułatwiał. Jaką mam teraz satysfakcję z faktu, że się nie poddałem – to wiem tylko ja. Zdaję sobie jednak sprawę, że wielu czytelników może się po prostu zniechęcić, jednak trudno mi uznać taką ewentualność za wadę, bo co mnie to obchodzi. Llosa podjął ryzyko i najwyraźniej dobrze na tym wychodzi. Na zachętę dodam jednak, że ciężko i opornie jest tylko na początku, a najtrudniejsza jest część pierwsza (z czterech) – aklimatyzująca. Z czasem czytelnik czuje się w tym zgiełku narracyjnym coraz pewniej, aby pod koniec przejrzeć i polubić go na tyle, że nie wyobraża sobie „Rozmowy w »Katedrze«” w innej stylistyce.

Moje początkowe wątpliwości zostawiłem gdzieś daleko za sobą i teraz, wciąż zauroczony po lekturze „Rozmowy w »Katedrze«”, rozpoczynam rozglądanie się za kolejną powieścią Llosy. „Miasto i psy”? „Woja końca świata”? Obie, zapewne.

Ach, Zavalita!

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Rozmowa w „Katedrze” – Mario Vargas Llosa

  1. Wojnę końca świata czytałem, polecam, jeśli się Llosę lubię. Tym bardziej polecam, jeśli się go nie lubi… aby się utwierdzić we własnych przekonaniach ;-). Ja osobiście lubię u niego melanż klimatyczny, zawieszenie klucza do treści gdzieś pomiędzy miłostkami, kwestiami społecznymi, politycznymi i innymi jeszcze. Fajny gaduła z niego ;-)

    a po tytule, spodziewałem się czegoś pokroju „Dialogów”… Lema lub Platona, wszystko jedno ;-)

    ciekawie czyta się Twoje recenzje. Śmiem dodać, że są pouczające technicznie ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s