1Q84 (tom 1) – Haruki Murakami

Do zapoznania się ze skośnookim Murakamim przymierzałem się od pewnego czasu. Bo sporo dobrego o nim czytałem. Bo miałem ochotę na literaturę o azjatyckim kolorycie. Bo dlaczego nie? Okazja przyszła do mnie sama, gdy ukazał się świeży „1Q84”, pierwszy tom intrygująco zapowiadającej się powieści, która w samej Japonii osiąga imponujące nakłady, a małe, żółte ludziki czytają jak opętani. Nie dziwota więc, iż po dodatkowym zapoznaniu się z notką z okładki oczekiwałem, że będę miał do czynienia z fascynującą treścią. Teraz, będąc już daleko po lekturze, jestem jednocześnie równie daleko od zachwytu. Ciężko mi w tej chwili oceniać na podstawie jednej powieści (a w zasadzie jej fragmencie, bo to trylogia), co takiego widzą czytelnicy w twórczości Murakamiego. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby „1Q84” otrzymywał niskie noty, a wszelacy recenzenci byli dalecy od podniety, ale dotychczas spotykałem się jedynie z pozytywnymi opiniami. Inna sprawa, że zazwyczaj autorstwa kobiety. Może wymagałem zbyt wiele, może problemem jest moja płeć i inny rodzaj podejścia do literatury, jednak to nie zmienia faktu, że srogo się rozczarowałem. Inicjację z Murakamim mógłbym porównać jedynie do pierwszego stosunku (nie żebym go już miał za sobą, ale dużo o nim czytałem) – niecierpliwe oczekiwanie na mistyczne przeżycie, a w rezultacie dwa, trzy pchnięcia, plum!, ciężkie westchnięcie, zakładam spodnie i ze spuszczoną głową wychodzę.

A potencjał był. Streszczając się: mamy dwoje bohaterów, alternatywną teraźniejszość i nie do końca rozgryzioną tajemnicę pewnego kultu (takie prawo pierwszego tomu). Aomame (kobieta, bo z tymi japońskimi imionami to nigdy nie wiadomo), oprócz tego, że dba o swoje żółte, jędrne ciało, popołudniami ćwiczy kopanie facetów w genitalia, a wieczorami daje się podrywać w barze łysawym facetom, to w dodatku czasami zdarzy jej się dokonać zbrodni doskonałej i zabić jakiegoś nikczemnika. Tengo, już nie taki stereotypowo mały i chudy, ale wciąż żółty facio, wykładowca matematyki, niespełniony pisarz i redaktor, któremu trafia się szansa nie do końca legalnej korekty nieźle zapowiadającej się powieści, napisanej przez najwyraźniej lekko upośledzoną (trauma?) nastolatkę. Naszą parkę bohaterów łączą pewne niejasne powiązania, których natury nie poznamy w pierwszym tomie i które choć zapowiadają się na pozornie proste, to jednak nie byłbym taki przekonany, mając na uwadze wątek alternatywnej rzeczywistości.
Wszystko to rozwija się w treści wolno, zbyt wolno jak na mój gust. Szczególnie wątek Tengo, którego atrakcje codzienności snują się mozolnie między korektą w domowym zaciszu a szarymi spotkaniami ze znajomymi w kawiarni. Historia Aomame też nie zachwyca, bo po początkowym zrywie, tempo wyraźnie siada i ślimaczy się smętnie od rozmów ze starymi ludźmi, do puszczania się w barze i rozmów o cyckach z koleżanką. Urozmaicenie biegowi wydarzeń próbują nadać fragmenty dotyczące przeszłości bohaterów, ale wkrada się tutaj stylistyczny banał. I to już jest problem, bo nie doświadczyłem w prozie Murakamiego niczego unikalnego. Czyta się go łatwo, ale w lekturę dominuje nuda. A nie, przepraszam, jest pewien wyróżniający się element – swoiste powtórzenia. Ile razy Murakami informował nas przykładowo, że kochanka Tengo jest dziesięć lat starsza, a jego ojciec był inkasentem, to nie zliczę. Być może to celowy zabieg, zapamiętanie poprzez powtórzenia, może Japończyk zawsze tak pisze, ale do mnie to nie przemawia i sprawia wrażenie „lania wody”, które absolutnie nic nie wnosi do treści. Nawet gadanie o cyckach, które teoretycznie powinno zainteresować męskiego czytelnika, jest pozbawione uroku i żenujące niczym pijana w sztok, zarzygana kobieta.

Pewnie, można doszukiwać się w treści licznych aluzji (przede wszystkim Orwell), metafor, mądrości życiowych i trafnych uwag. Dla mnie byłaby to jednak pewna nadinterpretacja. Oczekiwałem przede wszystkim wciągającej fabuły, która przykułaby mnie do lektury, a nie zawoalowanego zbioru aforyzmów dla którego tło stanowią człapiący ze spotkania na spotkanie bohaterowie. Narzuca mi się na myśl gdzieś wyczytane porównanie z twórczością Coelho, ale nie jestem na tyle podły, by takim określeniem Murakamiego znieważyć. Miałem nadzieję na intensywniejszy finał, natężenie mistyki, okultyzmu oraz fantastyki, która występuje raczej symbolicznie i chciałoby się więcej. Nic z tego. Brakuje mi też nieco niepowtarzalnej aury Japonii (w japońskiej przecież powieści!), a liczyłem, że poczuję ją tak wyraźnie, iż będę mógł się nią otulić podczas czytania.
Pierwszy tom kończy się niemrawo, zwiastując dalszy ciąg nudy w tomie drugim. Niestety najprawdopodobniej po niego nie sięgnę, bo Murakamiemu nie udało się narobić mi apetytu na dokładkę. Już prędzej zapoznam się z jakąś zgoła odmienną powieścią z jego dorobku.
Istnieje także opcja, że po prostu nie zrozumiałem tej książki, ale nie zrobię z tego powodu problemu. Czasem tak bywa i nie warto rozdzierać kimona. Jednak jeśli jesteś kobietą, to spróbuj śmiało, bo jeszcze nie spotkałem się z negatywną opinią o „1Q84” z żeńskiej perspektywy.
No i Muza zasługuje na klapsa za stado kłujących w oczy literówek. Wypadałoby, aby kolejne wydania były ich pozbawione.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “1Q84 (tom 1) – Haruki Murakami

  1. Witaj. Ja także dość długo wzbraniałam się przed spotkaniem z Murakamim. W końcu dałam się zaprosić:
    http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=495270
    Na razie mam poza sobą tylko lekturę tej jednej powieści – „Tańcz, tańcz, tańcz”. Możliwe, że niebawem sięgnę po „1Q84”. Trochę obawiam się powtarzalności i wynikającego z tego powodu zniechęcenia. Na pewno warto czytać tę prozę. Kusi mnie „Kafka nad morzem”. To chyba będzie następna powieść. :)

    1. zsiaduemlekO pisze:

      Powtarzalność w „1Q84” nie jest jakoś szczególnie zniechęcająca, bo np. moja siostra takiego wrażenia nie odniosła, chyba nawet nie do końca ją dostrzegła, ale ja do dzisiaj pamiętam pewne wątki lub ich fragmenty, które Murakami w powieści wałkował po raz trzeci czy czwarty. Jeden przypisze to stylistyce, drugi uzna za wadę, ale Murakami ma już taką renomę, że można to uznać za celowy zabieg. generalnie zauważyłem, że proza Japończyka bardziej odpowiada kobiecym wymaganiom. Pewnie płeć piękna szuka w literaturze innych bodźców, niż płeć brzydka i okrutna, więc raczej nie zważaj na moje psioczenie i sięgnij po „1Q84” – zważ jedynie, że to trzy tomy i na trylogię się nastaw.
      Osobiście Murakamiego nie skreślam i jak się obrobię, to kiedyś pewnie sięgnę po coś z jego dorobku i najprawdopodobniej będzie to właśnie „Kronika ptaka nakręcacza”. Druga szansa się każdemu należy, c’nie?

  2. lucrezia pisze:

    Podążyłam za modą i nabyłam „Kronikę ptaka nakręcacza” reklamowaną jako jedną z najważniejszych książek ostatnich dziesięciu lat. No i się rozczarowałam. Rozczarowałam się tym bardziej, że pierwsza połowa książki była genialna. Już piałam z zachwytu, że oto trafiłam na „swojego” pisarza, którego wielbić będę po dni kres. Aż doszłam do drugiej połowy w której to odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że Haruki albo zapomniał o co mu tak naprawdę chodziło albo zabrakło mu pomysłów jak pociągnąć wszystkie rozpoczęte wątki. Nie wspomnę o nudnym i pozostawiającym spory niedosyt zakończeniu.
    Nie wiem czy sięgnę jeszcze po coś Murakamiego, może jak już przeczytam wszystko co mam w planach, pod warunkiem, że nic nowego do tych planów się nie przyplącze, co jest oczywiście bardziej niż pewne :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s