Prawiek i inne czasy – Olga Tokarczuk

Uwielbiam powieści o takiej atmosferze. Nie do końca realistyczne, mocno mistyczne. Otoczone baśniową aurą, umiejętnie przeplatające i wplatające fascynujące bajania w treść twardo osadzoną w realizmie, który kontrastując nadaje im dodatkowego uroku. Tokarczuk dała mi coś, za czym podświadomie tęskniłem od dzieciństwa i lektury baśni Andersena, które niekiedy poważnie mnie poruszały swoim mrocznym klimatem. Piszę o tym z pełną świadomością, że może to niektórych zadziwić i skonsternować, ale prawdą jest, iż lektura Prawieku obudziła we mnie takie właśnie skojarzenia i wspomnienia. Możliwe, że tylko we mnie, w końcu to rzecz indywidualna, ale znów poczułem się jak ten zafrapowany brzdąc w pokoju z przyciemnionymi światłami (nomen omen tym samym co obecnie), leżący na materacu, z głową na kolanach starszej siostry i słuchający bez ruchu, niczym we śnie, jak ta czyta „Królową Śniegu”. „Prawiek i inne czasy” wrzuca te same przyjemne dreszcze na kark, choć ciężko tę powieść nazwać baśnią. Tytułowy Prawiek to wieś, mieścina, parę domów na krzyż, rzucona przez Boga gdzieś w okolicach Kielc i zapomniana. Wieś jakby zatrzymana w czasie i przestrzeni, niezdecydowana między snem a jawą. Osada, która w przekroju dwóch wojen i kilku pokoleń zmienia się jedynie nieznacznie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Sioło, gdzie ludzka synteza z naturą osiągnęła iście mitologiczny wydźwięk i bynajmniej nie mam tu na myśli żołnierzy kopulujących z kozami, choć i tacy się zdarzą, oczywiście. Prawiek jest w związku z tym otoczony licznymi legendami, gdzie natura gra pierwsze skrzypce, wchłaniając ludzkie istnienie, dominując ich sny, obawy oraz omamy. I nie są to bajki o Jasiu i zaczarowanej fasoli, po której wspina się on do nieba. To raczej mroczne klechdy w stylu miejscowej kurwy gwałconej przez spersonifikowaną roślinę. Określenie „zapuścić korzenia” nabiera dla mnie właśnie nowego znaczenia.

Bywa dosadnie, oj bywa, ale niech się nie obawiają ci o wrażliwym wnętrzu. To jedynie akcenty, epizody, które w żadnym wypadku nie zniesmaczają, a jedynie podkreślają ponurą konwencję powieści. W Prawieku nie ma miejsca na optymizm. Tutaj saga rodzinna toczy się własnym tempem i choć postęp jest zauważalny, to jednak wydaje się, że stoi on na z góry przegranej pozycji. Upływ czasu zdradzają jedynie takie detale jak pojawiające się w treści pojęcia lodówki, czy auta. Czytelnik w takich chwilach odnosi wrażenie, że tego typu elementy technologiczne  nie mają prawa bytu w wykreowanym tutaj świecie. Wydaje się, że najzwyczajniej nie mają one prawa istnieć i ludzie poradziliby sobie bez nich. Bo poza tymi szczegółami niewiele się zmienia. Cykl starzenia i ogarniającej go brzydoty jest nieubłagany, jedno pokolenie umiera, kolejne przejmuje ich pełne rozczarowań życie. Próba stworzenia udanego związku kończy się często dramatem ludzkim. Kobiety marzą o romantycznej miłości, ale jednocześnie pozostają wierne mało romantycznym, tłustym mężczyznom, którzy innej kobiecie nie odmówią i z łóżka nie wygonią. Gdzieś pośród tego wszystkiego jest podobno Bóg. Ale tylko w świadomości, bo nie sposób dostrzec jakiegokolwiek jego aktywności i udziału w przebiegu codzienności.  Rzekło się jednak na pocieszenie, że jego obecność zaznacza się także w bezczynności. Hm, powiedzmy. Za to przyroda nie odpuszcza, ubarwiając nam gawędę. Jednak w miarę rozwoju powieści autorka spycha jej rolę nieco na margines, dając jednocześnie do zrozumienia, że w pewnym okresie istnienia nie będzie dla natury miejsca, a baśniowy czar całkowicie pryśnie.

Niezwykle udana książka. Żałuję jedynie, że taka krótka, bo chciałbym przeczytać obszerniejszą powieść utrzymaną w takich realiach, stylu i tematyce. Tutaj zakres czasu akcji jest spory, ale tylko pozornie, bo Tokarczuk przeskakuje spore okresy bez znaczących wydarzeń. Zawiera to pewien realizm, bo tylko w telenowelach codziennie zdarza się w naszym życiu coś, co warto odnotować i opowiedzieć innym. Jednak , mnie oczarowanemu mistyką powieści, jakiś niedosyt pozostał, ale życzyłbym sobie i innym tylko takich niedosytów, wynikających z wiecznej chęci na więcej, a nie poczucia wybrakowania w treści.

„Chuj z sójką. Polej, Paweł.” – [Olga Tokarczuk, „Prawiek i inne czasy”, Wydawnictwo Literackie, 2005, str. 205]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s