To oślepiające, nieobecne światło – Tahar Ben Jelloun

Nie przekonałem się do tej książki. Chciałem, ale nie ma sensu się oszukiwać. Nie porwała mnie, chwilami nawet nudziła. Próbowała dotrzeć gdzieś głęboko do mojej wrażliwości, ale jej się nie udało. Trudno, ale też nikt nie powiedział, że życiowe rozczarowania nas ominą przynajmniej w temacie literatury.
To nie jest słaba powieść. Ludzie i kobiety rozpływają się w zachwytach nad jej orientalną czułością, poetyzmem bijącym z obrazowego przedstawienia wydarzeń, mistycznym posmakiem. Sam nie wiem czego mógłbym oczekiwać po powieści o więźniu zamkniętym w ciasnej celi, w której się nawet wyprostować nie mógł. Gdzie przydzielono mu numer, który służył za imię i nazwisko przez blisko dwie dekady.
No dobra, kłamałem, bo wiem, czego można było się spodziewać. Nawału myśli egzystencjalnych, opisu bezbarwnej rzeczywistości człowieka wepchniętego w nicość, poza ramy człowieczeństwa. I owszem, tego tutaj nie zabraknie, bo historia wpisuje się zdecydowanie w nurt literatury obozowej, mało optymistycznej, przytłaczającej czytelnika losem człowieka, który zgotował mu drugi człowiek. Właśnie, ale to wszytko już mieliśmy, czytaliśmy o tym wielokrotnie. W różnych czasach, otoczeniu i konfiguracjach, ale to wciąż ta sama tematyka, a ta, po raz wtóry poruszana, nie robi już takiego wrażenia.

Co chyba najbardziej przyciąga do lektury to autentyzm historii. Zdarzenia opisane w książce są relacją marokańskiego więźnia wtrąconego do lochu, gdzie miał umierać powoli, pozbawiony światła, o suchym chlebie, wodzie i makaronie. Dlaczego i w jakich okolicznościach tam trafił wraz z kilkudziesięcioma towarzyszami niedoli – o tym każdy przeczyta sam, bo bohater nigdzie się nie wybiera i znajdzie mnóstwo czasu, by nam o tym opowiedzieć. A Ben Jelloun ozdobi ją dla nas umiejętnie poetyzmem. Codzienność uwięzionych to opowieść o tym, jak zadziwiającą istotą jest człowiek, jak nieugięty i zdesperowany potrafi być, jeśli tylko sobie to postanowi. Opowieść o drodze psychiki wystawionej na niesłychanie ciężką próbę, narażonej na myśli samobójcze, tak bardzo zakazane przez Koran, nawiedzanej przez sny i surrealistyczne wizje. Ochrona umysłu to według bohatera klucz do przeżycia. Porzucenie przeszłości, nie wybieganie w przyszłość, skupienie się na sobie, tu i teraz. Postanowienie trudne do zrealizowania, szczególnie w warunkach, gdy jedyną okazją do ujrzenia światła, chwilowym wybawieniem z mrocznego i chłodnego grobu, jest każdy kolejny pogrzeb jednego ze współwięźniów. Gdy Bóg, mimo nawoływań, w żaden sposób nie chce się objawić. Nikt od niego nie oczekuje pojawienia się niczym dżin z lampy, ale z biegiem relacji, gdy czytamy o kolejnych, często upokarzających zgonach, człowiek odnosi wrażenie, że równie dobrze bohater mógłby wznosić modły do Kaczora Donalda i nie byłoby różnicy. Ben Jelloun naszpikował swoją powieść mnóstwem metafor i niedosłowności, popuszczając wodze wyobraźni szczególnie we fragmentach poświęconych wizjom, które nachodzą umysł więźnia. Obok podręcznikowego opuszczania ciała i fruwania nad łąkami pełnymi kwiatów, doświadcza on bardziej rozbudowanych zwidów, swoistego rachunku sumienia. No, ale kto by ich nie miał w jego położeniu.

Gdyby powieść ta była fikcją literacką, to najprawdopodobniej nawet nie zaszczyciłbym jej spojrzeniem. A tak, człowiek dowiedział się czegoś o świecie, poznał interesującą historię, która miała miejsce gdzieś na linii czasu i w punkcie geograficznym, ale poza tą świadomością lektura niewiele wniosła do mojego światopoglądu. Mogła wstrząsnąć, ale jakoś zabrakło impetu. Chociaż ten swoisty manifest wolności w pewnym fragmencie zmusił mnie do docenienia tego, co posiadam. Czyli jednak jakąś pojedynczą, delikatną strunę poruszono, ale to za mało, bo gitara mojej wrażliwości ma ich znacznie więcej i tylko czeka aż ktoś na niej wykona zachwycającą etiudę. Ben Jelloun okazał się przeciętnym wirtuozem.
A może to ze mną jest coś nie tak? Bo przecież obiektywnie rzecz biorąc, powieść zawiera w sobie sporą dozę emocji. Poczynając od zrezygnowania, poprzez desperację, nadzieję, złość, gniew, współczucie, zazdrość, szaleństwo, a nawet śmiech i radość. Wszystko to w pogoni za mirażem wolności, skondensowane i spakowane w ciasnym pudełku o wymiarach 3 x 1,5 x 1,5m. Mnie jednak te emocje jakoś się nie udzieliły. I nie próbuj mnie przekonać, że jest inaczej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s