Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki

Tak, przed lekturą „Good night, Dżerzi” proponuję przeczytać „Malowanego ptaka”. Opcjonalnie „Wystarczy być”, ale niekoniecznie. Potęguje to doznania płynące z lektury powieści Głowackiego, bo kontrowersyjny debiut literacki Kosińskiego (Malowany ptak), który przyniósł mu sławę, obficie się tutaj objawia, jest sporo odniesień do jego treści oraz subtelnych smaczków, nieuchwytnych dla kogoś, kto nie miał styczności z powieścią. To tak tytułem wstępu, bo może ktoś się zastanawiał.
Głowacki nie chciał i nie stworzył biografii Kosińskiego w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ciężko mianowicie zdać relację z czegoś, co było jedną wielką mistyfikacją, a po śmierci Jurka pozostaje od blisko dwóch dekad ciągiem wielu zdarzeń, z mnóstwem białych plam pomiędzy nimi. Głowacki uderzył więc nieco z innej strony – stworzył scenariusz filmu o Kosińskim. Obrazu, który opowiada kolejne epizody z cyklu „to mogło tak wyglądać, ale nie ma dowodów, że rzeczywiście wyglądało”. Głowacki, jako narrator powieści, zmaga się z próbami wykorzystania i urzeczywistnienia scenariusza; my fragmenty życiorysu Kosińskiego obserwujemy z perspektywy planu filmowego, a tam jest mrocznie i bezkompromisowo. Seks, prostytutki, KGB, geje, transseksualiści, mafia, heroina, tajne kluby sadomaso i parę innych, jakże chwytliwych słówek. Pomimo faktu, że tylko część z tych atrakcji jest rzeczywista, a pozostałe stanowią element autokreacji Dżerziego, to czy z takiego zestawu rozrywek mogło dla niego wyniknąć coś dobrego, poza wielokrotnym orgazmem? Czytelnik zaznajomiony z życiem Kosińskiego wie, do czego historia zmierza. Zadaje sobie wtedy pytanie, czy przy okazji pociągnie on za sobą kogoś na dno?

Scenariuszowe zabiegi i retrospekcje rzucają nas z Polski, gdzie Kosiński spędził dzieciństwo, do Nowego Jorku gdzie wyemigrował i odniósł niesłychany sukces, oraz do Moskwy, skąd pochodzi Masza, która najwyraźniej odegrała istotny epizod w życiu Dżerziego, pełnego kobiet niczym harem. Poczynając od matki, zajmującej dwuznaczne miejsce w sercu bohatera, poprzez żonę jako postać czysto symboliczną, liczne prostytutki stanowiące artystyczne wyzwanie oraz Jody i Maszę, dwie dziewczęta, w mniejszym lub większym stopniu beznadziejnie zakochane w Kosińskim. Ten natomiast przez całą powieść zmaga się z własnymi upiorami, mieszają mu się rzeczywistości i przechodzi prywatne piekło. Jakby tego było mało, dodatkowo ubarwiane kolejnymi koszmarami w ramach mistyfikacji, bo do optymistów to on raczej nie należał. Bierze udział w ceremonii rozdania Oskarów, ociera się o Nobla w dziedzinie literatury, odnosi parę mniejszych sukcesów, a potem wszystko pęka. Pojawiają się ludzie, którzy niszczą go jako pisarza i, w konsekwencji, jako człowieka.
Głowacki na świeżo szkicuje nam bezpruderyjnego kobieciarza, którym był Dżerzi o ciętym, bezpośrednim języku oraz błyskotliwym żarcie, zaszczepiającym w odbiorcy niepewność, czy aby to nie było na poważnie. Gwarantuję, że uśmiechniesz się kącikiem ust przy szacowaniu przez Kosińskiego swoich szans na Nobla, czy choćby przy rozmowie z milicjantem. W tej napiętej atmosferze powieści dialogi niekiedy wybijają się kontrastem, bo rzeczywiście bywa zabawnie. Głowacki fascynuje stylem, dodatkowo oczarował mnie choćby jednozdaniowym opisem:

Ojciec był piękny, szpakowaty, miał astmę, kilka kochanek i palił czerwone marlboro.*

Absolutnie uderzający kontrastem zestaw cech, obezwładniający mnie oszczędnością w słowach, bez ubytku na treści.

Tak, to świetna powieść. Mrocznie nieprzejednana, wciągająca jak bagno, niepokojąco brnąca ku nieuchronnemu zakończeniu, bez nadziei dla zwolenników happy endu. Książka dynamiczna, którą pochłania się chciwie, z wypiekami na twarzy, bez przystanków i przestojów w treści. Kosiński okazał się wyśmienitym „materiałem” na powieść. Już abstrahując od jego wyczynów literackich, był po prostu ptakiem malowanym niezwykle barwnie.  Nie spodziewaj się jednak po powieści definitywnie prawdziwych faktów, bo „im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego”**.

* Janusz Głowacki, „Good night, Dżerzi”, wyd. Świat Książki, 2010, str. 84
** tamże, str. 17

Reklamy

5 uwag do wpisu “Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki

  1. Zachęcająca recenzja. Sylwetka Kosińskiego intryguje i każdego, kto się z nią zetknął nie pozostawia obojętnym.
    Już od dawna „Good night Dżerzi” jest w moich planach czytelniczych. A że lista książek, które MUSZĘ przeczytać jest długa a ja nie umiem sobie odmówić kolejnych i wciąż dopisuję nowe tytuły, to jeszcze wiele wody upłynie zanim się za nią zabiorę. Jestem po lekturze „Malowanego ptaka”, z regału puszcza do mnie oko „Czarny ptasior” Joanny Siedleckiej (o którym nota bene krążą skrajne opinie).
    I na koniec trochę posłodzę, bo już dawno chciałam to napisać. Strona zatrzymuje na dłużej.
    Pozdrawiam!

    1. zsiaduemlekO pisze:

      „Czarny ptasior” przewinął się po moim wzroku na półce w księgarni, ale jakoś nawet nie przeszło mi przez myśl, by po niego sięgnąć. Uznałem, że trudno oczekiwać, by zawierał on coś odkrywczego po tylu latach i podejściach do biografii Kosińskiego. Zresztą pewne rzeczy w moim odczuciu nie powinny się wyjaśnić, bo magia Dżerziego mogłaby pęknąć. I preferuję pewną gatunkową wariację na temat biografii, dlatego powieść Głowackiego mi wystarcza.

      A moja lista planów czytelniczych także raczej się stale poszerza i ni diabła nie chce się zwężać. Jak dżinsy pulchnych amerykańskich dzieci.

      Pozdrawiam też, również.

  2. houseferatu pisze:

    Hej, imponująca ilość recenzji, w dodatku w każdej znajduję ciekawe wątki. W tym wypadku Głowackiego mam przeczytanego, dlatego napiszę: mniejsza o główną postać, bohaterem tej książki jest w ogóle problem „biografii”, w jakiejkolwiek podawana jest odsłonie :). W „Good Night…” kocham to, że wątki zamykają się w szczególnej gracji, np. obrazy opiekunek wożących pacjentów z paraliżem do kina porno. Nagle okazuje się, że każda linijka książki ważna jest dla całości i jak pistolet pokazany w sztuce teatralnej, musi w końcu wypalić. Pozdrawiam i tak trzymaj!

    1. Ach, i cóż ja mam dodać po blisko pięciu latach, gdy wspomnienia z lektury siłą rzeczy mocno przybladły? „Good night, Dżerzi” nadal stoi u mnie na półce, bo w nieokreślonej przyszłości zamierzam do niego wrócić. Książkę Głowackiego wciąż pamiętam jako bezpośrednią, zwięzłą, a zarazem mięsistą prozę – krótko, acz intensywnie i pełno wyrazistych scen.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s