Strażnik sadu – Cormac McCarthy

Polski czytelnik w zasadzie dopiero teraz ma okazję głębiej zapoznać się z twórczością McCarthy’ego. Wiadomy bestseller, tytułu którego obiecałem sobie nie wymieniać w tym tekście, na tyle zachwycił krytyków i odbiorców, że teraz Wydawnictwo Literackie raczy nas nową powieścią Cormaca co trzy miesiące. Nową w sensie polskiego przekładu. Nie chcę być złym prorokiem, ale to może doprowadzić do przesytu autorem, z tym, że trudno się dziwić wydawnictwu, bo trzeba kuć pisarza, póki gorący. Po kapitalnym, mało romantycznym i cierpkim aż między zębami chrzęści „Krwawym południku”, zaprezentowany nam zostaje „Strażnik sadu” – debiutancka powieść McCarthy’ego, która musiała czekać blisko pół wieku na możliwość stanięcia na półce polskiego czytelnika. Czy ma zadatki na kolejny bestseller, taki jak ten wałkowany do znudzenia z okładki? A może stanowi równie ciężkostrawną, ale nie pozostawiającą obojętnym żadnego czytelnika przeprawę w stylu Krwawego południka? Gdyby bestseller o oczywistym tytule (którego nie wymienię i basta) postawić w punkcie A, natomiast krwisty, na wpół surowy stek („Krwawy południk”) położyć w punkcie B, to odnoszę wrażenie, że „Strażnik sadu” świetnie wkomponowałby się w punkt Ą, w połowie drogi między tymi dwoma. Jak to obliczyłem, jakiego wzoru użyłem? Już wyjaśniam: obliczyłem w pamięci i tak mi wyszło, nie dyskutuj.

Jak wspomniałem, jest to debiut McCarthy’ego i mając tego świadomość mógłbym mędrkować, że to czuć, udawać znawcę, który po lekturze trzech powieści jednego autora jest w stanie ułożyć je chronologicznie tylko na podstawie obserwacji stylu. Nie będę się aż tak wygłupiał. Tym bardziej, że charakterystyczny styl Cormaca jest tutaj wyczuwalny już od pierwszych stron i nikt mi nie wmówi, że ta powieść jest jakby nie jego. Specyficzny sznyt w narracji, niecodziennie przedstawione dialogi, mieszanka niepokoju, melancholii, brudu i kurzu, nie zawsze wytłumaczalnej agresji oraz rozwlekle, wręcz poetycznie opisanej natury. Z tego co się orientuję, nie każdemu czytelnikowi odpowiada ten ostatni element. I może w tym tkwi tajemnica sukcesu bestsellera, w którym natury nie doświadczyliśmy, opisów zabrakło, a lektura była w porównaniu ze „Strażnikiem” czy „Krwawym” lekka i przyjemna. „Strażnik sadu” nie jest łatwy. On jest nastawiony na powolną lekturę, na niespieszne chłonięcie mroku w niej zawartego; na rozsmakowanie się w metaforycznie opisanej naturze i symbiozie, która zachodzi między nią a człowiekiem. McCarthy cierpliwie kształtuje klimat, w który, przy odrobinie dobrej woli, czytelnik wsiąknie momentalnie, dryfując potem bez znudzenia przez karty powieści.
Wśród bohaterów „Strażnika sadu” oczywiście nie mogło zabraknąć mrocznego elementu społeczeństwa, którego tym razem uosabiają reprezentanci fachów wątpliwej uczciwości – przemytnicy alkoholu, kłusownicy, bimbrownicy czy też przedstawiciele prawa, nie do końca bez skazy. Teatrem wydarzeń jest bowiem pewna górzysta wioska, osadzona gdzieś w stanie Tennessee, na przełomie lat 30. i 40. XX wieku. Wydarzeń, które w ironiczny sposób splatają losy nieświadomych bohaterów.
McCarthy nie zadaje sobie trudu z analizą psychiki postaci. Identycznie jak w „Krwawym południku”, autor nie dzieli się z nami przemyśleniami bohaterów, tym co im siedzi w głowie, o czym myślą. Skupia się za to nawet na najdrobniejszych czynnościach, na niezauważalnych gestach, na zachowaniu w samotności (której tutaj mnóstwo), na śledzeniu ich wzrokiem. To w mojej opinii spory plus, bo w ilu powieściach autor w ogóle nie zagłębia się w duszę swoich bohaterów, nawet tych najważniejszych, nie zarysowuje ich motywacji i rozterek wewnętrznych? Nawet w komiksach stosuje się inny rodzaj chmurek dla oddania myśli bohaterów. A tutaj nic. Tylko czyny i ich przebieg. Relacja jedynie tego, co można odebrać zmysłami.

Jeśli przeczytałeś słynny bestseller i „Krwawy południk” to już powinieneś wiedzieć, czy chcesz sięgnąć po kolejną powieść McCarthy’ego. „Strażnik sadu” stanowi swoiste połączenie wyciszonego, osamotnionego i powolnego klimatu bestsellera, oraz niełatwej, specyficznej narracji „Krwawego południka”, jednak o stonowanej brutalności, bez tej zezwierzęconej przemocy. „Strażnik sadu” stoi w środku i do każdej z nich ma tak samo blisko. Sama powieść pełna jest sugestywnie opisanych scen. Przejażdżka Syldera z nieznajomym autostopowiczem, w mroku wnętrza samochodu, jedynie przy poświacie tablicy rozdzielczej i zapałki z odpalanego papierosa, ma niezaprzeczalny artyzm, który mnie ujął natychmiast i nie pozwolił tego obrazu wyrzucić z pamięci do teraz.
To dobra powieść, chwilami bardzo dobra. Trzeba jednak w nią wejść, poczuć, a to już nie każdemu się uda. Sam miałem momenty, że padał na mnie cień rozczarowania i znużenia lekturą, ale nie na tyle mroczny, bym ją przerwał. Fabuła nie należy do najbardziej złożonych i zaskakujących nagłymi twistami akcji, bo nie w tym tkwi siła prozy autora. To styl pisarski McCarthy’ego stanowi ten magnes, który mnie trzymał przy książce. Obcowanie z nim przynosi pewną satysfakcję, bo ma się wrażenie doświadczania czegoś niepowtarzalnego. Czegoś, co w wyśmienity sposób podsyciło mój głód w „Krwawym południku”, a tutaj pozwoliło go nieco zaspokoić po okresie postu. Dla fanów stylu Cormaca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s