Hyperion – Dan Simmons

Tak naprawdę nie lubię sci-fi. Nie, „nie lubię” to złe określenie. Sci-fi jest mi obojętne. Istnieje ono sobie gdzieś na osobnej półce i dopóki się nie narzuca, dopóty mnie nie drażni swoją obecnością. Jakież to wyjątkowe okoliczności musiały nastąpić, że sięgnąłem z pełną świadomością po „Hyperiona”? Ano naczytałem się pewnie w Internecie zachwytów (tych nie brakuje), w księgarni trafiłem na niego wzrokiem i na zasadzie podświadomego skojarzenia zakupiłem, bo przecież jestem tak obrzydliwie bogaty, że mogę sobie pozwolić. Swój wkład w decyzję miał zapewne też ogólny zarys fabuły, przyznam, że mocno intrygujący i zachęcający. No i wydanie atrakcyjne, zobrazowane klimatycznymi ilustracjami Irka Koniora (kimkolwiek jest). Wiem, stary i naiwny jestem, że dałem się omamić formą, ale taka już niełatwa dola każdego wzrokowca, nie tylko w kwestii książek. Z mojego tonu łatwo wywnioskować, że mimo wszystko kolanami z zachwytu nie zacieram po zakończeniu lektury. Może będzie to nieco surowa opinia, ale przynajmniej zgodna z moją naturą typa, u którego sci-fi ma pod górkę, po oblodzonym podłożu, z kłodami rzucanymi pod nogi, z wiatrem i piaskiem w oczy, oraz ogólnie z nożem w plecach.
Nikomu nie byłoby łatwo.

Wojna o rozmiarach galaktycznych wisi w powietrzu (no i kosmicznej próżni oczywiście). Na tytułową planetę zostaje wysłana delegacja siedmioro pielgrzymów. Ich celem są Grobowce Czasu, strefa intensywnych anomalii, która wydaje się być jedyną możliwością ocalenia galaktyki od zagłady w ogniu i pyle bitw. To właśnie tam urzęduje Chyżwar, poruszający się niezależnie od czasu i przestrzeni trzymetrowy potwór, Pan Bólu, masowy morderca i ucieleśnienie wyobrażeń boskości. Każdy z pielgrzymów (konsul, poeta, żołnierz, uczony, prywatny detektyw, kapłan i Templariusz) został wyznaczony do tej misji przez Kościół Chyżwara i każdy ma ku temu najwyraźniej własne powody i motywację. Problem leży w tym, że po długiej i konfliktowej podróży Pan Bólu wysłucha tylko jednego z nich. Pozostali zginą nabici na kolczaste drzewko. I bynajmniej nie mam na myśli choinki.

Koncept jest co najmniej interesujący, postać Chyżwara potrafi wzbudzić respekt, a całość zamknięta jest w szkatułkowej formie powieści. Oto bowiem każdy z pielgrzymów otrzymuje cały rozdział na podzielenie się z towarzyszami i nami swoją historią. Idea „szkatułki” (opowieść w opowieści) sprawdza się w tym przypadku wyśmienicie, bo każdy z pielgrzymów ma nam sporo do wyznania.  Dla podkreślenia indywidualizmu każdej z postaci, Simmons stara się zastosować różnorodność gatunkową i dla wielu czytelników taki rozstrzał  jest nadrzędnym atutem powieści, ukazującym wszechstronność autora. Na moje oko wyszło to połowicznie, bo choć otoczka każdej opowieści jest inna, tak styl już niekoniecznie. Simmons próbuje dla zachowania pozorów poeksperymentować z narracją, ale to nie zmienia faktu, że  pielgrzymi mają zbliżony styl, wysławiają się podobnie, a wykreowany w trakcie opowieści charakter bohatera nie zawsze potem jest konsekwentnie przeniesiony na grunt już samej pielgrzymki i bieżących czynów. Gdzieś zanika ich temperament i kręgosłup moralny.
Boli także nierówny poziom kolejnych pod-opowieści. Indywidualne historie bohaterów, poza tym, że naświetlają nam rys psychologiczny ich samych i ich motywację (choć nie zawsze wyraźnie), cierpią na brak rytmiki. Świetna w całości część Uczonego i jego córki wyróżnia się na ich tle, a udane początki historii Żołnierza (walka na pokładzie okrętu medycznego) i Detektywa (kryminał noir!) pozostają tylko miłym wspomnieniem wraz z rozwojem treści i zanikiem najlepszych ich cech. Pozostałe rozdziały posiadają już jedynie pojedyncze niebanalne elementy i momenty. Brakuje pewnego wrażenia spójności i ciągłości, w zamian dostajemy nierówne, poszarpane opowiadania, chwilami pasjonujące, chwilami dłużące się.
Wszystkie te pozornie mało istotne w zakresie galaktycznym osobiste historie są otoczone siecią politycznych rozgrywek, konfliktów zbrojnych i religijnych motywacji, poezji czasów minionych, ale to za mało, by czytelnik miał wrażenie jednolitej konstrukcji powieści. Bliżej temu do zbioru opowiadań, chwilami bezpłciowych niestety. Z tym, że ja się na tym gatunku nie znam.

Pupilek Chyżwar

Zdaję sobie sprawę, że to pierwszy tom i wypadałoby dla obrazu całości przeczytać „Zagładę Hyperiona”, ale co jeśli nie czuję się zachęcony? Co jeśli otwarte zakończenie, a w zasadzie jego brak nie spełniło swojej roli i jedynie potwierdziło brak konsekwencji w budowaniu klimatu? Nie, klimatu „Hyperionowi” nie odmówię. Odmówię mu natomiast pewnej harmonii w budowaniu go i utrzymaniu tego, który już wytworzył. Moja surowość wynika przede wszystkim z pewnego rozczarowania i najwyraźniej odrębnych oczekiwań wobec tej powieści, jej wyraźnego potencjału. Wielu będzie zachwyconych różnorodnością i wady wymienione wyżej w żadnym stopniu nie zaważą na ogólnym odczuciu. Bo, obiektywnie, to ponadprzeciętna powieść, przemyślana i wciągająca, choć niekoniecznie zachwycająca stylowo. Niestety dla niej, ja obok swojej obojętności wobec sci-fi mogę postawić jedynie obojętność wobec zbiorów opowiadań. A tutaj mamy kumulację.

Mnie nawrócić na gatunek może już chyba tylko „Diuna” Herberta, ale jeśli Tobie  sci-fi niestraszne i nie podchodzisz do niego z dystansem, to uderzaj czym prędzej w „Hyperiona”, bo  to istotny reprezentant gatunku i może zachwycić.

Advertisements

8 uwag do wpisu “Hyperion – Dan Simmons

    1. zsiaduemlekO pisze:

      Każda krytyczna opinia jest dla mnie ważna.

      ps. nigdzie nie napisałem, że się znam.

      Tulę czule.

  1. Cezar pisze:

    Dobra recenzja. Jak chcesz nawrócić się na sci-fi to polecam. Przestrzeń objawienia – Alastair Reynolds lub Dysfunkcję rzeczywistości – Peter F. Hamilton.

  2. Rusłan pisze:

    Parę uwag:
    1. Autor recenzji napisał, że wszystkie opowiadania pielgrzymów są utrzymane w podobnym stylu i pielgrzymi używają takiego samego słownictwa. Zapomniał tylko o jednym – historie te opowiada konsul, zdając relację z tego co usłyszał (wyjątkiem jest Brawne Lamia – ona sama opowiada swoje losy). Jeżeli konsul miał rozszczepienie osobowości to i pewnie styl każdej byłby inny.
    2. Recenzentowi brakuje spójności i ciągłości opowiadań – szkoda, że nie zwrócił uwagi na mały szkopuł – odkrycie wspólnego mianownika, klamry spinającej wszystkie historie jest właśnie celem pielgrzymów, którzy poprzez te opowieści próbują zrozumieć czym tak naprawdę jest ich pielgrzymka. Jak historie dotyczą kilkorga osób z różnych środowisk, klas społecznych mieszkających od siebie tak daleko mają być „ciągłe”?

  3. Rusłan pisze:

    Ad.1 – korekta – narrator jest trzecioosobowy, ale historie czytamy z perspektywy konsula słuchającego opowieści. Na jedno wychodzi.

  4. zsiaduemlekO pisze:

    Widocznie autor recenzji nie jest idealny i nie wszystko zrozumiał przy pierwszej lekturze. Przy kolejnych pewnie byłby mądrzejszy, co nie zmienia faktu, że niektóre opowiadania są lepsze, a niektóre gorsze i kwestia narracji – czy jest trzecioosobowa, czy z perspektywy Konsula (swoją drogą, nieco naciągany argument) niewiele tutaj zmienia. Po prostu jedne frapują, drugie się dłużą.

  5. Anonim pisze:

    Oj, ostatnie opowiadanie lezy plackiem i kwiczy, kompletnie nie pasuje do reszty. Nawet biarac pod uwage ze kontunuacja opowiesci znajduje sie w zagladizie hyperiona, to zakonczenie bylo bardzo slabe. Caly zyciorys consula znajduje sie na prawie 1 stronie, co jest o tyle dziwne ze jego wydaja sie najwazniejsza z wszytkich.
    Ogolnie sie troche zawiodlem.

  6. Miło tak czasem przeczytać głos odmienny od głównego nurtu, nawet jeśli moja opinia nie pokrywa się z owym głosem.

    Ja byłem zachwycony rozmachem pana Simmonsa. Stworzył historię, a właściwie historie, w których znalazło odzwierciedlenie niemal każde zjawisko jakie pojawiło się w literaturze science fiction. I wyszedł z tego w mojej opinii obronną ręką. Może nie triumfująco i absolutnie nieskazitelnie (historia prywatnej pani detektyw w pewnym momencie zahacza o farsę i sztampę), ale jednak Simmons dał radę.

    Ja sam miałem zastrzeżenia co do braku pewnego rodzaju egzotyki futurystycznej (taki mój termin teraz ukułem). Mam na myśli fakt, że pomimo tak wielu niesamowitych, cudownych niemalże magicznych wynalazków cała struktura Hegemonii człowieka i społeczeństw ją zasiedlających jest zadziwiająco dwudziestowieczna. Co prawda autor daje pewne wskazówki dlaczego tak jest, ale mi dość często zgrzytały pewne spore niekonsekwencje zawarte w opisie świata przedstawionego (zawsze to wyrażenie kojarzy mi się z lekcjami języka polskiego) oraz działaniami bohaterów.

    I może fakt przeładowania tych wszystkich klisz i wątków mógł u autora powyższego wpisu wywołać ów stan rozczarowania. Może następna książka z gatunku science fiction niech będzie mniej zamaszysta?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s