Baśnie – Hans Christian Andersen

Musiało do tego dojść. Moja potrzeba ponownego zapoznania się z twórczością Andersena zwyciężyła, ale skłamałbym też, gdybym powiedział, że walczyłem z nią. Baśnie Duńczyka darzę oczywiście wielkim sentymentem, funkcjonują one w mojej pamięci wespół z obrazami z dzieciństwa, kiedy to drobnymi paluszkami dziecka przewracałem kartki, a te wypadały kolejno, tak marnego klejenia wydanie wówczas posiadałem. W 2005 roku Andersen obchodziłby dwusetne urodziny, gdyby nie taki detal, że już nie żyje. W tymże roku, dla uczczenia tej rocznicy, wydano po raz zapewne milionowy zbiór jego baśni. Wydanie atrakcyjne, bogato ilustrowane, gdzie praktycznie na każdej stronie możemy podziwiać kolorowy rysunek, wierny treści i najprawdopodobniej zajmujący dla dziecka, któremu akurat czytamy, bądź które jest naszą wymówką, żeby samemu poczytać. Piszę najprawdopodobniej, bo nie miałem okazji tego sprawdzić. Sam czytałem i sam byłem dzieckiem, które słucha.

Zbiór zawiera 29 baśni Andersena, wszystkie objęte nowym przekładem, tłumaczone bezpośrednio z duńskiego (dotychczas były to zazwyczaj tłumaczenia pośrednie z niemieckiego), z wiernie oddaną manierą autora, który starał się pisać w sposób przystępny, umożliwiający w wiarygodny sposób czytać opowiadania na głos, stąd brak w nich wyrażeń i zwrotów mało potocznych, tych nie używanych na co dzień. Jednak treść w związku z tym nie wypada wcale banalnie i niejednokrotnie możemy być narażeni na dociekliwość stereotypowej „irytującej okularnicy z pierwszego rzędu, wiecznie ciekawej świata”, więc wypadałoby jej wyjaśnić pojęcie konfirmacji, czy też pokazać na ilustracji czym jest mantylka. A dla mężczyzny może to drugie się okazać sporą zagwozdką. Na szczęście póki czytamy baśnie jedynie dla siebie, to możemy sobie pozwolić na zignorowanie zagadnienia, uznając po prostu mantylkę za jakiś tam łaszek kobiety. Kto by wnikał.

Oczywiście, w zbiorze nie mogło zabraknąć istnych filarów twórczości Andersena, baśni, których wstyd nie znać czy choćby nie kojarzyć. Bo któż nie słyszał o Królowej śniegu, Calineczce, Brzydkim kaczątku, Małej syrence czy Dziewczynce z zapałkami? Wszystkie te klasyki są w tym wydaniu obecne w towarzystwie wielu innych, mniej, lub bardziej znanych opowiadań. Wszystkie bez wyjątku są cudownie magiczne, w większości namaszczone jednak smutkiem, powagą a nawet tragizmem. Nie są jednak jednoznacznie pesymistyczne i ponure, bo przepełnia je nadzieja, a przygnębienie balansuje szeroko obecna miłość (choć przeważnie z krztyną goryczy) oraz dobroć pojedynczych postaci. Wszystko to jednak spychane jest na drugi plan przez ulubione tematy Andersena, czyli przemijanie, a w efekcie śmierć i umieranie. W zasadzie w każdej baśni autor nie unika tych zagadnień, często gęsto czyniąc z nich najistotniejszy element i przesłanie opowiadania. Czasami sam byłem zaskakiwany wszechobecnym mrokiem i krwawą bezpośredniością, którą raczy nas pisarz, bo nie w każdej baśni innych autorów czytamy o amputacjach kończyn, ścinaniu głów, morderstwach własnej babci siekierą, czy kobietach lekkich obyczajów. A wiedzieliście na przykład, że na balu elfów przysmakiem były „skóry zaskrońca nadziewane dziecięcymi paluszkami”*, a na pobliskim cmentarzu krążyły wampirzyce, które „zdjęły z siebie szmaty, jakby miały się kąpać, i grzebały długimi, chudymi palcami w świeżych grobach, wyjmowały trupy i pożerały ich mięso”**? Nie, to się dowiecie z lektury. Taki, a nie inny klimat baśni zapewnia zaangażowanie nawet dorosłemu czytelnikowi, bo wizja ta odbiega znacznie od obrazu grzecznej bajeczki dla dzieci. A że tym młodszym zapewnia często koszmarne sny? Cóż, taki niezaprzeczalny urok Andersena.

Oczywiste jest, że do zapoznania się z Andersenem nikogo nie powinienem zachęcać. Chęć na tego typu lekturę musi przyjść sama, powodowana jakimś niesprecyzowanym impulsem. To nie jest lektura, którą można po prostu polecić, niczym jakiś bestseller z list przebojów. Natomiast gdybym miał własne pociechy, to obligatoryjnie bym je zapoznał z baśniami Duńczyka. Inna sprawa, że pewnie ich nie będę miał, bo mnie irytują na tyle, iż chwilami z obawy przed nimi marzę o „strzelaniu ślepakami”.

 

Jedna z ilustracji.

* Hans Christian Andersen, Baśnie, tłum. Bogusława Sochańska, wyd. Media Rodzina, Poznań 2005, str. 124
** tamże, str 169

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s