Millennium (trylogia) – Stieg Larsson

Serii Millennium chyba nie trzeba przedstawiać. W związku z tym, Larssona również. Tak, tego, który w 2008 roku był podobno najlepiej sprzedającym się autorem w Polsce, zaraz po Khaledzie Hosseinim, o którego prozie wypowiedziałem się już przy okazji wrażeń z lektury „Chłopca z latawcem”. Larsson ma nad Hoseinim przewagę w fakcie, że zdążył umrzeć przed publikacją pierwszej powieści swojego autorstwa. Śmierć zawsze pomaga w napędzaniu zainteresowania. Opatrzność nad Larssonem czuwała, bo ten najwyraźniej wcale nie miał zamiaru poprzestawać na trzech tomach i najprawdopodobniej prędzej czy później spuściłby z tonu. Nieco by mnie to zniesmaczyło. A tak jest elegancko, piszę o tym od razu. Całość i każdy tom z osobna po prostu pożera czytelnika, wywołując syndrom „jeszcze jednego rozdziału”. Kolejne setki stron pochłania się czysto rozrywkowo, bo trylogia nie aspiruje do tytułu powieści z głębokim przesłaniem, potrójnym dnem i filozoficzną mamałygą. Fabuła jest wartka, wciągająca, niewymagająca i cholernie dobrze się przyswaja. Ostatnio tak niezobowiązująco i wyśmienicie bawiłem się przy lekturze „Kodu Leonarda Da Vinci” z całą jego kontrowersją i traktowaniem czytelnika jak idiotę, który sam nie domyśli się niczego. Tutaj jest podobnie, bo parokrotnie samodzielnie skojarzyłem fakty, łącząc zgrabnie zdarzenia, ale autor nie pozwolił mi długo być dumnym z siebie, wykładając w następnym akapicie łopatą ustalenia, żeby, nie daj Boże, czytelnik się nie pogubił i nadążył. Pal licho, najwyraźniej to przepis na sukces, ale takie książki też są potrzebne. Początkowo miałem zamiar opisać wrażenia z każdego tomu osobno, ale mądrzejszy po lekturze stwierdziłem, że nie będę się wygłupiał i wrzucę wszystkie go jednego wora, co nie?

Pierwszy tom jest zdecydowanie najbardziej klasycznym kryminałem z całej trylogii. Sam bohater określił główny wątek jako typową zagadkę „zamkniętego pokoju”, tylko o nieco większym zakresie. Tajemnica zbrodni z Hedestadt sprowadza na jedną ścieżkę losy dwojga bohaterów – jego, reportera w dołku twórczym i po wyroku  za zniesławienie oraz jej, aspołecznej, filigranowej dziewczyny, wybitnej researcherki, wydzierganej fanki piercingu, płaskiej jak deska. „Män som hatar kvinnor” (…i wszystko jasne), bo tak nazywa się pierwszy tom, zjadają czytelnika. Macki intrygi oplatają myśli na tyle, że chyba nawet miałem jakiś sen dotyczący fabuły, choć nie jestem sobie w stanie przypomnieć dokładnie jaki. Na pewno jednak nie z tych mokrych. W treści brak błyskotliwych myśli, chwytliwych tekstów, mogących zostać czyimś życiowym credo. To czysta relacja ze zdarzeń, przebieg fabuły, bez wybijających z transu wstawek filozoficznych, czy głębszych rozważań egzystencjalnych postaci. Czyli to, czego oczekuję od kryminału pełną gębą. Klimat jest gęsty i mocny. Zapuścimy się w kilka mrocznych stref, odwiedzimy i poznamy multum różnorodnych osobistości, zajrzymy parokrotnie pod kołdrę harcującym 40-to i 50ciolatkom. Natomiast mam wątpliwości co do zachwytów czytelników nad postacią Lisbeth. Mnie ona osobiście nieco irytowała swoją chwilami męczącą postawą emo oraz burmuszeniem na wszystko i wszystkich. Owszem, jest charakterystyczna, ale nie wiem czy autor przypadkiem nie przeholował w kreowaniu jej portretu. Z drugiej strony, podobno nieważne czy postać lubimy, czy nienawidzimy. Ważne, że nie pozostajemy wobec niej obojętni. Więc niech i tak będzie, jakoś to przeboleję.

Tom drugi, czyli „Flickan som lekte med elden” porzuca nieco schemat klasycznego kryminału, proponując nam w zamian kryminał policyjny z jeszcze ciepłymi zwłokami i całym śledztwem z nich wynikającym. Nie do końca mnie to ucieszyło, ale tempa nie zmniejszono. Utemperowano nieco Lisbeth, która początkowo w tym tomie wydaje się bardziej życiowa oraz ciachowa i bynajmniej nie ma to związku z wypychaniem stanika skarpetami. Fragmentami jest konkretnie i krwawo, śledztwo nie marudzi a finał to już kompletny sprint w krwawej łaźni. Finał, który prowadzi w linii prostej do tomu trzeciego. O ile część pierwsza może funkcjonować jako indywidualna powieść, tak część druga i trzecia są nierozerwalnie ze sobą sprzężone. „Luftslottet som sprängdes” bezpośrednio kontynuuje wątki, choć zakres postaci wplątanych w intrygę bezlitośnie rośnie i zaczyna dobierać się nawet do wysoko postawionych politycznie person. Tym oczywiście nie jest to na rączkę, dzięki czemu stajemy się czytelnikami wysokiej klasy kryminału politycznego, pełnego brudnych chwytów, ofiar w postaci niewygodnych świadków i desperackich posunięć z wszystkich stron konfliktu. Kapkę to wszystko co napisałem ogólne, ale jedynie tyle mogę zdradzić będąc jednocześnie świadomym, że nikomu raczej nie odbiorę przyjemności w samodzielnym śledzeniu losów mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, bo tytuł pierwszego tomu jest na tyle uniwersalny, że po trosze dotyczy całej trylogii i niejako spina jej kolejne części w zgrabną całość.

Zastanawia mnie jeszcze jedno. Czy Szwedzi rzeczywiście mają taką tendencję wplatania w rozmowę angielskojęzycznych wstawek? Tutaj jest tego od groma a jakoś nie wyobrażam sobie tego rodzaju przedsięwzięć w rozmowie dwóch Polaków. Diabli wiedzą, może Szwedzi już tak mają?
Kończąc, trylogia zachwyca i pozostawia wrażenie na długo. W ślepo mogę polecić każdemu, bo to świetna rozrywka, ale ciężko to nazwać wybitnym osiągnięciem w dziedzinie literatury. Jednak daję sobie nogi ogolić, że się nie zawiedziesz.
A Fincher robi już ekranizację. A patrząc na „Siedem”, wiem, że potrafi ją zrobić w mrocznym stylu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s