Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski

Kim jest Geralt z Rivii i czym dla polskiej literatury fantastycznej są jego przygody nie trzeba pisać. Andrzej Sapkowski w latach 90. zeszłego wieku stworzył sagę, która rozkochała w sobie miliony. Udało mi się wejść w posiadanie edycji kolekcjonerskiej Wiedźmina, stylowego, czarnego zestawu sześciu tomów (pięcioksiąg właściwy, plus zestaw opowiadań), w twardej oprawie z autografem samego autora. Nadrukowanym na grzbietach, żebyście nie myśleli, że Sapkowski był u mnie na Sylwestra i własnoręcznie wykoślawił swoją sygnaturkę. Nie pozwoliłbym na tego rodzaju niszczenie moich przyjaciółek – książek. Wracając jednak do meritum,  do czytania zabrałem się z zapałem, który stracił jednak nieco ochłonął, gdy okazało się, że pierwszy tom to dwa zbiory opowiadań („Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”). Nie jestem fanem tychże, preferuję raczej konkretną, zbitą w całość powieść, bez rozdrabniania się w niekoniecznie połączone ze sobą wspólną intrygą nowelki. Jednak w tym przypadku warto przez nie przebrnąć, bo kilka wątków w nich poruszonych odbije się szerokim echem we właściwym pięcioksięgu. Opowiadania pełnią funkcję czysto poznawczą, wprowadzającą nas w klimat powieści, w mroczny świat wykreowany przez autora. Dla lepszego odbioru wypada je przeczytać, bo przynajmniej jedna z nich stanowi swoisty prolog dla głównej sagi. Następnie z czystym sumieniem możemy wziąć się za „Krew elfów”, który daje początek jednej, długiej powieści. Od razu poczułem się pewniej.

Gdyby na dzieło Sapkowskiego spojrzeć bez sentymentu zimnym okiem, obiektywnie ocenić je przez pryzmat czasu i wypunktować pewne elementy, to wyjdzie nam tradycyjna fantastyka, w zasadzie ani na jotę nie odbiegająca od przyjętych w kanonie norm. Inna sprawa, że to właśnie Wiedźmin te normy na rodzimym poletku w dużym stopniu wypracował. Mamy więc obowiązkowe elfy, długowieczne, piękne, żyjące w lesie i niezbyt przyjaźnie nastawione do ludzi. Krasnoludy, brodate, rubaszne, mistrzowskie w metalurgii i noszeniu w brodzie resztek jedzenia. Do tego dodajmy szablonowych czarodziejów – potężnych, ukrywających się w swoich cytadelach, nikczemnie złych i pragnących władzy nad światem. Niesmakiem w gardle mi stają jednorożce (eee?) i Drzewce, zwane tutaj spontanicznie Dębopotworami (epizodycznie). Testosteron buzuje mi w głowie od nadmiaru intryganckich czarodziejek, pięknych, wiecznie nabzdyczonych, władczych i humorzastych. Może to szowinistyczne, ale gdy miałem po raz kolejny czytać o gburowatej Yennefer i jej problemach natury emocjonalnej, które stara się ukryć iluzją panowania nad wszystkim, to aż mną trzęsło. Nie zabraknie oczywiście typów spod ciemnej gwiazdy, tajemnych spotkań w tawernach, szpiegów, najemników, smoków, rzezimieszków, magii, zgrzytu mieczów i świstu strzał.

Od sztampy ratuje sagę stylistyka Sapkowskiego. Obecnie nie jakaś wyjątkowa i niepowtarzalna, wszak nurt fantastyczny mocno przez dekadę się rozwinął, jednak pewne elementy nadają jej na tyle ujmującego kolorytu, że lektura idzie szparko i mocno angażuje. Obrazowe, jednak nie popadające w rozpoetyzowanie opisy wydarzeń i środowiska są doskonale wyważone. Sapkowski wykazuje sporą znajomość językową, rzetelnie przygotował się do umieszczenia swoich tworów wyobraźni w realiach XIII/XIV wieku. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ale wieśniacza gwara i przekręcanie przez chłopów z widłami niektórych trudniejszych wyrażeń jest takie swojskie. Cały ten kram okraszony jest tym, co faceci uwielbiają najbardziej. Wulgaryzmy, niekiedy mocno archaiczne, ale o cudownym wydźwięku, dosadna brutalność, dragi oraz wszędobylskie chędożenie. Czarodziejki to tylko o bzykaniu najchętniej by gadały, puszczalskie zdziry. Żeby jednak realizm nie przekroczył pewnych granic, treść czasami popada w komediową konwencję. Zupełnie niepotrzebnie, jak na mój gust, bo całość momentami przypomina takie „buddy movie”, gdzie bohaterowie obdarzają się wzajemnymi humorystycznymi uszczypliwościami nawet w obliczu zagrożenia czy śmierci. Mam wrażenie, że sadze brakuje też nieco rozmachu, epickości i ciągłego klimatu przygody. Nie dla każdego stanowić to będzie wadę, ale jednak.

Dwa ostatnie tomy („Wieża jaskółki” i „Pani Jeziora”) urozmaicają nieco lekturę pomieszaną chronologią i narracją. O ile w przypadku „Wieży jaskółki” wszystko zawiera się w granicach rozsądku i nie wprowadza absolutnie żadnego chaosu, tak w „Pani jeziora” Sapkowski nieco  już poleciał. Jego eksperymenty narracyjne co prawda nie tworzą chaotycznej treści, ale pozostawiają sporo luk, białych plam i czarnych dziur w ciągłości historii. Widzimy jedynie wyrwane fragmenty wydarzeń. W ogóle ostatni tom stanowi całkiem spore rozczarowanie ze swoją rozczłonkowaną narracją, nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności i patetycznymi scenami akcji rodem z amerykańskiego kina lat 80. Drastyczny spadek formy autora, być może pośpiech, brak pomysłu i dupa.

Tak czy owak, saga o Wiedźminie to klasyka gatunku, której nie musisz znać tylko w przypadku, gdy fantastyki nie czytasz wcale. Historia pełna kultowych tekstów, często zabawnych powiedzonek oraz równowagi pomiędzy udanie wykreowanymi postaciami (Bonhart), a tymi irytującymi (Yennefer „Muchy w nosie” z Vengebergu). Gdybym pięcioksiąg miał ocenić w skali szkolnej, to dałbym mu piątkę minus pomimo zauważalnej kliszy gatunkowej. Jednak wypada docenić trud oraz ogrom pracy włożonej przez Sapkowskiego w nadanie historii wciągającego fasonu i oszlifowanie stylu.

No i kapitalną grę „Wiedźmin” dostał.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s