Gra o tron – George R. R. Martin

Tak, do grona podnieconych czytelników cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” miałem zamiar dołączyć od dawna. Przerażał mnie jedynie jej ogrom, bo do obecnych sześciu tomów (niechudych zresztą) już w lipcu dołączy siódmy, a autor przewiduje dwa kolejne, które dopiero powinny zamknąć serię. Śmiałe założenie, biorąc pod uwagę fakt, iż ponad sześćdziesięcioletni Martin na wenę twórczą ostatnio nie cierpi – najnowszy tom, „A Dance with Dragons” pisał sześc lat. Zastanawiam się więc, ilu czytelników i fanów „Pieśni Lodu i Ognia” zdąży umrzeć, nie doczekując finału serii. Kolejne wiosny mijają nieubłaganie, Martin na okaz zdrowia też jakoś szczególnie nie wygląda, nie należy więc się dziwić fanom, że ci obawiają się o dalsze losy Pieśni Lodu i Ognia – o to, czy autorowi wystarczy zapału, no i czasu, nie bójmy się o tym „pisać głośno”, nawet jeśli to nieuprzejme.  Czarny scenariusz, ale byłby to bolesny cios dla milionów czytelników na całym świecie. Zawsze istnieje możliwość dokończenia cyklu przez innego autora, z tym, że to niezmiennie tylko półśrodek, który trudno byłoby niektórym zaakceptować i potraktować poważnie. Z drugiej strony, nie byłby to oczywiście żaden precedens, bo natychmiast przypomniał mi się świetny cykl „Troja” Davida Gemmella, który za swojego małżonka dokończyła Stella. David odszedł w trakcie pisania ostatniego, trzeciego tomu.
No, ale dobra, gdybanie już zostawiam innym i przechodzę do „Gry o tron”.
Czytelnicy na całym globie rozpływają się w zachwytach, cykl zgarnia najwyższe noty, multum nagród, wszelkie rekordy świata i galaktyki, a recenzenci łkają ze szczęścia i zaszczytu obcowania z prozą Martina. To wiadomo, gdyż pozytywne opinie ogólnie dominują, więc ja skupię się na wadach powieści, bo taki ze mnie gbur i krytyk od siedmiu boleści.

Fani tzw. „gier komputerowych”, tudzież „gier wideo” świetnie kojarzą syndrom „japońskiego RPG” i jego przywar. Skośnoocy scenarzyści fabularni lubują się w przydzielaniu głównych ról bohaterom nastoletnim, zrzucając na ich wątłe ramiona codzienne i błahe problemy z kategorii „ratowanie świata od zagłady”, „polityczne intrygi obejmujące całe królestwa i kontynenty” czy „prowadzenie wojen na skalę globalną”. Tak, jakby nagle na świecie zabrakło ludzi dorosłych, doświadczonych i krzepkich. Więc nasi dziecięcy, nieopierzeni bohaterowie toczą zacięte boje z budzącymi przerażenie przeciwnikami, pokonując kolejne zastępy krwiożerczych zmutowanych mrówek, przerośniętych mięsożernych roślin, wciągających w czarną dziurę kredensów, odpornych na fizyczne ataki żelków z nikczemnym wyrazem twarzy, czy, finalnie, z pragnącym zawładnąć światem (jakżeby inaczej) bezlitosnym czarnoksiężnikiem. Martin w swoim opus magnum podążył nieco tym tropem i dość obficie uraczył nas nastoletnimi bohaterami. Co prawda nie ruszają oni w pojedynkę na podbój świata, ale trudno zbagatelizować ich istotne znaczenie fabularne. Wprowadza to początkowo do powieści pewien dysonans, wszak „Gra o tron” aspiruje do miana powieści fantasy dla dorosłych, względnie realistycznej, bez wszędobylskiej magii, abrakadabrów, hokuspokusów, wywijania różdżkami. A także bez tematów tabu, więc nie zabraknie przemocy, ucinanych głów, seksu – nawet z czternastolatkami i w odcieniu kazirodczym. A mimo to dominują w powieści dzieci. Dojrzałe na swój wiek, w końcu to prawowici następcy tronów, ale jednak wciąż dzieci, irytujące, ze swoimi humorami, dąsami, problemami dojrzewania, poczuciem odrzucenia, lekcjami do odrobienia i namiastką wąsa pod nosem, niczym u Jasia z „Klanu”. Ten aspekt narzuca oczekującemu brudu i krwi czytelnikowi przykre skojarzenia z takimi tuzami fantastyki, jak „Harry Potter”, „Eragon”, czy „Opowieści z Narnii”, których, choćby nie wiem jak dobre były w swojej kategorii, nie sposób nazwać fantastyką dla dorosłych. Ten rozdźwięk między założeniami a osiągniętym finalnie efektem na szczęście wraz z rozwojem i zaognieniem fabuły zanika, ale odnotować go, w moim odczuciu, należy.

Będąc już przy rozwoju fabuły, to odnoszę wrażenie, iż Martin ma przykrą tendencję do rozwlekłości. Zapewne stąd cykl początkowo planowany na cztery tomy rozrósł się dwukrotnie. Podejrzewam, że ktoś zdolny potrafiłby „Grę o tron” skrócić o blisko 1/3 tekstu bez uszczerbku na mroźnym klimacie, a już na pewno bez naruszenia konstrukcji fabularnej. Fani zakrzykną, że każde zdanie powieści jest obowiązkowym elementem całości, jest niezbędne dla nastroju i w ogóle bredzę jak potłuczony, ale nadal sądzę, że Dżordż chwilami dawał się ponieść wodzie, którą sam wylewał wiadrami podczas pisania.

Czujny czytelnik dostrzeże w czasie lektury sporo powtarzalnych elementów. Niektóre metafory, czy zwroty pojawiają się cyklicznie, nieznacznie czasami zmienione i nie zliczę ile razy czytałem o Aryi stęsknionej za Jonem, tym jak mówił do niej „siostrzyczko”, targając przy tym jej czuprynę. Albo o kolorze, odcieniu i rodzaju światła wpadającego do komnaty przez okno czy okna. Błahostki, ale ucierają się one czytelnikowi i każde ich kolejne pojawienie się powoduje mimowolne cmoknięcie z irytacji.

Przebieg niektórych epizodów bywa też przewidywalny. Wynika to po części z obecności paru oklepanych i ogranych motywów. Zbieg okoliczności, skutkujący przypadkowym podsłuchaniem przez bohatera kluczowej rozmowy co prawda nie wypada tutaj tak bezczelnie i banalnie jak w „Malanowskim i partnerach”, ale pojawić się musi, bo co to za intryga bez niepowołanych świadków? Tradycyjne starcie z gatunku Dawid kontra Goliat, gdzie (niespodzianka) wygrywa ten pierwszy, też niesie za sobą lekki odorek sztampy. Jest tego nieco więcej, fragmenty mniej, lub bardziej istotne, ale ich odbiór zależy już od indywidualnych odczuć i oczekiwań czytelnika. Z drugiej strony, przy okazji tak obszernej powieści trudno uniknąć pewnych schematów, więc powiedzmy, że czepiam się na siłę, przyznaję.

Wszak to wszystko nie ma większego znaczenia w konfrontacji z urokiem powieści w szerokiej perspektywie.

Co z tego, że bywa rozwlekle, skoro czyta się to niezauważalnie szybko, zgrabnie, a kolejne rozdziały absorbują czytelnika kompletnie. Jeśli już jesteśmy przy rozdziałach, to są one strategicznie podzielone między kolejnymi bohaterami powieści (tymi pozytywnymi raczej) i reprezentują dzięki temu urozmaicone ujęcia narracyjne.

Co z tego, że nagromadzenie dzieci początkowo usypia czujność czytelnika, skoro przychodzi taki moment, gdy ich szczenięce lata zostają brutalnie przerwane, a wszystkim humorom i fochom ucina się bezlitośnie łby. Poza tym, oczywiście nie samymi nieletnimi „Gra o tron” stoi, a postaciom dorosłych trudno cokolwiek zarzucić. Eddard „Ned” Stark – nowo mianowany namiestnik Króla, klasyczny idealista do bólu, głowa rodziny, sprawiedliwy, acz bezlitosny – jego losy z pewnością wywrą wrażenie na czytelniku. Obowiązkowo należy wspomnieć również o Tyrionie Lannisterze – postaci unikatowej pod każdym względem, no i jedynej, która narracyjnie reprezentuje stronę „tych złych” (Daenerys póki co nie liczę, bo to nieco odrębny wątek).

Co z tego, że zdarzają się epizody przewidywalne i wyświechtane, skoro w parze z nimi idą te całkowicie zaskakujące, zapewniające absolutne przywiązanie do lektury i trudne do zmazania pozytywne wrażenie. Celowo w opinii pomijam zarys fabularny powieści, bo ten, bez dogłębnego potraktowania, da się skrócić w samym tytule tomu i brzmi wtedy banalnie, ale zapewniam, że morderczy trud autora w budowaniu intrygi jest zauważalny i trudno go nie docenić.

Tak, to powieść kapitalna w swoim gatunku, kompleksowa, którą trudno potraktować obojętnie, choć to żadne wybitne na płaszczyźnie literackiej dzieło. Przyjemna w odbiorze, pomimo początkowego wrażenia zagubienia i konsternacji w ogromie nazwisk czy rodów. Wciągająca jak bagno, satysfakcjonująca, bez szczególnego filozofowania, z minimalnymi, ledwo zauważalnymi elementami fantastycznymi. Tak mało istotnymi, że na dobrą sprawę wydarzenia przedstawione w książce mogłyby mieć miejsce w średniowieczu. Zobaczymy jak to się rozwinie w dalszych tomach, bo „Starcie królów” już czeka na mojej półce. Dziewięćset stron, ale jakoś mnie to nie przeraża.

Należałoby zakończyć frazesem „Nadchodzi zima!”, obecnym chyba w każdej recenzji „Gry o tron”, ale ja będę alternatywny i tego uniknę, ha!
Nie, poczekaj…

Reklamy

5 uwag do wpisu “Gra o tron – George R. R. Martin

  1. Gra o tron to mocna rzecz, ale będąc już jakiś czas po lekturze pierwszych czterech – i póki co jedynych – tomów serii (a więc skończywszy na Uczcie…) sam już nie wiem, czy czekam na kontynuację. Martin strasznie się zapętlił, zbyt mocno rozbudował fabułę, zbyt wiele wydarzeń w nią tchnął… Na szczęście to wychodzi dopiero później, bo pierwszy tom jest, tak jak piszesz, miodzio.

    bardzo podoba mi się to, co napisałeś o rozwlekłości. Ten cykl był chyba pisany pod wpływem antyleśnej obsesji. Z całą pewnością dałoby się go skrócić o 1/3. Porównuję czasami Martina do innego „obszarnika” – Davida Webera, który wprawdzie para się militarną science fiction (pod znakiem space-opera) ale obaj Panowie mają dziwne zboczenie: boją się napisać coś, co ma mniej niż pół tysiąca stron. Sam nie wiem który wypadłby w tym porównaniu korzystniej, zresztą trudno porównać low-fantasy z sci-fi, ale niewykluczone, że jednak Webera czyta się lepiej, płynniej. Martin czasami walczy z tekstem, komplikuje go (o czym piszesz) ponad potrzebę.

    a co do przewidywalności… za kilka tomów zapomnisz o tym słowie, w miarę jak Martin na ołtarzu natchnienia będzie składał kolejnych pewniaków do zwycięstwa… co pisząc, mimo wszystko nie psuję przyjemności z odkrywania jego pomysłów ;-)

    recka jak zwykle trzyma poziom, nie mogę się doczekać Twoich uwag na temat kolejnych tomów…

    A propos: piąty tom cyklu ma wpłynąć na księgarskie wody jeszcze w tym roku, prawdopodobnie latem. Podobno spadek tempa twórczego wynika z zapatrywań politycznych autora. Kiedyś napisał, że jest zbyt rozczarowany zwycięstwem Busha by zasiąść do pisania… Ciekawe ile w tym prawdy. Teraz na tronie Obama, więc… kto wie? ;-)

    aha, polecam „Tufa” Martina – science fiction z całkowicie innej beczki. O ile Gry o tron nie polecę nikomu, kto nie ma ostrych ciągot do fantasy, to Tuf nadaje się na świetną introdukcję do sci-fi.

  2. zsiaduemlekO pisze:

    Po kolejne tomy sięgnę na pewno, tylko nie wiem czy będzie sens spisywać uwag po każdym kolejnym. Pewnie podsumuję cykl dopiero po przeczytaniu wszystkich dostępnych tomów (o ile nie wysiądę w trakcie), więc nie czekałbym szczególnie na Twoim miejscu.

    Co do przewidywalności, to myśl o niej naszła mnie w połowie lektury, ale już po jej zakończeniu byłbym skory odszczekać część zarzutów, stąd pewna rozterka z mojej strony i swoista errata w końcowych akapitach opinii.

    Jeszcze drażni mnie nieco pokręcona numeracja tomów z którą się spotykam, bo trzeci i czwarty podzielony jest na pod-tomy (w Polsce), stąd mający się ukazać w lipcu „A dance with dragons” raz określany jest tomem piątym, to znowuż siódmym.

    No i już dzisiaj w USA premiera „Gry o tron” w produkcji HBO. Pierwsze opinie mieszczą się w zakresie od „świetne” po „rewelacyjne”, ale trudno się dziwić, w końcu to HBO. Ich „Six Feet Under” i „Wire” to bezsprzecznie najlepsze czego doświadczyłem w gatunku serialu.

  3. z numeracją faktycznie wyszło nieciekawie, zresztą rzecz to w Polsce stosunkowo częsta, że poszczególne części rozbijane są na dwa odcinki. Oficjalnie Martin napisał cztery części, ale u nas pojawiło się ich chyba pięć albo sześć… Sam nie wiem, zlewa mi się to strasznie w głowie. Zresztą, to kolejny problem z tym cyklem: niby liczy ileś tysięcy stron, ale summa summarum, po jakimś czasie pamięta się kilka zdań streszczenia całości i człowiek dziwi się, jak to w ogóle mogło tak urosnąć ;-)

    a z tego co wiem, cały cykl ma liczyć siedem tomów, przy najlepszych możliwych wiatrach Amerykanie dostaną go do ręki w komplecie nie wcześniej jak w 2013 – 2014, a znając Martina, to… pewnie tak jak pisałeś, albo nigdy, albo… jak do rzeczy weźmie się ktoś inny ;-). Uwzględniając, że przygoda z cyklem może trwać kilka dekad, spisanie kompletu uwag po dobrnięciu do końca zakrawa na zamierzenie… hmmm… bardzo ambitne ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s